SIEĆ NERDHEIM:

Czego ty właściwie chcesz, Selino? Recenzja komiksu Catwoman. W Blasku Księżyca.

KorektaJustin

Nie jestem pewna, czy to ja jestem za stara na powieści młodzieżowe, czy po prostu twórcy traktują młodych odbiorców z nadmierną nonszalancją? Bo jak inaczej określić sytuację, w której deklarują oni dojrzałą, poruszającą „ważne tematy społeczne” opowieść dla nastoletnich czytelników, a serwują plastikowy, sterylny świat wespół z naiwną historią?

W teorii wszystko się zgadza, komiks faktycznie dotyka problemu przemocy domowej, bezdomności, depresji… Lecz właśnie – tylko dotyka. Muska wręcz. Przez rękawiczkę. Ostrożnie, zachowawczo, byleby nie powiedzieć niczego wprost i nikogo nie urazić.

W wizji Lauren Myracle Selina Kyle przez piętnaście lat cierpi za sprawą kolejnych konkubentów swojej matki. Kobieta ta, najwyraźniej przez jakiś rodzaj zaburzenia osobowości, pakuje się w coraz bardziej toksyczne związki, a każdy z jej partnerów jest większym przemocowcem od poprzedniego. Nastolatka musi znosić upokorzenia, psychiczne i fizyczne znęcanie się oraz kompletną obojętność swojej rodzicielki. Sama ma przez to (?) problem z utrzymywaniem zdrowych relacji z rówieśnikami, odreagowuje (?) kradnąc dla zabawy, a jej największymi sprzymierzeńcami stają się ciemność i cisza. Trwa w tym stanie, dopóki ostatni z partnerów matki nie dopuszcza się niewybaczalnego czynu, w wyniku którego umiera jedyny promyczek radości w życiu Seliny – kociak Kopciuch. Nie naigrywam się, doskonale wiem, że śmierć ukochanego zwierzaka może człowiekowi roztrzaskać psychikę w drzazgi i ten moment stanowi najmocniejszy punkt opowieści. Pierwsza część zeszytu jest zresztą zdecydowanie najbardziej emocjonalna. Gach Pani Kyle, Dernell, jest odrażający i – co gorsze – autentyczny, podobnie jak usprawiedliwiające go teksty autorstwa matki roku.

Tej samej nocy Selina harata sobie nadgarstki, przybiera imię Catgirl, ucieka z domu i postanawia żyć na ulicy… I tutaj zaczynają się schody. A raczej równia pochyła. Można odnieść wrażenie, że Gotham to cukierkowe, wyidealizowane miasteczko, pełne przyjaznych, pomocnych mieszkańców, a nie wiecznie skąpane we mgle mroczne siedlisko wszelkiego rodzaju freaków i skorumpowanej władzy. Gdzieś w tle majaczy widmo psowatego potwora mordującego obywateli pod osłoną nocy, ale nikt nie zdaje się tym specjalnie przejmować, traktując kolejne doniesienia o zabójstwach jako temat do plotek.

Nastolatka radzi sobie całkiem nieźle, odrzucając każdą oferowaną pomoc i wzbudzając moją niechęć z każdą przewróconą stroną. Jak w pierwszej części mogłam jej nie lubić, ale chociaż potrafiłam zrozumieć sytuację, w której się znalazła i zdobyć się na współczucie, tak kolejne części pozbawiły mnie resztki ciepłych uczuć do protagonistki. Skąd ten brak sympatii? Widzicie, Selina, poza chorą sytuacją w domu, jest przebojową licealistką, dobrą uczennicą, olśniewa urodą i bohatersko staje w obronie słabszych. Kradnie, bo lubi, a skradzionymi fantami kupuje sobie przyjaźń, której, jak twierdzi, nawet nie potrzebuje. Jakby tego było mało, wzdycha do kruczoczarnych włosów Bruce’a Wayne’a, przyjaciela z dzieciństwa.
Bruce namiłośćboskączyniedasięzrobićkomiksuwGothambezniego Wayne!

Jeśli już ten nieszczęsny Bruce musiał się pojawić – dlaczego znowu jest chodzącym ideałem? Rany, jak by to pasowało, gdyby Selina widziała w nim zwykłego, bogatego fircyka, który jest tak oderwany od problemów zwykłych śmiertelników, jak tylko można! Chociaż w minimalnym stopniu tłumaczyłoby to jej ambiwalentny stosunek, jakim darzy przyszłego Batmana.

Po ucieczce Seliny z domu, rycerski jak zawsze, panicz Bruce oferuje przyjaciółce ciepłe łóżko w jednym z wielu gościnnych pokojów w swojej rezydencji, na co dziewczyna unosi się honorem i wybiera karton z żulem. Logiczne. Kiedy robi się chłodno, przenosi się do czyjejś szopy, przynajmniej do czasu, aż gospodarz się zorientuje, że ma dzikiego lokatora. Myślicie, że nasłał na koczowniczkę policję? Opiekę społeczną? Poszczuł psem? Nie. Otóż popełnił zbrodnię znacznie gorszą. Dał jej koc, żeby nie zmarzła. Kontynuując ciąg zdrowych, logicznych reakcji, Selina ponownie ucieka. Na szczęście ma się gdzie udać, gdyż wcześniej poznała – a jakże – sympatycznego, pomocnego, młodego człowieka, który nauczył dziewczynę parkouru i zaoferował darmową miejscówkę, początkowo, oczywiście, odrzuconą przez silną i niezależną nastolatkę.

Widzicie, z czym mam problem? Selina to kolejna Mary Sue, zjawiskowo piękna, mądra, do tego błyskawicznie się uczy i przerasta mistrza w kilka tygodni. Trudno współczuć osobie, której absolutnie wszystko się udaje bez żadnych wyrzeczeń, a na dodatek unoszącej się pychą. Każdy podsuwa jej wszystko pod nos, a księżniczka i tak ma focha, bo musi wszystkim udowodnić, że jest SILNA. Na domiar złego, Selina w komiksie jest po prostu toksyczną, egocentryczną manipulatorką. I nie miałabym nic przeciwko temu – po pierwsze, ma powód, po drugie, dorosła Catwoman również nie posiada najbardziej zrównoważonej osobowości, po trzecie, zajrzenie do głowy niejednoznacznie dobrej i zwichrowanej psychicznie protagonistki daje ogrom możliwości. Niestety Myracle kompletnie z tego nie korzysta. Obawiam się, że nawet nie zauważa tej cechy u swojej Seliny… Szkoda niewykorzystanego potencjału, zmarnowanej szansy na zagłębienie się chociażby w problem depresji czy innych zaburzeń. Catwoman z borderline? Kupowałabym w ciemno.

Ostatecznie Selina zostaje członkiem ekipy i zgadza się na udział w skoku, którego celem jest  pierwsze wydanie „Historii Gotham”. Ów biały kruk znajduje się w posiadaniu… Pomyślmy, jakiego to bogacza w Gotham City może okraść nasza bohaterka na początku swojej kryminalnej kariery? Najwyraźniej rezydencja Wayne’ów to jedyne warte obrabowania miejsce w tym mieście. Ostatnia część zeszytu to taki festiwal bzdur i absurdów, że nawet szkoda miejsca na ich streszczanie. Opowieść zmienia się w bieda-superhero, zbiegiem okoliczności złodzieje natrafiają na wspomnianego wcześniej mordercę, za Seliną łażą bezdomne koty, a w międzyczasie przewijają się jeszcze motywy podejrzanego sierocińca, handlu dziećmi i straumatyzowanej, milczącej dziewczynki, którą Catgirl ma zamiar chronić, by nie podzieliła losu Kopciucha. Wątki te zostaną zapewne rozwinięte w kolejnym zeszycie, ale wybaczcie, nie będę już tego sprawdzać. 

Mam pewien problem z kreską Goodharta. Obiektywnie uważam, że jest ładna. Estetyczna. Czysta. Oraz… niewzbudzająca najmniejszych emocji. Jasne, zadrżało mi serducho w scenie śmierci Kopciucha (ostatecznie nie jestem potworem i płakałam po Mufasie), ale wystarczył drugi rzut oka, żeby dostrzec, jak absurdalnie została skomponowana ta scena. W zamyśle brutalne momenty nie przykuwały mojej uwagi bardziej niż inne kadry, mój mózg rejestrował je jako kolejny ładny obrazek.
Rysownik z jednej strony świetnie radzi sobie z mimiką i emocjami, a jego bohaterowie zachowują indywidualizm, lecz z drugiej są wręcz boleśnie stereotypowi. Kolorystyka, utrzymana w odcieniach fioletu i błękitu, miała, jak mniemam, nadać opowieści depresyjną atmosferę, mnie jednakże podczas lektury nieustannie nachodziła ochota na watę cukrową. Ale to może tylko moje skrzywienie.

Catgirl w wydaniu Goodharta mogłaby spokojnie startować w castingu na księżniczkę Disneya. Nie żeby bycie ładnym było naganne czy źle widziane, jednak mam wrażenie, że wizje scenarzystki i rysownika totalnie nie mają ze sobą po drodze. Seksapil Seliny nie jest w ogóle brany pod uwagę w kontekście opowieści, za to liczne kadry podkreślają urodę i smukłą sylwetkę protagonistki. Miło, że nie paraduje w lateksowym kostiumie Dominy niczym Halle Berry w filmowej adaptacji, ale nie jestem przekonana, czy kolejna wyidealizowana postać kobieca to koniecznie to, czego potrzebują współczesne nastolatki. Stokroć bardziej podobała mi się naturalna Camren Bicondova w serialu Gotham.

Nie bardzo rozumiem, jaka miała być konkluzja całej opowieści. Ucieknij z przemocowego domu i wszystko samo się ułoży? Lepiej spać na kartonie z bezdomnym niż w jednym z gościnnych pokojów w rezydencji chłopaka, w którym się podkochujesz? Odrzucaj wszelką pomoc, bo to najlepszy sposób na zyskanie przyjaciół?

W Blasku Księżyca, jako geneza narodzin Catwoman broni się ledwo, a jako powieść młodzieżowa – wcale. Problemy dojrzewania wzięte są z kosmosu, bo raczej nie z doświadczeń scenarzystki. Szumnie zapowiadane „ważne tematy społeczne” to jakaś kpina. Przedstawienie przemocy domowej na początku opowieści wypada dość przekonująco, ale zabrakło jakiegoś podsumowania, na przykład konfrontacji z matką po ucieczce. Bezdomność? Jeśli mamy uwierzyć Myracle, bezdomność to nie problem, tylko świetna zabawa i nauka zaradności. Depresja? Szramy na nadgarstkach Seliny pełnią właściwie rolę tatuażu, pamiątki po ukochanym podopiecznym. Nie była to próba samobójcza – co zostało zaznaczone – lecz nie pojawiła się żadna głębsza konkluzja, chociażby o tym, że samookaleczanie się to niemy krzyk o pomoc, forma wyrażenia własnej bezsilności i wewnętrznego bólu.

Poddając analizie poszczególne motywy komiksu, okazuje się, że jest jeszcze płytszy, niż się wydawał na początku. Gotham w wizji scenarzystki jest sztuczne, wyidealizowane, a sterylne, nieco kreskówkowe rysunki Goodharta jedynie pogłębiają to odczucie. Nie wydaje mi się, aby przedstawiona w Blasku Księżyca historia mogła dotrzeć do młodzieży – co właściwie jest plusem, gdyż niestety wartości w niej zawarte jawią się jako przekłamane lub wręcz szkodliwe.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: W Blasku Księżyca. Catwoman
Tytuł oryginalny: Under the Moon: A Catwoman Tale
Scenariusz: Lauren Myracle
Rysunki: Isaac Goodhart
Tłumaczenie: Alicja Laskowska
Liczba stron: 192
Format: 234 x 154
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 24.02.2021
ISBN: 9788328158337 

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

PODSUMOWANIE

Plusy:
+ mocna pierwsza część zeszytu
+ przedstawienie problemu przemocy domowej
+ estetyczne ilustracje...

Minusy:
– ...które jednak psują klimat opowieści
– bezrefleksyjne podeście do protagonistki
– Gotham jest zbyt spokojnym miejscem
– banalna historia
– znowu ten idealny Bruce Wayne do którego można wzdychać
– "ważne tematy" okazują się być pustym sloganem

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Katarzyna "Shallaya" Grochulska
Katarzyna "Shallaya" Grochulska
Rąbnięta kocia madka, której życie upływa na negowaniu faktu zbliżającej się trzydziestki. Hobbistycznie kolekcjonuje kolejne gry na kupce wstydu, łudząc się, że może na emeryturze nadrobi. Wychodzi z założenia, że nie ma czegoś takiego, jak „zbyt wiele książek”. Fanka Star Warsów, fantastyki i kiczowatego si-fi lat 80. Pisać lubi prawie tak bardzo jak gotować, a gotować niemal tak samo jak dobrze zjeść. Stroni od rywalizacji, ale jeśli się w coś angażuje, to na sto procent.