SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Spóźniony prorok. Recenzja komiksu Batman: Sekta

    Przepraszam, czy tu biją?
    Przepraszam, czy tu biją?

    Niedawno przy okazji recenzowania komiksu Superman. Amerykański obcy miałem okazję pozytywnie zrewidować swój stosunek do postaci Kryptończyka. Dziś, biorąc się za omówienie komiksu, którego bohaterem jest wyżej plasujący się w moim superbohaterskim rankingu Batman, muszę uczynić coś podobnego, niestety z odwrotnym skutkiem. No, może nie wobec samego gacka, ale wobec historii, w jaką uwikłał go Jim Starlin, każąc Mrocznemu Rycerzowi zmierzyć się z tytułową sektą.

    Cichy duet Gordon&Wayne od dekady strzeże ładu w Gotham. Jednak zadanie to wciąż kwalifikuje się do kategorii syzyfowych prac, zwłaszcza wobec drastycznego wzrostu liczby zaginięć pośród obywateli miasta. Co zastanawiające – problem ten dotyczy przede wszystkim osób, które zapracowały już sobie na teczkę w policyjnej kartotece. Równie podejrzane staje się nagłe zniknięcie Batmana, zbiegające się dziwnym trafem z chwilą, gdy pośród szarych zjadaczy chleba umacnia się pozycja diakona Josepha Blackfire’a. Media przypisują duchownemu podżeganie lumpenproletariatu do samosądów, mających obnażyć nieudolność władz w kwestii zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom Gotham. Czyżby o stanowieniu prawa miał odtąd decydować bardziej radykalny duet krzyżowców Blackfire&Batman? Poniekąd tak: Bruce zostaje uwięziony w podziemnym państwie diakona (cóż by to była za metropolia bez sieci kanałów, przerastających monumentalnością wierzchnią architekturę!) i tam też białowłosy guru skutecznie udziela mu własnej wizji drogi do oczyszczenia miasta z plugastwa i występku. Czy definitywnie? Wszak Batman to nie byle chłystek spod monopolowego. I ma jeszcze Robina.

    Właśnie taaak, tak wygląda wasze miasto nocą...
    Właśnie taaak, tak wygląda wasze miasto nocą…

    Sekta ukazała się jako miniseria w 1988 roku. Na ile lata 80. były ważne dla ewolucji komiksu superbohaterskiego wspomina w przedmowie sam Starlin, przywołując dokonania Moore’a, Byrne’a i Millera. Scenarzysta większy akcent kładzie jednak na zjawisko cenzury, której groźba stała się wówczas w USA niebezpiecznie bliska temu, co już raz w latach 50. zafundował komiksowej branży dr Wertham. Z tej perspektywy Starlin występuje jako jej wkurzony przedstawiciel, a do tego zagorzały obrońca świeżo wówczas przywróconego mrocznego wizerunku Batmana. I taką wyzywającą energię można na planszach Sekty bez problemu odnaleźć. Tylko niestety – dla dzisiejszego czytelnika jest z tym podobnie, jak z próbą odczucia całym sobą siły trzęsienia ziemi na podstawie studiowania archiwalnych zapisów sejsmografu.

    Sceny krwawych samosądów dokonywanych przez oddziały uformowane z zarośniętych bezdomnych i retro opryszków (te wąsy, irokezy i kamizelki) zamiast grozy niosą okołosplatterowe skojarzenia (te noże, pałki i siekiery) i tym samym nadają całości cechy pastiszu, z tym że scenariusz pomyślany jest jak najbardziej serio. Zresztą to postać diakona o aparycji Conana i charyzmie Sarumana (choć z tym bardziej łączy go długość i kolor włosów) pociąga za sobą wszystko, nie tylko grono wyznawców, po równi pochyłej. Miałka motywacja, origin spod seryjnego znaku pradawnego zła, kiczowate rytuały i slogany z poradnika dla prowincjonalnych kaznodziei – ciężko jest poddać się nastrojowi, jakiemu z kolei z łatwością ulega Batman.

    Konflikt między nim a Blackfire’em jest, krótko mówiąc, koturnowy i przewidywalny. Lepiej niż w ideowym dialogu Mroczny Rycerz radzi sobie w delirycznych monologach, gdzie kluczy między dziecięcą traumą, strachem i furią, która może przemienić obrońcę prawa w zbrodniarza. Ale i tutaj nie brak typowych dla rozbudowanych introspekcji manierycznych grzeszków. Chociaż nawet one bledną przy słownych dowodach zapalczywości Robina, który widmo śmierci z rąk fanatyków podsumowuje „przynajmniej odejdziemy w dobrym stylu”, po brutalnej przeprawie z tymi chwali Batmana „pokazałeś im, gdzie raki zimują”, zaś postępki diakona ocenia z łobuzerską brawurą „nie ujdzie mu to na sucho”. Tak, Starlin całym sercem walczył o noirowski charakter nietoperza, ale ewidentnie zapomniał wyciągnąć Robina z serialowej kumpelskiej atmosfery lat 60.

    Najpierw dźgaj, potem rozgrzeszaj.
    Najpierw dźgaj, potem rozgrzeszaj.

    Jednak tym, co najbardziej zaciążyło na scenariuszu Sekty, jest jego zależność od Powrotu Mrocznego Rycerza. Przełomowe dzieło Millera ukazało się 2 lata wcześniej i gdyby było odwrotnie, można by powiedzieć, że to ono rozwija zarysowane przez Starlina problemy, wykorzystuje sposób narracji, twórczo kontynuuje nowy wizerunek bohatera. Tymczasem Sekta grzęźnie w niezbyt udanych na tle PMR nawiązaniach. Z tych najoczywistszych podam tylko bezwzględną rewoltę z udziałem mas, psychiczne złamanie Batmana przez antagonistę i przeniesienie dużej części narracji w obszar „medialny” (serie kadrów przedstawiających ekran telewizyjny, emitujący relacje na żywo oraz programy informacyjne). Pomniejszych cytatów też nie brak – znaczący okres 10 lat, pojazd przysposobiony do finalnego rozrachunku czy „pit fight”.

    Nie rozwodziłbym się tak nad tą epigońską zależnością (z czego nie mam doprawdy żadnej satysfakcji, przeciwnie), gdyby nie to, co sam Starlin napisał we wstępie: „Czasami w naszych komiksach pojawia się coś, co zmusi czytelnika do myślenia, ale w tej branży mamy inne cele. Naszym zadaniem jest bawić”. W moim odbiorze Sekta nie spełnia podanego zadania właśnie za przyczyną podskórnego nacisku, który ma pokazać, że jest w niej właśnie to „coś” i to w niestandardowym stężeniu. Owo „coś” u Millera jest heroiczne na wzór klasycznej tragedii, u Starlina chce być heroiczne i huczne z rozpędu pozbawionego szans na przemierzenie kilku dziesięcioleci. Nie zmieni tego wspólne wszakoż zestawionym tytułom pytanie, które naznaczyło postaci Batmana i wielu spośród jego przeciwników (w tym i Blackfire’a): „Crusader or menace?”.

    Nie! W nieporządku!
    Nie! W nieporządku!

    Nie zmieni też tego wrażenia warstwa graficzna, choć odpowiedzialny za nią był Bernie Wrightson. Nie doszukacie się na planszach Sekty tych obłędnych czarno-białych drapowań, jakim ten artysta zawdzięcza rangę mistrza. Dostajemy zwodniczo zachęcającą okładkę i utrzymane w podobnym stylu wstawki między rozdziałami, ale środek wypełniają „tylko” sprawna, szybka kreska wyrobionego rysownika, podległa rozpoznawalnym schematom kompozycja kadrów i jeszcze bardziej nieomylnie osadzająca nas w epoce kwaskowata kolorystyka. Owszem, są i zaskakujące dla oka momenty (szczególnie te towarzyszące narkotycznym widom), ale gdy nałożymy na nie flagowe dzieła Wrightsona, to nie da się obejść wrażenia odmiennego charakteru pracy. Zresztą widać, że i na tę płaszczyznę komiksu padł cień Millera.

    Lekturę Sekty przyrównałbym na koniec do… A nie, nie do Powrotu Mrocznego Rycerza, dość tego przykrego. Znacie taki klasyczny hit wypożyczalni VHS jak Cobra ze Stallone’em (rok produkcji 1986, notabene i do tego sekta)? Kto widział za dzieciaka, temu dziś sentyment pomógłby przywołać chociaż część związanego z seansem uroku. A kto nie… No cóż, gdyby Batman Starlina zawitał do Polski za pośrednictwem TM-Semic, może dziś miałby dla mnie status podobny do Dark Phoenix Saga Claremonta. Ale tak… Dziwnie niezręcznie.

    Wydawnictwu Egmont serdecznie dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Batman: Sekta
    Wydawnictwo: Egmont
    Scenariusz: Jim Starlin
    Rysunki: Bernie Wrightson
    Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
    Typ: komiks
    Gatunek: superhero
    Data premiery: 20.01.2021
    Liczba stron: 200

    Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    +zawsze przydatny kęs historii komiksu
    +mroczny wizerunek Batmana
    +słowo od autora

    Minusy:
    -przytłaczająca zależność od PMR Millera
    -nieprzekonujący antagonista
    -narracyjne uproszczenia
    -przegrana konfrontacja całości z czasem

    komentarze

    guest
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.