SIEĆ NERDHEIM:

Ostre lanie dla czworga. Recenzja gry: Shing!

Shing! – screen z gry

Moda. Tak jak w każdej innej dziedzinie życia, tak i świecie wirtualnej rozrywki istnieją trendy, które ulegają większym lub mniejszym zmianom. Popularność niektórych typów gier, takich jak FPS-y lub symulatory sportowe, nie maleje praktycznie od momentu ich powstania. Kolejne odsłony Fify lub serii Call of Duty wydają się czymś niezmiennym, a jedynym pytaniem wartym zadania w ich przypadku może być to, ile milionów zysku przyniosą one swoim wydawcom. Nie wszystkie gatunki mają jednak tyle samo szczęścia. RTS-y czy przygodówki point-and-click coraz rzadziej o sobie przypominają, żyjąc często jedynie dzięki niezależnym twórcom oraz garstce wiernych fanów. Jednym z takich lekko zapomnianych, lecz niegdyś niezwykle popularnym typem gry są produkcje beat ’em up, w Polsce określane powszechnie mianem chodzonych bijatyk. Może nie jest to najoczywistszy wybór dla studia chcącego podbić świat, lecz mimo to właśnie ten gatunek reprezentuje Shing!, najnowsze dzieło naszego rodzimego studia Mass Creation. Sprawdźmy, co w 2021 roku może zaproponować odbiorcom tytuł tego pokroju. 

Shing! – screen z gry
Shing! – screen z gry

Od pierwszego uruchomienia gry nie miałem wątpliwości, że Shing! jest stuprocentowym reprezentantem gatunku i posiada wszystkie najważniejsze dlań cechy. Poza szybką i widowiskową walką oraz prezentowaniem rozgrywki z profilu najważniejszą według mnie cechą chodzonych bijatyk jest możliwość wspólnej zabawy z innymi. W mojej opinii bowiem na rynku w dalszym ciągu jest za mało produkcji umożliwiających granie na jednej kanapie w kilka osób i każdy tytuł to umożliwiający jest godny większej uwagi. W Shing! właśnie ten rodzaj rozrywki zapewnił mi największą ilość satysfakcji. Nieustanna komunikacja, wspólne przedzieranie się przez hordy przeciwników i możliwość wykonywania trudnych do powtórzenia w pojedynkę kombinacji ataków to z pewnością wielkie zalety trybu lokalnej współpracy. Przyznać jednak muszę, że lepsze rezultaty w moim przypadku zapewniało mi samotne granie przy pełnej koncentracji i skupieniu. To z pewnością lepsza opcja dla osób, dla których ważniejsze jest osiągnięcie jak najwyższego wyniku.

W tytułach z gatunku beat ’em up to rozgrywka stanowi najważniejszy element produkcji. Fabuła ma przeważnie za zadanie jedynie popychać nas do przodu w nowe ciekawe lokacje i usprawiedliwiać pacyfikację dziesiątków wrogów stojących na naszej drodze. Twórcy Shing! postarali się jednak zrobić w tej materii jak najwięcej. Historia czwórki bohaterów mających za cel odzyskać porwane przez potwory Gwiezdne ziarno nadaje głębszy sens całej zabawie, a spora ilość rozmów, jakie toczą między sobą postacie, stwarza możliwość lepszego ich poznania. W czasie podróży napotkać można nawet na miejsca służące jedynie temu, by odpocząć chwilowo od ciągłej walki i posłuchać, co mają do powiedzenia nasi herosi. Spora część ich tekstów wypełniona jest jednak dość rubasznym humorem, który z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu. Co się tyczy jeszcze głównej historii przedstawionej w grze, to zaskakuje ona dość mocno na samym końcu. Było to coś, czego z pewnością się nie spodziewałem i zastanawiam się, czy będzie to mieć jakiś związek z kolejną produkcją studia Mass Creation. 

Shing! – screen z gry
Shing! – screen z gry

Wróćmy teraz do kwintesencji Shing!. Jest nią z pewnością możliwość widowiskowego siekania całej masy przeciwników. Walka zaprojektowana jest naprawdę dobrze i z każdym pokonanym rywalem gra dawała mi coraz więcej satysfakcji. Pierwszy rozdział ma głównie za cel wprowadzić odbiorców w podstawowe mechaniki produkcji oraz zaprezentować najczęściej występujących przeciwników. Z każdym następnym etapem dochodzi nowy typ rywala, do pokonania którego będziemy musieli nauczyć się stosować odpowiednią taktykę. Największa zabawa zaczyna się w momencie, gdy na ekranie pojawia się jednocześnie kilka rodzajów oponentów, a my musimy odpowiednio unikać bądź kontrować ich uderzania oraz własnoręcznie wyprowadzać śmiertelne ataki. Rozgrywka zamienia się wtedy w istny taniec śmierci, a bez odpowiedniej koordynacji i refleksu wyjście z takiej sytuacji nie należy do najłatwiejszych zadań. Nie musicie się jednak martwić o brak odpowiednio wysokich umiejętności we władaniu kontrolerem. Autorzy gry przygotowali cztery różne poziomy trudności, które powinny umożliwić dobrą zabawę odbiorcy o każdym poziomie zaawansowania.

Interesującym elementem Shing! jest system sterowania oparty o dwa analogi dostępne na padzie. Lewym w klasyczny sposób kierujemy ruchem postaci, natomiast prawym wyznaczamy kierunek jej ataku. Reszta przycisków w takim układzie służy do wykonywania uników, kopniaków i bloków. Muszę przyznać, że system ten na początku nie spodobał mi się szczególnie i dość szybko zmieniłem schemat sterowania na alternatywny, który bardziej przypominał mi ten znany z wielu współczesnych gier akcji. Pod koniec gry uznałem, że dam drugą szansę domyślnej wersji opracowanej przez twórców. Spore było moje zdziwienie, gdy okazało się, że układ ten jest o wiele bardziej intuicyjny i lepiej sprawdza się na dalszym etapie rozgrywki. Dlatego warto dać mu szansę, nawet jeśli na początku wydałby się mało naturalnym. 

Shing! – screen z gry
Shing! – screen z gry

Przejście wszystkich siedmiu etapów przygotowanych przez studio Mass Creation nie powinno sprawnym graczom zająć więcej niż cztery godziny. W tym czasie twórcy zabierają nas w kilka ciekawych lokacji. Bujna dżungla czy głębokie podziemia to przykłady miejsc, w których będziemy musieli stawić czoła całej armii demonów. Jej skład jest mocno zróżnicowany i nie zabrakło w niej jednostek latających, potężnych osiłków oraz oponentów ukrywających się za specjalną barierą. Większość z tych przeciwników posiada jakąś specjalną umiejętność określoną kolorem. Po pokonaniu ich mamy możliwość chwilowego jej przejęcia dzięki zebraniu upuszczonej kuli energii. W ten sposób możemy zacząć zadawać obrażenia ognistym orężem lub przyspieszyć szybkość naszych ataków. Element ten znakomicie urozmaica rozgrywkę. Największe wyzwanie czeka nas jednak zawsze na końcu każdego etapu. Czasami jest to specjalny przeciwnik, ale zdarzy się też zadanie zniszczenia masztu płynącego okrętu lub obrony bram miasta przed grupą potworów.

Warto wspomnieć o tym, że każde nasze zagranie w Shing! jest oceniane. W zależności od ilości odniesionych obrażeń, stylu walki i czasu potrzebnego nam na ukończenie etapu możemy otrzymać specjalne żetony, które odblokowują nowe skórki wyglądu bohaterów. Dodatkowo swój wynik możemy porównywać z innymi graczami na świecie w globalnym rankingu. W grze znajdziemy również kilka wyzwań, lecz nie stoją one na jakimś bardzo wysokim poziomie trudności. Po ukończeniu głównej historii nie znajdziemy zatem wiele zawartości mogącej nas na dłużej zatrzymać przy tej bijatyce. Chyba że należycie do grupy osób lubiących podwyższać własne rekordy lub zbierać wszystkie dostępne w tytule osiągnięcia. 

Shing! – screen z gry
Shing! – screen z gry

Shing! to kawał przyzwoitej produkcji, która może dać sporo frajdy osobom lubiącym grać wspólnie na jednej kanapie lub tym preferującym samotne osiąganie najwyższych możliwych wyników. Nie jest to z pewnością produkt przeznaczony na więcej niż kilka godzin rozrywki oraz nie gwarantuje on jakiejś niespotykanej dotąd jakości. To bardzo udany tytuł ze świetną muzyką, przyzwoitą oprawą graficzną i ciekawym systemem walki. Stanowi on idealne przypomnienie gatunku chodzonych bijatyk i zapewnia masę dobrej zabawy. 

SZCZEGÓŁY:
TytułShing!
Producent: Mass Creation
Wydawca: Mass Creation
Data premiery: 28.08.2020 (PC, PS4) 21.01.2021 (Xbox, Nintendo Switch)
Dostępne na platformach: PC, PS4, Xbox, Switch
Recenzowany egzemplarz: Xbox Series X

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

PODSUMOWANIE

Plusy:
+ urokliwe lokacje
+ świetnie dopasowana muzyka
+ widowiskowość toczonych walk
+ możliwość wspólnej zabawy na jednym ekranie nawet do 4 osób


Minusy:
– długość rozgrywki
– brak dodatkowych trybów gry

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Sebastian Gonera
Sebastian Gonera
Na co dzień zajmuję się branżą lotniczą. Prywatnie wielki fan pięściarstwa i dobrej kuchni. Uwielbiam science-fiction oraz marzę o tym, by Elon Musk zabrał mnie kiedyś na Marsa. Kocham światowe kino, polskie fantasy i granie na konsolach. Od głośnych imprez zdecydowanie bardziej wolę spokojny wieczór z książką lub padem.