SIEĆ NERDHEIM:

Taksydermia Grzędowicza. Recenzja książki Wypychacz zwierząt

Mroczna, sugestywna okładka tomu opowiadań Jarosława Grzędowicza
Mroczna, sugestywna okładka tomu opowiadań Jarosława Grzędowicza

Nie jestem zwykle fanem zbiorów opowiadań. Trudno mi się w nie zaangażować, gdy co sto stron (albo i częściej) mam inną historię, innych bohaterów, inne realia. Mimo tego postanowiłem zgłosić się do recenzji Wypychacza zwierząt Jarosława Grzędowicza. Książka jest na rynku od wielu lat (konkretnie od dwunastu), ale względu na moją wspomnianą chwilę temu awersję do wydań tego typu dopiero teraz postanowiłem się za nią wziąć. Czy było warto? Mówiąc krótko i konkretnie tak.

Zbiór zawiera trzynaście tekstów o bardzo zróżnicowanej długości. Mamy takie, gdzie zaraz po początku następuje zakończenie właściwie z pominięciem rozwinięcia, a także takie, za którymi stoi konkretnie przedstawiona historia, wzbogacona czasem o rozwój bohaterów. Ku memu zaskoczeniu najbardziej spodobał mi się Pocałunek Loisetty.  Miałem po nim ogromną ochotę na przerwę i refleksję, chwilową kontemplację tego, co właśnie przeczytałem. Moją ostateczną myślą było: „Cholera, sam chciałbym coś takiego napisać”. Historia sama w sobie jest mocna, krwawa i brutalna. Musi taka być ze względu na realia rewolucji francuskiej. Traktuje w końcu o ścinaniu głów i egzekutorze, który przybywa do pewnego miasta wykonywać swoją robotę. Już wiem, że Pocałunek… zostanie ze mną na dłużej. Niestety, oprócz tekstów na takim poziomie mamy też te przeciętne albo po prostu słabe, które nie wzbudzają absolutnie żadnych emocji.

Do tej ostatniej kategorii należą opowiadania najkrótsze, jak Obrona konieczna czy Nagroda. Przebrnąłem przez nie i ledwo zapamiętałem o czym traktowały. Równie dobrze mogłoby ich nie być. Aż musiałem sprawdzić, czy ja je rzeczywiście czytałem. Są nijakie, brakuje im charakteru, jakiegoś dobrego motywu, który ułatwiłby mi zaangażowanie. Nie twierdzę, że nie powinny powstać, ale czegoś w nich ewidentnie brakuje.

Takim wyjątkiem od reguły staje się Hobby ciotki Konstancji. To historia na zaledwie osiem stron. Mimo tak małej objętości znalazłem tutaj bohatera, z którym sympatyzowałem, czyli protagonistę opowiadania. Dostaje on w spadku mieszkanie i powoli się w nim urządza. Do tego mamy tu intrygujący motyw związany z okultyzmem. Ogólnie opowieść jest solidna i dobrze „otwiera” zbiór, zachęcając do dalszej lektury.

Całość zawiera też w sobie przeciętniaki. Są wśród nich opowiadania długie, krótkie, średnie i takie, które nie wyróżniają się w żaden sposób. Trudno tutaj o jakąś konkretną cechę przechylającą szalę oceny jakościowej w jedną czy w drugą stronę. Znajdziemy tu też chociażby zamykającą książkę, osadzoną w realiach drugiej wojny światowej Wilczą zamieć. To przyjemna lektura, bardzo dobrze napisana, ale brakuje jej wyrazistego bohatera. Historia dodatkowo się dłuży, fabuła też niespecjalnie zaskakuje. Właściwie identyczne wrażenia mam po Zegarmistrzu i łowcy motyli. Mógłbym właściwie skopiować wszystko, co powiedziałem o poprzednim opowiadaniu. Poza realiami, które w tym konkretnym opowiadaniu traktują akurat o podróży w czasie. Tej „klasy” tekstów znajdziemy tu najwięcej.

Weekend w Spestreku to tekst mocno polityczny i mam mieszane uczucia odnośnie tego, jak go ostatecznie ocenić. Nie lubię tak wyraźnie zaznaczonych motywów światopoglądowych w fantastyce. Uważam, że po części istnieje ona po to, aby uciec od ciągłego natłoku informacji, starć jednego obozu ideologicznego z drugim. A tutaj mamy właśnie sytuację, w której ten konflikt jest nieunikniony, bo realizowane są obok siebie dwie skrajnie różne idee funkcjonowania kraju. Mamy „wyspy”, gdzie ustrój jest kolektywistyczny, socjalistyczny i panuje całkowita, wręcz groteskowo przerysowana, równość, a do tego jeszcze przewrażliwienie wobec funkcjonowania w społeczeństwie kobiet czy dzieci. Każdy dotyk, spojrzenie czy gest może oznaczać oskarżenie o molestowanie seksualne. Dominuje skrajna nędza oraz wykorzystywanie ludności do pracy fizycznej w fabrykach (chociażby przy produkcji baterii). Z drugiej strony mamy egoistyczny w swej naturze kapitalizm, gdzie płace są wysokie i bohater może sobie  pozwolić na dostęp do luksusowych towarów. Jest to solidnie skonstruowany i przemyślany tekst, do tego dobrze napisany, ale cała realizacja wizji autora wraz z dialogami (zwłaszcza gdy dochodziło do wzajemnych oskarżeń) powodowały u mnie skrzywienie i czułem, jak mi się organy przestawiają. Musiałem to wszystko przełknąć i jeszcze po tym ochłonąć.

Przez wszystkie te opowiadania przebija się wyraźny styl Grzędowicza. Nie zmienia się on z opowieści na opowieść. Lubię ten sposób pisania, gdy w walkach mamy surowe, brutalne podejście bez zbędnych ozdobników, a poetyckość oraz eleganckie metafory możemy znaleźć przy barwnych opisach czy to krajobrazów, czy postaci i obiektów. Na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce. I tak właśnie jest tutaj. Naprawę nie umiem się pod tym względem do czegokolwiek przyczepić.

Patrząc na zbiór jako całość, nie mogę przejść obojętnie wobec faktu, że dobór tekstów zdaje się przypadkowy, a historie umieszczone są w książce losowo. Jak już rzeczywiście bierze się za tego typu literaturę, to przydałby się motyw przewodni. Rozumiem, że takie pozycje powstają, gdy posiadamy właśnie hasło główne i zgłaszają się różni autorzy, podsyłając swoje pasujące do niego opowieści. Trudno czegoś takiego wymagać, kiedy mamy do czynienia z pojedynczym pisarzem. Przydałoby się jednak coś, co by sugerowało, że Wypychacz zwierząt nie jest dziełem przypadku. Moglibyśmy określić go jako horror, ale to nie pasuje do znacznej części tekstów. Brakuje też jakiejś ustalonej kolejności opowiadań, drażni mnie ich przypadkowość. Można by zastosować chociażby kolejność chronologiczną (na podstawie dat powstania albo czasu akcji historii), tudzież porządek innego rodzaju, ale w obecnej formie nie ma po prostu żadnego ładu albo ja go nie widzę.

Ogólnie nie żałuję mego czasu spędzonego z Wypychaczem zwierząt. Nie jest to zbiór, którym bym się zachwycił, ale też specjalnie mnie on nie rozczarował. Jest jeden naprawdę dobry tekst, który podciągnął ocenę całości, parę solidnych, ale sporo też mimo wszystko przeciętnych i trafiły się takie ewidentnie słabsze. Jeśli chodzi o styl pisania, to stanowi on mocny punkt pozycji i nie ma co wytykać. Dodam jeszcze, że opłaca się przeczytać posłowie, gdyż daje ono trochę kontekstu do wszystkich opowiadań i odpowiada na parę pytań, które można mieć po lekturze całości. Ostatecznie polecam, jeśli macie parę wolnych wieczorów, ale nie spodziewajcie się rewelacji. Dodatkowym plusem jest naprawdę eleganckie wydanie ze wstążkową zakładką i bardzo dobrymi rysunkami w środku większości opowiadań.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Wypychacz zwierząt
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Autor: Jarosław Grzędowicz
Data Premiery: 22.01.2021
Gatunek: zbiór opowiadań
Liczba stron: 472
ISBN:978-83-7964-628-9

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Krzysztof "Kazio_Wihura" Bęczkowski
Niepoprawny optymista, do tego maniak fantastyki. Czyta i kupuje kompulsywnie wiele książek. Gra we wszelakie tytuły (przede wszystkim RPG, strategie, można tu też wymienić parę innych gatunków). Nie patrzy na datę wydania danego dzieła i pochłania wszystko, co ma na swej drodze. Przekroczył magiczną trzydziestkę. Po cichu liczy, że go ominie kryzys wieku średniego.