SIEĆ NERDHEIM:

Wycieczka po muzeum. Recenzja gry książkowej Escape Quest: Sam w Salem

KorektaJustin
Okładka gry

Rok 2020 zbliża się co prawda ku końcowi, lecz objęta restrykcjami rzeczywistość wciąż nas nie rozpieszcza. Wprowadzone obostrzenia wywróciły co niektórym świat do góry nogami, a w tych jakże smutnych momentach dostęp do rozrywki  jest na wagę złota. Kinomaniacy przenieśli się z sal kinowych na domowe kanapy, by śledzić nowości filmowe i serialowe na popularnych platformach telewizji internetowej. Amatorzy sportowych aktywności musieli zacząć ćwiczyć w domach, a restauracyjni bywalcy przerzucili się na posiłki dowożone przez kurierów.

Jednak o pewnej grupie sympatyków nietypowej rozrywki rzadko się wspomina w kontekście pandemicznych zakazów. Są nimi eksploratorzy escape roomów, które na przestrzeni ostatnich paru lat zaczęły się pojawiać w największych miastach Polski. Gdy lock down przyczynił się do zamknięcia pokojów ucieczek, pomocną dłoń w kierunku entuzjastów tej zabawy wyciągnęło kilka wydawnictw książkowych. Zaoferowały one rozrywkę opartą na schematach znanych z escape roomów, lecz w nieco innej formie.

Jedna z takich nietuzinkowych gier, nosząca tytuł Sam w Salem, trafiła niedawno w moje ręce. Jest to tytuł wchodzący w skład serii Escape Quest. Każda z tworzącej ją części zawiera niezależne od siebie scenariusze nawiązujące do popularnych gatunków, jak horror (Sam w Salem), cyberpunk (Za garść neodolarów) oraz typowa przygodówka przypominająca zmagania filmowego Indiany Jonesa (Poszukiwacze zaginionego skarbu).

Mając już pewne miłe doświadczenia z tego typu grami (jak choćby z Dziennikiem 29), czym prędzej chwyciłem za kartkę i długopis, by przystąpić do zabawy. Ale zanim opiszę samą rozgrywkę, pozwolę sobie na chwilę uwagi odnośnie wydania. Sam w Salem już samą swoją okładką może zainteresować  potencjalnego gracza. Mroczny malunek, którego autor inspirował się zapewne Gwiaździstą nocą van Gogha i dorzucił od siebie element grozy, wzbudził moją ciekawość. Format książki jest typowy dla pozycji komiksowych, dzięki czemu grę można nosić w plecaku lub torbie. Miękka okładka z kolei pozwala na swobodne wertowanie stron, co przy tego typu rozrywce jest dość istotne.

Poza zagadkami Sam w Salem to przede wszystkim piękne klimatyczne rysunki. Czuć w nich ducha amerykańskiej historii związanej z polowaniem na czarownice, co dodatkowo mobilizuje gracza do dalszych działań. Warto podkreślić, że zarówno za scenariusz, jak i za barwne ryciny odpowiada jedna i ta sama postać w osobie Juliena Mindela. Niestety przeprowadzona przeze mnie kwerenda nie dała mi żadnych informacji na temat tej persony.

Zabawa trwa w najlepsze.

Przejdźmy więc do rozgrywki. Historia rozpoczyna się od tego, że jesteśmy uczestnikami wycieczki po Salem. Towarzyszą jej nudne wykłady przewodnika, który zamiast skupiać się na interesującej nas historii amerykańskich czarownic, opowiada o walorach gospodarczych miasta oraz dorszach, stanowiących według prowadzącego ważny element zamierzchłych czasów. Znużeni słuchaniem mało istotnych informacji, oddalamy się grupki wycieczkowiczów, by na własną rękę zbadać tajemnice pobliskiego muzeum poświęconego trudniącym się magią paniom. Po przekroczeniu progu budynku trafiamy do dziwnego pomieszczenia pełnego manekinów, a pierwszym, co rzuca się nam w oczy, jest stół z osobliwym przedmiotami. Od tego momentu zaczyna się nasza przygoda.

Twórcy gry postawili na różnorodność poziomu zagadek. Czasem instalują prawdziwe bomby do główkowania, by innym razem zaserwować nam dosłownie banał, co w moim odczuciu nie jest jednak niczym złym. Umysł zmęczony zbyt ciężkimi łamigłówkami może w końcu się poddać i zniechęcić do dalszych działań. Same zagadki oscylują głównie wokół dziedziny matematyki, a od czasu do czasu wymuszają na nas maksymalnie skupienie, bowiem rozwiązanie jest widoczne gołym okiem. Twórca gry, aby lepiej oddać klimat escape roomu, dorzucił od siebie kilka luźnych elementów umieszczonych na skrzydełkach okładki, które po oderwaniu  (oczywiście w odpowiednim momencie!) posłużą nam do pomocy w trakcie rozgrywki.  

Ale skąd wiadomo, że dana zagadka została rozwiązana poprawnie? Głównymi odpowiedziami przy poszczególnych łamigłówkach są liczby. Każda z nich wskazuje, na którą stronę w książce mamy się udać, aby kontynuować swoją przygodę. Jeśli odpowiemy dobrze i przejdziemy na dedykowaną przez rozwiązanie kartkę, w lewym górnym rogu ujrzymy żółtą strzałkę z numerem arkusza, z którego właśnie „przybyliśmy”. W przypadku błędnej odpowiedzi cyfry w strzałce nie będą się zgadzać. Twórca gry nie jest bez serca, co udowadnia zapieczętowany rozdział na końcu książki, zawierający podpowiedzi i odpowiedzi do zagadek.

Według instrukcji gra dedykowana jest osobom w wieku 12+, a sam czas rozgrywki to około 3 godzin. Przejście podręcznika zajęło mi około 2 godzin, przy czym tylko raz posiłkowałem się podpowiedzią i to w dodatku na samym początku (sic!). Generalnie bawiłem się dobrze, mózg trochę popracował i właśnie o to w tym wszystkim chodzi. W porównaniu do Dziennika 29, przy którym zjadłem ołówek, Sam w Salem jest lekką grą w sam raz do pociągu czy na luźny wieczór.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Escape Quest. Sam w Salem
Wydawnictwo: Egmont
Scenariusz: Julien Mindel
Rysunki: Julien Mindel
Tłumaczenie: Agata Cieślak
Data premiery: 28.10.2020
Liczba stron: 96

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz „Kisiel” Krzeszowiec
Rocznik ’88. Fan komiksu, dobrej książki i filmu. Lubi posłuchać ostrzejszych brzmień. Swój gust muzyczny przyprawia klasyką oraz muzyką elektroniczną. Nie znosi owijania w bawełnę i jak ognia unika „niepracującej szlachty” czy „absolwentów szkół robienia hałasu”. W wolnych chwilach poluje na prawdziwe pokemony, włócząc się z wędką wzdłuż brzegów Królowej Rzek, zdradzając ją chwilami z innymi ciekami i bajorami. Nieuleczalny fanatyk włoskiego futbolu (wierny kibic Interu Mediolan). Wielbiciel dobrego piwa i whisky. Czasem popełnia recenzje, by innym razem nabazgrolić coś z zupełnie innej beczki. Podczas ostatniego remontu w jego domu, jeden z majstrów stwierdził, że ma nierówno pod sufitem.