SIEĆ NERDHEIM:

Cyberfunk 1987. Recenzja gry Huntdown

KorektaWicked G
Huntdown – okładka gry

Czołówka na melodię jakiegoś elektronicznego szlagiera. Rzut na kordon policji, oświetlony krzykliwymi neonami z pobliskich budynków. Staccato wystrzałów z głębi dzielnicy, oddalone eksplozje. Z piskiem opon podjeżdżają dwa lamborghini i puls mundurowych przyśpieszył tak jak muzyka. Wysiadają postacie w długich płaszczach i kierują się do strefy wojny, by zrobić to, czego prawo nie jest w stanie. Rozpoczęło się polowanie.

W dalekiej przyszłości łowcy nagród będą kryć się przed kulami w zaułkach, skakać nad autostradami i z kopniaka wchodzić do podejrzanych barów, aby w huku wystrzałów i błyśnięciu katany oczyścić miasto z niepowstrzymanych gangów. Huntdown to jak wyjęta żywcem z automatów do gier dwuwymiarowa platformówka run&gun z co-opem. Wcielimy się w jedną z trzech postaci – w encyklopedii mogłyby znaleźć się pod hasłem „cyberpunkowy twardziel” – Anna Conda, Jack Sawyer i robot Mow Man. Różnią się podstawową bronią, ulubionym podręcznym ostrzem do rzucania, stylem fury (w której odbieramy wiadomości o naszej misji i przeglądamy mapę gry) oraz pulą ciętych tekstów.

Tutaj nie istnieje „spokojne sąsiedztwo”

Po drodze do celu szesnastobitowi łowcy będą przetrzebiać hordy czterech gangów – ulicznych zbirów z Hoodlum Dools, podziemnych hokeistów Misconducts, królów asfaltu i spalin Heatseekers oraz futurystyczno-orientalnych No.1 Suspects. Każdy gang ma wyrazisty charakter i oferuje inne wyzwania, a gameplay eskaluje szybko i nie pozwala się nudzić. Będziemy ich rozgramiać z pomocą dużego asortymentu broni, ale lepiej się nie przywiązywać do jednej, bo gdy tylko amunicja się skończy, nasza postać odrzuci spluwę bez wahania i wróci do podstawowego pistoletu. Dotyczy to też broni białej, która po pewnym czasie pęka (z jednym unikalnym wyjątkiem). W zastępstwie za ulubioną zabawkę do rzucania postać może też podnieść ładunki wybuchowe albo nawet rozstawianą wieżyczkę. Ciągła rotacja uzbrojenia i dynamiczna walka sprawiają, że każdą lokację można przejść na wiele sposobów.

Ci Kanadyjczycy nie przepraszają za nic

Biegając po poziomach, czujemy się jak na obcym terytorium, zagrażają nam zagrywki odpowiednie dla każdego z gangów – i tak np. Misconducts dołączą się do walki metrem albo zjadą po schodach ruchomych, a Heatseekers spróbują rozjechać łowców w najmniej spodziewanym momencie. Im dalej w las, tym częściej gra rzuca nam rękawice i dodatkowe widowiskowe wyzwania. Czasem wymagające, ale i fair wobec gracza, a czasem nastawione wyłącznie na frajdę z pikselowej rozróby.

Jak już przejdziemy lokację jak huragan, możemy nagle spostrzec, że cichnie muzyka. To zwiastuje nadciągającą potyczkę z bossem, wymagają refleksu i rozgryzania wzoru ataków. Niestety widać, że na część walk zabrakło kreatywności. Niektórzy łotrzy mają nużące i frustrujące motywy bez strategii, musimy powtarzać tylko jeden zestaw ruchów – jak skoki z góry na dół, z pojedynczym strzałem po drodze. To przeciąga starcie i nim zetniemy bossowi pasek zdrowia do zera, będziemy mieć po uszy jego zapętlonych tekstów. Pragnienie, aby w końcu się zamknęli, było dla mnie główną motywacją do pokonania tych kilku zgniłych jabłek. Szczęśliwie perełką są liderzy gangów. Na mapy prowadzące do nich wjedziemy z piskiem opon naszego lambo i możemy liczyć na podniesienie adrenaliny. Najgorsi z najgorszych mają klimatyczne prezentacje i ociekają charakterem, potyczki z nimi są prawdziwą przyjemnością, nawet jak umieramy w koło. Finałowe starcie wyskakuje zupełnie poza skalę, oferując etap jak z blockbustera.

Wielka Stopa i przyjaciele

Czemu przyszłość wygląda i brzmi jak z kasety wideo? Czy grozi nam taki świat, jeśli popkultura nie przestanie doić nostalgię i sprzedawać nam ciągłe remake’i? Nie, to po prostu wizja wyciągnięta z lat osiemdziesiątych i podlana cyberpunkiem, gdzie każda osobówka to lamborghini, a mechy z laserami występują obok wrotek i walkmanów. Możemy się poczuć jak w interaktywnym popkulturowym muzeum – tła, napisy reklamowe, muzyka, wygląd przeciwników, padające co i rusz parafrazy kinowych postaci, od ogółu do szczegółu gra wyraża swoją retro-miłość i nie nawet przez chwile nie próbuje być poważna. Niektóre nawiązania są powszechnie obecne w popkulturze, ale Easy Trigger Games wskoczyli głęboko do króliczej nory. Spora część humoru i mrugnięć oka przejdzie bez echa, jeśli ktoś nie wychowywał się na starych filmach akcji albo nie jest miłośnikiem tamtych czasów.

Czemu takie fury w komisach znajdziemy tylko w dystopijnych światach?

Huntdown to czysta rozrywka, jeszcze lepsza w towarzystwie. Można ją przejść w jeden intensywny wieczór, a potem wracać na szybkie partyjki w ulubionych lokacjach albo zapraszać kolejne osoby do radosnej strzelaniny. Trzy postacie, co-op, cztery stopnie trudności, pula broni, fajne stylowe mapy i niektórzy bossowie to mieszanka grywalności stworzona do powtórek. A to esencja gier na automaty, którą twórcy odtworzyli bezbłędnie. 

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Huntdown
Wydawca: Easy Trigger Games
Producent: Coffee Stain Publishing
Data premiery: 12.05.2020
Platformy: Nintendo Switch, PS4, XONE
Recenzowany egzemplarz: PS4

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
Pod obliczami maski trifaccia kryje się student dziennikarstwa, dumny koci tata, a także pasjonat mitologii greckiej oraz wielu aspektów popkultury. Jak Cerber strzegę swojej kolekcji gier, książek, komiksów, figurek Transformersów i Power Rangers. Kiedy tylko jest szansa, oddaję się urban exploringowi z ekipą Pniak, po drodze próbując głaskać uliczne sierściuchy. Najczęściej gram z padem lub kostkami w garści. Piszę, słuchając muzyki ze starą duszą, a kawałek serca bije w Wenecji.