Więcej

    Gdy szukasz Nemo, ale trafiłeś do złej dzielnicy. Recenzja filmu Głębia strachu

    KorektaYaiez
    Głębia strachu - kadr z filmu
    Głębia strachu – kadr z filmu

    Głębia strachu pożycza pomysł na fabułę od The Meg, próbuje udawać Obcego, a na koniec bezczelnie przybija piątkę z Lovecraftem. Chociaż mieszanka ta brzmi jak coś, co powinno wpełznąć na stałe na mieliznę mego serca, tak naprawdę jest marnym połączeniem o konsystencji meduzy.

    Zarys fabuły można tu na spokojnie skopiować i przekleić z trącącego rybą i nadgniłym pomysłem The Meg, w którym to Statham miał się zająć waleniem po szczęce gigantycznego rekina. Wpływowa korporacja postanawia przewiercić się przez oceaniczne dno. Stawiają imponujące konstrukcje, zatrudniają najlepszych specjalistów i szturchają kijem nerwową w ostatnich latach Matkę Naturę. Pierwsze skutki dają o sobie znać niemal natychmiastowo. Okazuje się, że podczas odwiertów zaniepokoili mieszkańców głębin, którzy w bardzo bezpośredni sposób wyrażają swoje niezadowolenie z inwestycji realizowanej w pobliżu ich siedzib. Tym razem jednak zamiast wielkiej prehistorycznej ryby z mułu wyłaniają się niewyraźne sylwetki i kształty.

    Głębia strachu - kadr z filmu
    Głębia strachu – kadr z filmu

    Akcja filmu nabiera tempa w zasadzie natychmiastowo. W czasie napisów dostajemy garść informacji na temat okoliczności wydarzeń, później Stewart myje zęby i prowadzi wewnętrzny monolog filozoficzny, a już po chwili całą bazę trafia efektowny szlag w slow motion. Nie dane nam jest poznać bliżej bohaterów, poczuć atmosfery panującej w miejscu zapomnianym przez blask słońca i dowiedzieć się, czy oni w ogóle wiedzą co tam właściwie robią. Ściany pękają, woda się leje, co drugi przedmiot wylatuje w powietrze, a cała konstrukcja złowróżbnie jęczy i wzdycha. Personel obiektu zostaje momentalnie zredukowany do grupy głównych bohaterów. Wszystko zaczyna się zgodnie z radą Hitchcocka – jest trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie… chociaż w zasadzie jedynie próbuje rosnąć. Tak w skrócie: jest źle, będzie jeszcze gorzej, a pomoc nie nadejdzie na czas, bo ich nie słyszy. Jedynym wyjściem z sytuacji jest… dosłowne wyjście. Jeżeli bohaterowie chcą uratować życie, muszą wyjść na zewnątrz i przejść spacerkiem po oceanicznym dnie do drugiej nadal sprawnej stacji. Trochę narzekają, chwilę żartują, a po chwili już dają nura w kombinezony, by zaraz biegać się po okolicy w pogardzie mając ciśnienie, prawa natury i co tam się tylko da.

    Głębia strachu to jedna z tych produkcji, gdzie fiction puchnie tak bardzo, że science całkiem zostaje wypchnięte z uczestnictwa w zabawie. Na dodatek tym razem nieprawdopodobieństwo sytuacji nadęło się tak bardzo, że horror również zaczął chyłkiem dawać nogę. Nam natomiast pozostało oglądanie rozwodnionego kina sf, które mogłoby robić wrażenie w innej filmowej epoce. Grupa bohaterów, mimo przygniecenia miliardami litrów wody, skacze, biega i przeciąga się nawzajem po oceanicznym dnie, a ich główną ochronę stanowią skafandry o wątpliwej szczelności. Taką umowną filmową rzeczywistość można przełknąć i nawet zaakceptować, jeżeli w nagrodę dobra zabawa spływa na nas kaskadami… albo przynajmniej nasze zmęczone mózgi obmywa strumyczek dobrych chęci. Głębia strachu przez większość trwania nie oferuje jednak niczego specjalnego. Przedstawiona historia porywa nas z siłą stęchłego bajora, przy której nawet pokłady dziecinnej beztroski rozkładają bezradnie ręce.

    Głębia strachu - kadr z filmu
    Głębia strachu – kadr z filmu

    Film Williama Eubanka – prawie nieznanego reżysera z niewiele mówiącym dorobkiem – dość mocno próbuje naśladować legendarnego Obcego. Reżyser nie kryje się z zamiłowaniem do absolutnej klasyki gatunku i stara się stworzyć własną wersję, zastępując niezbadany kosmos niezbadanym dnem oceanicznym. I dobre pomysły mniej więcej w tym momencie się kończą. Eubank wszystko od początku spłyca i zamiast inspirować się wielkim kosmicznym koszmarem, po prostu przepisuje go bez najmniejszej wartości dodatniej. Wykorzystuje on ciemne, wilgotne i ciasne korytarze stacji badawczej, zaprasza do zabawy potwora, czającego się na załogę i bohaterkę ściętą na wojskowego jeża – no prawdziwe szaleństwo przy przerysowywaniu. Był chyba przekonany, że pożyczone elementy w pełni wystarczą, ale to za mało i tym razem po prostu nie działają.

    Głębia strachu, mimo wykorzystania najoczywistszych rekwizytów, pozbawiona jest cięższego klimatu i budowania niepokoju. Eubank odtwarza wszystkie elementy z zapałem spóźnionego na zajęcia uczniaka, lecz zapomina o najważniejszym – jego film nie posiada ducha i własnej osobowości. Starania w czerpaniu z dzieła Scotta przypominają bardziej wyrachowane pójście na łatwiznę i spisywanie z gotowca niż dowód prawdziwej miłości do obślizgłego kosmity. W całej fabularnej otoczce tli się potencjał, jednak poza znajomymi obrazkami brakuje tu niemal wszystkiego – nie ma budowania napięcia, narastającego niepokoju czy przygniatającej wręcz klaustrofobii. Doprowadzenie filmu do takiego poziomu jest naprawdę osiągnięciem… tym bardziej, że bohaterowie dosłownie znaleźli się w absolutnie i totalnie głębokim Rowie (Mariańskim).

    Głębia strachu - kadr z filmu
    Głębia strachu – kadr z filmu

    Sytuacji nie ratuje również grupa głównych bohaterów. Film wyrywa się do przodu z zawiązaniem akcji, więc tak na dobrą sprawę nawet nie wiemy, na kogo dokładnie patrzymy. Nie znamy motywacji postaci, ich relacji, ani tego, co podkusiło ich do zejścia na samo dno – mówią do siebie po imieniu, więc się chyba znają. To tyle. O dziwo Stewart ze swoją oszczędną i dość skromną grą całkiem pasuje do konwencji – jednak jej postać nie dość, że jest nierówna i dziwnie przeskakuje między stanami emocjonalnymi, to na dodatek zostaje zupełnie rozwodniona w fabule. To, że jest tu główną bohaterką, możemy wywnioskować jedynie z materiałów promocyjnych. Nie dość, że ma niewiele charyzmy, to na dodatek zostaje zepchnięta na fabularne pobocze. W tym czasie w oczy rzuca się natomiast postać grana przez T. J. Millera. Zgodnie ze swoim stylem jest on raczej nieśmiesznym śmieszkiem oraz „tym dziwnym typem”, który tym razem do historii pasuje równie mocno, jak błazenek Nemo do castingu do Szczęk – rzuca idiotycznymi żartami, niańczy pluszowego króliczka, a w większości dialogów zdradza przejawy dotkliwego uderzenia w barierki dziecięcego łóżeczka. Taka postać świetnie się sprawdza jako drużynowy klaun, stojący za plecami drugoplanowych bohaterów, gdzieś koło schowka na miotły. Tym razem jednak wybija się na pierwszy plan, zwraca na siebie uwagę i wywołuje największe emocje, a wszystko dlatego, że jako jedyny jest „jakiś”. Reszta to po prostu nieciekawe wkłady do skafandrów, które czasem się odezwą – chociaż też nie zawsze.

    Głębia strachu robi się naprawdę ciekawa dopiero w końcówce, gdy – tak zupełnie w ostatniej chwili przed wypuszczeniem finałowego bąbelka powietrza – decyduje się przybić solidną piątkę z Lovecraftem. To w tym momencie można się było naprawdę uśmiechnąć, poczuć w środku ciepełko i przyjemny dreszczyk biegnący leniwie po plecach. Wtedy Głębia strachu staje się tytułem z nurtu monster movie pełną gębą – zaskakuje, robi wrażenie i wywołuję dziecięcą wręcz radochę. Pomysł wieńczący historie ma pazur, rozmach i charakterek – jest niemal żywcem wyrwany z kart opowiadań Samotnika z Providence i oddany z charakterystycznym dla niego klimatem i ładunkiem beznadziejności. Czuć w tym rzeczywisty hołd dla Lovecrafta – cudowny… ale też zdecydowanie spóźniony.

    Głębia strachu - kadr z filmu
    Głębia strachu – kadr z filmu

    Film Eubnaka przypomina trochę niedawny Rytuał – oba produkcje miały zjawiskowego potwora, wokół którego starały się obudować całą historię. W przypadku netfliksowego horroru do finału prowadziła zabawa z gatunkiem, odświeżające pomysły oraz porządnie wykorzystany surowy klimat. W Głębi strachu do potwora prowadzi kalka Obcego nakreślona przez książkę telefoniczną – pozbawiona charakteru, wariacji czy nawet próby złożenia hołdu xenomorphowi lub Lovecraftowi. Pod pewnymi względami nawet nieszczęsny The Meg wypada lepiej – on przebił się przez kinowe dno, by spróbować połączyć kino spod znaku Sharknada ze Szczękami. Głębia strachu natomiast nie próbowała zrobić nic.

    Reżyserowi udało się przekuć nieprzyjemną i paraliżującą naturalną pułapkę w idiotyczny spacer po dnie oceanu. Kryje się za tym jednak pewna zmyślna przebiegłość. Zabieg ten odwraca bowiem skutecznie uwagę od wszystkich pozostałych elementów, które – mimo że nie szorują po kinowym mule – prezentują sobą co najwyżej zupełnie przeciętny poziom.

    W skali od 1 do „Hołd złożony klasyce powinien sprawiać, że robie nam się mokro” – łatwe do przewidzenia „W skrajnych warunkach nikt nie usłyszy Twojego krzyku… tym bardziej, jeżeli bezmyślnie powtarzasz po innych”.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Głębia strachu
    Data premiery: 31.01.2020
    Typ: film
    Gatunek: Horror, horror ludowy
    Reżyseria: Oz Perkins
    Scenariusz: Rob Hayes
    Obsada: Kristen Stewart, Vincent Cassel, T.J. MillJessca Henwick, John Gallagher Jr. i inni.

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + wielkie wejście wielkiego potwora w końcówce

    Minusy:
    – przeciętny klimat
    – przeciętne straszenie
    – przeciętne budowanie napięcia
    – przeciętni bohaterowie
    – przeciętnie poprowadzona historia
    – przeciętny hołd dla "Obcego"
    – ogólnie przeciętny, ale tak to już jest, gdy tworzy się horror przyjazny 13-latkom

    Dodaj komentarz

    avatar
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.