SIEĆ NERDHEIM:

Bałagan na ładnych kołach. Recenzja filmu Zabójcze Maszyny

KorektaJustin
Na początku film chętnie reklamował się nazwiskiem Petera Jacksona, a później na okładkach DVD i innych wydań to już wstydliwie „twórcy polecają”.

Miasta na kołach zjadające się nawzajem. Steampunkowa estetyka. Hugo Weaving. To kombinacja, która sprawiła, że odwróciłem z zaciekawieniem głowę, a ambitniejsze filmy spojrzały na mnie z wyrzutem jak dziewczyna z mema. Film zrealizowano na podstawie książek Philipa Reeve’a i nie miałem jeszcze przyjemności ich poznać. Wyszło mi to na dobre. Gdybym jeszcze przypadkiem je polubił, ból w jelitach po seansie byłby tylko większy.

„London calling to the faraway towns
Now war is declared and battle come down”

Na samym początku widzimy, jak majestatyczny Londyn na gąsienicach gna za górniczym miasteczkiem i szczerzy się przed spodziewaną konsumpcją. W odległej przeszłości doszło do apokalipsy, geografia się zmieniła, zasoby maleją i jedyną metodą na przetrwanie jest życie na jeżdżących architektonicznych kolosach i urbanistyczny kanibalizm (a niektórzy stosują też ten międzyludzki). Wśród głównej obsady mamy żądną zemsty awanturniczkę, historyka z marzeniami i inżyniera z ciemnymi intencjami, który wspomnianą dwójkę wyrzuca z Londynu na pustkowiach. Para zmierza z powrotem do Londynu, wpada w wir przygód i próbuje powstrzymać tego złego. Ten chce użyć broni masowej zagłady do przebicia się przez wielki mur do jedynej krainy, w której ludzie żyją jak dawniej. Po drodze przez chwilę ściga ich pseudo Terminator W filmie poupychane są też inne wątki zaczerpnięte z książki, jakby nie chciano niczego pominąć, nieważne ile wnoszą. W najlepszym wypadku zostały ledwo liźnięte, a w najgorszym zapychają czas i rozdymają film do niepotrzebnych dwóch godzin.

Wnętrze Londynu jest wizualnie cudną dystopią, aż szkoda roboty grafików na ten film.

Oglądając, miałem nieodparte wrażenie, że mottem reżysera było „Chrzanić sens, byle było ładnie!”. I jest. Tytułowe maszyny wyglądają fajnie, złowrogo i trzeba przyznać, unikatowo oraz ikonicznie. Urzekł mnie Londyn, zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz pokazując ciekawe społeczeństwo i tła niczym wyjęte z serii gier Bioshock. Gdyby mi ktoś pokazał tylko te sceny, to gnałbym po książkę. Niestety, z głodnych miast zobaczymy jedynie stolicę wyspiarzy. Nie licząc górniczej mieściny, która zostaje wchłonięta na początku, na ekranie będą zasuwać tylko pojazdy bandytów, pofruwają samoloty,  zobaczymy jedno więzienie oraz estetyczne miasto w przestworzach i tyle z „zabójczych maszyn”. Nie wiem nawet, czy te kołowe, steampunkowe potworności zbirów klasyfikują się w tym świecie jako mobilne wioski. Może osiedla? Sam pomysł jeżdżących maszyn już wymaga dużego zawieszenia niewiary, ale film unosi to do absurdalnej rangi. Nie dostaniemy żadnego wyjaśnienia (poza krótką historią apokalipsy), co najwyżej zaleje nas potok terminologii sensownej tylko dla obeznanych z książką, a bezużytecznej w filmie. Swoją drogą też mi kryzys zasobów, skoro biedni nomadzi mogą pozwolić sobie na spalanie paliwa podczas polowania kilkoma maszynami na dwójkę podróżników, ale nieważne! Ładnie jest.

Malownicze widoki dają chociaż odrobinę smaku mdłemu seansowi.

I aktorzy też ładni. Ci dobrzy są jak z żurnala, ci źli mają odpowiednio paskudną charakteryzację albo zabójczo ostry styl. Szkoda tylko, że lekcje aktorstwa brali chyba od pokemonów, bo za dramatyzm robi tutaj głośne wykrzykiwanie imion. Protagonistkę zapamiętam tylko dlatego, że oszaleć można od ilości „Hester Shawn!” powtarzanego przez cały film. Hera Hilman stara się zaistnieć w głównej roli, ale jej wysiłki są na nic, gdy scenariusz jest pozszywany ze zbyt ściśniętych ze sobą kawałków, a dialogi zwyczajnie drętwe. A do tego ma koszmarnego partnera, sztywnego i płaskiego historyka Toma Natsworthy’ego (w tej roli Robert Sheehan). Z kolei Hugo Weaving marnuje się zupełnie jako inżynier Thaddeus Valentine, główny złoczyńca. Wiarygodnie gra osobę niejednoznacznie moralną, ale co z tego, skoro scenariusz już w pierwszym akcie każe mu odsłaniać wszystkie karty i potem tylko kręci złowieszczo wąsem. Podobnie szkoda mi roli Stephena Langa, który użyczył głosu postaci Shrike (wspomniany wcześniej nie-Terminator z domieszką, uh, Vadera) – włożył w zabójczego robota więcej emocji, niż wykrzesała połowa obsady. Cały wątek Shrike jest przy tym zaskakująco ciekawy, ale ledwo się pojawił, to spłycono go do kałuży. Marnotrawstwo dla kilku tanich chwytów z popularniejszych filmów.

Żałuje też wątku Katherine Valentine (Leila George). Córka inżyniera od początku była zarysowana jako ważna postać, protagonistka z własnym wątkiem obok Hester i Toma. Tylko nie wynika z niego nic. Dziewczyna biega po Londynie, odkrywa, że jej tatko jest zły (o nie!), nieco szturcha wątek „muzeum kontra inżynierowie”, mając przy tym zerowy wpływ na fabułę. Równie dobrze mogli zostawić tylko jej powrót w środek akcji, a film nie uległby zmianie.

Nieważne, że jestem terminatorem który dysponuje siłą aby ściągać ten samolot z nieba – poczekam aż dramatycznie namyślisz się czy rzucić mu ten nóż czy nie.

Lubię oglądać ambitne filmy, ale czasem lubię też wyłączyć szare komórki dla rozrywkowych głupotek. Jako fan Transformers toleruję nawet 4 na 5 filmów tej marki M. Baya, który przynajmniej dodaje coś od siebie poza wybuchami i np. skreśli fajną scenę walki. Zabójcze Maszyny nie sprawdzają się nawet w tej kategorii. Poza widowiskowym wstępem nie oferują dalej ani nic angażującego, ani innowacyjnego. Akcja wieje nudą albo ociera się o śmieszność, a większość fajnych machin obejrzymy sobie jako tło dla bohaterów. Dramatyczny finał traci zupełnie impet, zarówno przez rozczarowującą wizualnie broń masowej zagłady, jak i złe tempo. Scenariusz zastyga w czasie tam, gdzie jest potrzeba wyciśnięcia odrobiny sztucznych łez, przez co szarża Londynu na wielki mur kojarzyła mi się tylko ze sceną z Austina Powersa, gdzie tytułowy bohater pędził walcem.

Ta ulga kiedy film się już kończy.

Zabójcze Maszyny jadą po zużytych od schematów torach i w żaden sposób nie próbują uatrakcyjnić podróży, odhaczając tylko w przelocie wyeksploatowane stacje. Jednocześnie napchały z książki za dużo treści naraz do mechanicznej paszczy i dławią się przez całą drogę. Sens wychodzi im bokami, a scenariusz wygląda równie atrakcyjnie, jak anonimowa breja ze stołówki. Jazda jest co prawda szybka, nawet aż za szybka, ale trzeba przyznać, że widoki są ładne. Film zaliczył finansową klapę (budżet 100 milionów dolarów, zarobił około 83, a ostatecznie przyniósł 174 miliony straty) i łatwo zobaczyć czemu. To nic więcej jak nieudolna ekranizacja książki, wyreżyserowana i napisana (przez trzech scenarzystów!) w najgorszy możliwy dla tego gatunku sposób. Jeśli jednak ktokolwiek za sprawą obrazków poczuje się zainteresowany tematyką, polecam rozejrzeć się za książkami, których recenzje u nas napisała Fushikoma.


SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Zabójcze Maszyny
Tytuł oryginalny: Mortal Engines
Data premiery: czwarty kwartał 2018 (kino), 11.09.2020 (Netflix)
Typ: film
Gatunek: akcja, sci-fi
Reżyseria: Christian Reeves
Scenariusz: Fran Walsh, Philippa Boyens, Peter Jackson
Obsada: Hera Hilman, Robert Sheehan, Hugo Weaving, Leila George, Stephen Lang

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
upvod
5 miesięcy temu

Jakoś nie przypadł mi do gustu ten film, nie mój klimat zdecydowanie

filmiksy
4 miesięcy temu

bardzo udana produkcja, oczywiście premiera musiała pojawić się na Netflix a do tego chyba wszyscy zdążyliśmy się przyzwyczaić 🙂

Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
Pod obliczami maski trifaccia kryje się student dziennikarstwa, dumny koci tata, a także pasjonat mitologii greckiej oraz wielu aspektów popkultury. Jak Cerber strzegę swojej kolekcji gier, książek, komiksów, figurek Transformersów i Power Rangers. Kiedy tylko jest szansa, oddaję się urban exploringowi z ekipą Pniak, po drodze próbując głaskać uliczne sierściuchy. Najczęściej gram z padem lub kostkami w garści. Piszę, słuchając muzyki ze starą duszą, a kawałek serca bije w Wenecji.