SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Pamięć złotej rybki? Przypadek księdza Jacka z serialu Ojciec Mateusz

    Ojciec Mateusz – ksiądz Jacek na przestrzeni lat
    Ojciec Mateusz – ksiądz Jacek na przestrzeni lat

    Różne mogą być powody wyboru ulubionej postaci w serialu, który właśnie oglądamy. Czasem przypada nam do gustu osobowość danego bohatera, czasami perypetie, z którymi się mierzy, jeszcze kiedy indziej grający go aktor. Ta ostatnia opcja była u mnie czynnikiem decydującym, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z Ojcem Mateuszem, a spośród całej gromadki postaci moim ulubieńcem został ksiądz Jacek, sekretarz biskupa. Wcielający się w tę rolę Piotr Kozłowski to aktor tyleż zdolny, co niedoceniony – mimo niemałej liczby udanych występów filmowych, telewizyjnych, radiowych i dubbingowych nie należy do puli nazwisk bardzo rozpoznawalnych. W Ojcu Mateuszu udowadnia, że niesłusznie. Pomimo faktu, że jego bohater z perspektywy 12 lat produkcji serialu jest jednym z tych najmocniej zniszczonych przez zmieniających się, niekonsekwentnych scenarzystów. Dlatego, choć mnóstwo mamy w popkulturze postaci dotkniętych „flanderyzacją” czy pisarskimi fikołkami, dzisiaj opowiem wam właśnie o księdzu Jacku.

    Zakładam, że Ojciec Mateusz jest tytułem tak rozpoznawalnym, że nie muszę nikomu tłumaczyć, co to za serial, o czym opowiada i kto jest tu kim. Gdybym jednak się myliła, to odsyłam do bazy Filmpolski.pl albo chociaż artykułu na polskiej Wikipedii. Przy tej okazji uprzedzam również, że w niniejszym tekście będą spoilery, czasem dość poważne.

    Na początek warto wspomnieć, że Jacek jest jednym z nielicznych bohaterów pierwotnej głównej obsady, którzy zostali stworzeni niemal od podstaw przez polskich scenarzystów. Jego protoplasta z włoskiego oryginału pełnił funkcje niemal wyłącznie dekoracyjne – może w kilku odcinkach na krzyż miał coś więcej do powiedzenia i nie odgrywał większej roli w fabule. W naszej adaptacji asystent biskupa urósł do rangi okazjonalnie komicznej przeciwwagi dla protagonisty. Bardziej surowy w ocenach, przywiązany do zasad, wiecznie przejęty tym, co ludzie powiedzą. Z ledwo co ukrywaną zazdrością spoglądający na atencję, którą zyskuje Mateusz. Ciekawym elementem, chroniącym Jacka przed czysto komediowym potraktowaniem, był pojawiający się od początku absolutny brak wątpliwości co do jego kompetencji zawodowych. Świetnie orientuje się w tak zwanej „papierologii”, dobrze radzi sobie z organizacją na przykład różnych wydarzeń. Jednak takie elementy rzadko pojawiają się na pierwszym planie. Najczęściej Jacek jest tym, do którego docierają skargi od pojedynczych oburzonych parafian Mateusza i który od razu przychodzi z nimi do biskupa, przekonany, że może tym razem jego przełożony przywoła wreszcie księdza-detektywa do porządku. Oczywiście (prawie) nigdy do tego nie dochodzi, a oglądanie sekretarza sprowadzonego do parteru przyjemnie rozładowuje pełną kryminalnego napięcia atmosferę.

    Jest jakaś taka paskudna serialowa tendencja, aby zabawnym i lekkim postaciom w pewnym momencie dopisać superpoważną, dramatyczną historię. Nie ominęła ona również naszego duchownego. W jednym z odcinków serii 6. okazało się, że zanim został księdzem, miał dziewczynę. Gdy Jacek poszedł do seminarium, panna dość prędko zaczęła chodzić z jego bratem. Teraz pojawiało się pytanie: czy urodzona z tego związku córka może być tak naprawdę dzieckiem biskupiego sekretarza, o którym nie wiedział? Pomysł na fabułę wcale nie najgorszy, jednak spowodowana nim drastyczna zmiana nastroju wokół postaci Jacka z ówczesnej perspektywy nie wyglądała dobrze. Dysonans spowodowany był faktem, że wcześniej ani razu nie pozwolono temu bohaterowi spoważnieć na dłuższą chwilę. Praktycznie zawsze był tym zabawnym księżulem, bulwersującym się jak Jigglypuff przy każdym „wyskoku” Mateusza. Aż tu nagle cyk, historia na serio. Jednak trzeba przyznać, że z perspektywy czasu całkiem dobrze się obroniła. Tak naprawdę największym problemem okazało się to, że o zdarzeniach tamtego odcinka potem praktycznie zapomniano – nie licząc Natalii raz wypominającej Jackowi brak wdzięczności wobec Mateusza, który wyciągnął kolegę „po fachu” z kłopotów. O bratanicy księdza oraz jej mającym urodzić się dziecku nie wspomniano już nigdy więcej, a grająca tę bohaterkę Magdalena Lamparska wróciła kilka ładnych serii później w zupełnie innej roli. Swoją drogą takie powtarzanie się w gościnnej obsadzie rozpoznawalnych aktorów to potężna bolączka całego serialu, ale o tym innym razem.

    Ojciec Mateusz – ksiądz Jacek w serii 6.
    Ojciec Mateusz – ksiądz Jacek w serii 6.

    Lubię sobie czasem złośliwie zażartować, że ksiądz Jacek jest taką postacią z wbudowanym przyciskiem „Reset”, który niektórzy scenarzyści wciskają w miarę potrzeby. W zasadzie od pewnego momentu walą w niego bez opamiętania. Tym samym pozbawiają widownię przyjemności z obserwowania bohatera dynamicznego, który pod zbawiennym wpływem protagonisty przynajmniej częściowo wyjmuje sobie kij z niewymownej części ciała (jak w pewnym stopniu miało to miejsce w wypadku inspektora Możejki chociażby). Niestety pokusa posiadania łatwego „rozśmieszacza” wygrywa. To, co działo się z księdzem Jackiem przez ostatnie lata, z realistycznego punktu widzenia sugerowałoby, że duchowny cierpi na rozdwojenie jaźni lub inną poważną chorobę psychiczną.

    Na początku nic nie zapowiadało późniejszych scenariuszowych huśtawek. W końcówce serii 6. pojawia się odcinek Wyjazd, w którym Mateusz ma wyjechać na placówkę do Włoch, a jego funkcję proboszcza w Sandomierzu przejmuje Jacek. Gdy tylko asystent biskupa pojawia się na plebanii z całą masą tobołków, na samo dzień dobry zabiera się za przestawianie mebli, choć w sumie sprawia wrażenie zagubionego w nowym miejscu. Sytuacji nie poprawia nagły powrót Mateusza, który nawet nie dojechał na lotnisko, a już wpakował się w niecierpiącą zwłoki sprawę kryminalną. Jacek jest gotów dzwonić do biskupa, ale wyraźnie temperuje go Natalia – tu właśnie pojawia się, wspominane przeze mnie wcześniej, jedyne w dalszej części serialu odniesienie do przygody z bratanicą. Efekt jest szybki. Nazajutrz ksiądz przeprasza gospodynię i proponuje Natalii, aby wbrew jej dotychczasowym planom ona i reszta domowników nie wyprowadzali się z plebanii. Widać, że Jacek jest w tym wszystkim mocno spięty, ale konflikt zostaje załagodzony. Miłą wisienką na torcie jest końcówka odcinka, kiedy okazuje się, że sekretarz biskupa przezornie nie odbierał telefonów od przełożonego, żeby nie wkopać kolegi. Ładnie zasugerowano widzom, że protagonista coś w tym zabawnym zazdrośniku zaczął zmieniać na lepsze.

    Początek serii 7. to już faktyczne zastępstwo za ojca Mateusza na sandomierskiej parafii – choć ledwie trzyodcinkowe – i lekkie „zmiękczenie” Jacka. Zasadniczy, raczej sztywnawy ksiądz zaczyna jeszcze mocniej zdradzać małe, zupełnie ludzkie słabości: trudności w kontaktach międzyludzkich wywołane pewnym niezrozumieniem ich natury oraz ponadprzeciętny apetyt (Natalia stwierdza dosadnie, że jego łatwiej ubrać niż wyżywić). Komizm tej postaci staje się bardziej naturalny, zwłaszcza że obok wad pojawiają się również zalety – pamięć do szczegółów, niezrażanie się drobnymi niepowodzeniami i ogólnie przychylne bliźnim usposobienie, które sprawia, że parokrotnie wchodzi w kompetencje Mateusza, pomagając niesłusznie oskarżonym. Oczywiście nadal bywa neurotyczny i spina się ponad miarę, gdy okazuje się, że mógł zrobić coś nielicującego z godnością pełnionej funkcji, ale można powiedzieć, że wreszcie staje się „jakiś” i w sumie naprawdę daje się lubić. Zwłaszcza że mieszkańcy plebanii zdają się wobec niego nadmiernie uprzedzeni, żeby nie powiedzieć, że bezzasadnie wredni ponad miarę.

    Ojciec Mateusz – ksiądz Jacek w serii 7.
    Ojciec Mateusz – ksiądz Jacek w serii 7.

    Później przez dłuższy czas Jacek nie odgrywa na tyle kluczowej roli w serialowych fabułach, żeby dało się określić jakieś drastyczne przełomy w jego charakterystyce. Tu się czasem obruszy po staremu, ale z drugiej strony jakby trochę złagodniał względem Mateusza. Tak dochodzimy do finału serii 15., odcinka Manuela, w którym chyba po raz pierwszy wyraźnie daje o sobie znać cały scenariuszowy chaos związany z postacią księdza Jacka. We wspomnianym epizodzie dostajemy naszego duchownego wprost domagającego się atencji od biskupa, sępiąc pochwały za przemowę w języku hiszpańskim, którego właśnie się uczy – ale z drugiej strony trzeba przyznać, że nauka idzie mu naprawdę nieźle i nie sposób się z niego nabijać. Jest bardzo chętny do działania w ramach przygotowań do Światowych Dni Młodzieży – lecz wpycha się do roboty niemal na chama, na co wcześniej w życiu by sobie nie pozwolił, dbając bardzo o nieskazitelny wizerunek. Skrajność na skrajności. Wprawdzie na koniec wykazuje się niezłą kreatywnością, zaangażowany z marszu do roli złego komendanta w kościelnej pantomimie oraz zdaje się wyraźnie poruszony emocjonalną przemową siostry Manueli, ale… Po tej dziwnej sinusoidzie zachowań widz nie wie, jak do tego wszystkiego podejść.

    W serii 17. mamy odcinek Odkupienie – tyleż piękny, co bolesny w kontekście całych dziejów naszego bohatera, bo pokazano tam, co moglibyśmy mieć, gdyby scenarzyści nie bawili się guzikiem do resetu. Jacek spełnia się w roli koordynatora, nadzorując budowę schroniska dla ubogich. Rozpiera go energia, wszędzie go pełno, niektóre prace wykonuje osobiście. To ostatnie z różnym skutkiem, najczęściej pobandażowanymi palcami, ale liczą się chęci. Przy tej okazji duchowny odświeża dawną przyjaźń z Januszem, również mocno zaangażowanym w przygotowania do otwarcia przytułku. Ksiądz przypisuje koledze większość zasług w sukcesie ich przedsięwzięcia. Jednak nagle wszystko przerywa śmierć brutalnie zamordowanego Janusza. Jacek przeżywa to bardzo. Z zaufaniem przyjmuje pomoc od ojca Mateusza, mimo dzielących ich różnic. Ba, nawet po raz pierwszy od początku serialu zwraca się do niego bez oficjalnego zadęcia, mówiąc mu per „bracie”. Druga taka przygoda, gdzie nasz ksiądz staje się postacią z krwi i kości po wiarygodnym przeobrażeniu, występuje serię później. W odcinku Cud mamy Jacka obwiniającego się o sytuację, w której nie popełnił żadnego uchybienia, proszącego Mateusza o pomoc w jej rozwiązaniu i gotowego nagiąć tak wielbione przez siebie zasady w słusznym celu. W dodatku dzięki temu epizodowi zazwyczaj antagonizowana przez twórców para duchownych miała wreszcie szansę w pełni współpracować, a asystent biskupa ten jeden jedyny raz okazał się w czymś lepszy od proboszcza-detektywa. Wprawdzie Mateusz jest mistrzem roweru, ale w szaleńczej jeździe na motocyklu w sytuacji kryzysowej to Jacek ma pewniejszą rękę.

    Tylko co z tego, skoro już w serii 19. zaczęły się znowu zmiany na gorsze, a pod koniec serii 21. i później z hukiem wyrzucono cały rozwój postaci do kosza? I to posyłając naszego bohatera w skrajność tak negatywną, że aż podpadającą pod określenia niecenzuralne. Gdy protagonista zostaje oskarżony o złamanie tajemnicy spowiedzi, biskupi asystent najchętniej pierwszy obłożyłby go ekskomuniką, ponadto bez żadnej konsultacji sprowadza znajomego klechę na zastępstwo za „winnego” kolegę. Jeszcze gorzej prezentuje się w dwuodcinkowej historii z serii 23. To ja, Mateusz/Trudny powrót. Dodajmy, że historii wyjątkowo fatalnie napisanej, burzącej dotychczasową ciągłość serialu i momentami zmieniającej się w autoparodię. Na wieść o tym, że ktoś podający się za uwielbianego księdza-detektywa dokonał szeregu poważnych naruszeń, bez mrugnięcia okiem wydaje na niego wyrok, stwierdzając, że ciągłe przebywanie z kryminalistami musiało tak się skończyć. Potem kiedy wszyscy opłakują Mateusza, sądząc, że ten nie żyje, Jacek – choć niby jest trochę zasmucony – ma ważniejsze sprawy na głowie. Konkretnie… znalezienie nowego księdza na zwolniony wakat na sandomierskim probostwie! Następcą miałby być oczywiście zaprzyjaźniony kolega po fachu znany z poprzedniego razu. A kiedy okazuje się, że głównemu bohaterowi nic się nie stało (bo nie można przecież go zabić ot tak), przy pierwszej nadarzającej się w kolejnych odcinkach okazji sekretarz biskupa próbuje namieszać, knując ze swoim koleżką i dzwoniąc z anonimowym donosem na Mateusza do telewizji. Na dodatek, choć wcześniej nie zdarzało mu się nic mocniejszego poza świętym oburzeniem, zrobił się bardzo agresywny… Wyjątkowy niewdzięcznik, co nie? Owszem, gdybyśmy nie mieli świadomości, że ten kołowrotek osobowościowy nie jest jego winą.

    Ojciec Mateusz – ksiądz Jacek w serii 23.
    Ojciec Mateusz – ksiądz Jacek w serii 23.

    Niby parę odcinków po rozpoczęciu bieżącej serii 24. mamy pewien zwrot w kierunku bardziej pozytywnego Jacka-pasjonata, ale w zestawieniu z niedawnym byciem oślizgłym draniem wygląda to… średnio na jeża. Poza tym nie mogę pozbyć się wrażenia, że te pomysły są głównie spełnieniem doraźnych potrzeb fabularnych. Ksiądz Jacek w jednym odcinku zostaje youtuberem, nagrywając wraz z pewną parą filmiki z naukami przedmałżeńskimi i biegając w cywilnych ciuchach typowego reżysera. Tylko po to, aby w kolejnym gwałtownie zmienić zainteresowania i po paru internetowych lekcjach gitary zapragnąć bycia domorosłą gwiazdą muzyki, zamęczającą pielgrzymów swoim śpiewem – kiepskim, bo wiadomo, hehe, postać komiczna. Jednak chyba scenarzysta drugiego z wymienionych epizodów poczuł jakieś wyrzuty sumienia, bo w finale okazuje się, że to właśnie Jacek jest dumnym posiadaczem żółtego pasa w karate. Tyle że oczywiście wcześniej nigdy nie było o tym mowy, a nasz ksiądz w bezpośrednich fizycznych konfrontacjach radził sobie bardzo średnio…

    Skąd ta huśtawka? Zajrzenie do listy realizatorów może nam bardzo dużo wyjaśnić. Ojciec Mateusz jest serialem pisanym przez zmieniających się scenarzystów, bez obecności tak zwanego scenarzysty wiodącego, który mógłby sprawować kontrolę nad całością materiału. Początkowo (do końca serii 5.) nie stanowiło to aż takiego problemu, bo scenariusze tworzyły najpierw dwie, a potem cztery osoby, które pisały względnie spójnie. Później w stawce zaczęły się pojawiać nowe nazwiska – do tej pory pod historią opowiedzianą w ponad 300 odcinkach serialu podpisało się łącznie siedemnastu scenarzystów. Sądzę, że mniej więcej od tamtego czasu zaczęły się problemy z ciągłością fabuły czy charakterystyk bohaterów. Jak się okazuje, po sprawdzeniu nazwisk scenarzystów odpowiedzialnych za odcinki kluczowe dla rozwoju (lub regresu) postaci księdza Jacka ta teoria zyskuje na wiarygodności, acz tylko częściowo.

    Niemal wszystkie epizody, w których nasz bohater dostaje szansę na rozkwit, wyszły spod ręki tej samej osoby – Grzegorza Łoszewskiego, jednego z dwojga oryginalnych scenarzystów serialu. „Niemal”, bo są wyjątki. Pierwszy to odcinek Wyjazd autorstwa Artura Krasickiego, będący jednorazową przygodą tego pana z serialem. Szkoda, bo widać było, że z szacunkiem podszedł do koncepcji poprzednika i całkiem ładnie podjął się nienachalnego pociągnięcia jej dalej. Drugim odstępstwem od reguły jest trzyczęściowa historia z zastępstwem na parafii, którą Łoszewski jedynie zaczął, a względnie sprawnie kontynuowały jego koleżanki z pierwotnej pisarskiej czwórki, Agnieszka Błotnicka i Grażyna Wilczyńska. Z kolei prawie wszystkie epizody, w których Jacek zachowuje się jak ostatni… wiadomo kto, również mają jednego autora w osobie pracującego przy serialu od serii 12. Michała Kalickiego. Tu też mamy wyjątek – odcinek Tajemnica spowiedzi napisał Adam Cioczek, w Ojcu Mateuszu obecny od serii 17. Czyli w zasadzie to właśnie Kalickiego możemy obwiniać o zepsucie całej misternej roboty poprzedników, ale… czy aby na pewno? Mocno rozchwiany osobowościowo Jacek w Manueli to robota Łoszewskiego, który jak każdy człowiek widocznie miał gorszy dzień. Niestety tym samym zostawił następcom furtkę do drążenia negatywnych cech bohatera, którą ci wykorzystali. Tak mocno, że oryginalny scenarzysta w ostatniej serii nie był w stanie tego wszystkiego wiarygodnie odkręcić.

    Ojciec Mateusz – protagonista i ksiądz Jacek w serii 24.
    Ojciec Mateusz – protagonista i ksiądz Jacek w serii 24.

    Ta cała zabawa z resetowaniem Jacka boli mnie z jeszcze paru przyczyn. Takich aktorskich. Piotr Kozłowski świetnie sobie radzi ze wcielaniem się w swojego bohatera, unikając niepotrzebnego przerysowania, trochę narzucającego się przy takim jego pisaniu. Najmocniej to widać właśnie w odcinkach, które pozwalają biskupiemu sekretarzowi na porzucenie funkcji doraźnej zabawki. Absolutnie czystym złotem w tych epizodach stają się jego wspólne sceny z granym przez Artura Żmijewskiego protagonistą. Obaj panowie znają się jeszcze z czasów szkoły teatralnej (Kozłowski studiował dwa roczniki wyżej), prywatnie się lubią, na ekranie mają mocną chemię. Idealna podkładka pod jakieś sensowne rozwinięcie relacji pomiędzy ich bohaterami, którego podjął się w swoich odcinkach tak naprawdę tylko Łoszewski. Dostrzegł potencjał – zarówno komiczny, jak i dramatyczny – w układzie, w którym biskup jest dla obu księży trochę jak ojciec, a Jacek zachowuje się wobec Mateusza jak rywalizujący o atencję rodziców brat. Gdyby pozostali scenarzyści podążyli śladem swojego kolegi z podobną mu konsekwencją… Cóż. Wtedy nie musiałabym pisać tego tekstu.

    Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Dagmara „Daguchna” Niemiec
    Dagmara „Daguchna” Niemiec
    Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się stustronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x