SIEĆ NERDHEIM:

Ten typ Des. Recenzja miniserialu Des

Des – plakat serialu
Des – plakat serialu

Lubię sobie czasem ponarzekać, że „brytyjskie seriale się już skończyły”. Kiedyś nawet poświęciłam temu marudzeniu cały tekst na Nerdheimie. Chyba trochę słusznie. Niegdyś wyróżniające się charakterystycznym, jedynym w swoim rodzaju stylem, teraz upodabniają się do tytułów amerykańskich i nikną w ich zalewie. Z tego powodu nie mam parcia na bieżące oglądanie serialowych nowości z Wysp Brytyjskich. Ale, jak to mawiają, tylko krowa nie zmienia zdania – zaintrygowana obsadą, za namową przyjaciółki sięgnęłam po miniserię Des, świeży (bo mający premierę tej jesieni) kryminał.

Des to ksywka Dennisa Nilsena, na pozór niewyróżniającego się niczym pracownika centrum zatrudnienia. Zapewne nadal uchodziłby za zwyczajnego obywatela, gdyby firma wodociągowa nie odkryła, że zator znajdujący się w kanalizacji jego domu składa się ze szlamu i gnijącego mięsa. Ludzkiego mięsa. Szary człowieczek bez życia towarzyskiego okazał się brutalnym mordercą, mającym na sumieniu co najmniej kilkunastu młodych mężczyzn – a to dopiero początek trudnego śledztwa, pełnego meandrów, tajemnic i wątpliwości.

Fabułę serialu oparto na prawdziwych wydarzeniach. Sprawa Nilsena wstrząsnęła brytyjską opinią publiczną na początku lat 80. z uwagi na drastyczny charakter. Mężczyzna był nekrofilem, trzymał zwłoki ofiar w swoim mieszkaniu dla uciechy i towarzystwa, a gdy zaczynały się rozkładać, rozczłonkowywał je, by spalić kawałki w ognisku albo spuścić w toalecie. Detektywi, mimo pozornej chęci współpracy ze strony Nilsena, początkowo błądzili po omacku. Większość ofiar stanowili uciekinierzy z domu, męskie prostytutki, włóczędzy i inni ludzie, którzy wypadli poza system. Jak można się domyślić, Des nikogo nie pytał o nazwisko. W czasach przed erą badań DNA ustalenie, do ilu oraz jakich osób należą znalezione kawałki ciał, graniczyło niemalże z cudem. A gdzieś w tym wszystkim najważniejsze pytanie: co pchnęło niepozornego faceta do szeregu bezsensownych zbrodni?

Des – kadr z serialu
Des – kadr z serialu

Początkowo obawiałam się, że twórcy Desa pójdą ścieżką wyznaczoną przez ich amerykańskich kolegów po fachu, którzy mocno rozochoceni swobodą, jaką dały im kablówki i platformy VOD, zaczęli w swoich produkcjach z lubością epatować nadmierną brutalnością. Wszak materiał źródłowy teoretycznie pozwalał im na to. Szczęśliwie stało się inaczej. Nie zobaczycie tu krwi, dosadnych ujęć posiekanych ciał, scen zabijania, a słowne opisy pozbawione są „pikantnych” szczegółów. Co więcej, autorzy serialu ustami głównego bohatera w jakiś sposób szydzą z oczekiwań opinii publicznej, żądnej makabry, która dobrze się sprzedaje. Cała historia zostaje opowiedziana z dwóch punktów widzenia – nadkomisarza Petera Jaya, dowodzącego grupą dochodzeniową oraz Briana Mastersa, pisarza, który nawiązał korespondencyjny kontakt z Nilsenem i postanowił napisać o nim książkę. Choć początkowo można dać się zwieść wrażeniu, że mamy tu zestawienie prawego gliniarza, szukającego sprawiedliwości dla ofiar i żądnego sławy śliskiego inteligenta, to w Desie nic nie jest czarno-białe. Jay często jest zagubiony, nie zawsze rzeczy idą po jego myśli (prawdę mówiąc, dzieje się tak dość rzadko), a Masters ma swoje wiarygodne powody, które sprawiły, że zainteresował się sprawą Nilsena. Uniknięto też wykorzystania w charakterystykach postaci typowych gatunkowych klisz, które zapewne zmniejszyłyby wiarygodność całości. Przykładowo w dwóch czy trzech przelotnych scenach zasugerowano nam, że w życiu prywatnym nadkomisarza Jaya nie dzieje się jakoś szczególnie dobrze, ale ten wątek pozostaje jedynie epizodem i nie dominuje właściwej historii. Kwestie osobistych relacji Mastersa również są dość znaczącym, ale jednak detalem, którego scenarzyści nie zgłębiają do przesady.

Bardzo dobrym zabiegiem jest to, że twórcy nie poczuwają się do bycia wielkimi moralizatorami, tracącymi czas antenowy na ślepe potępianie w czambuł i nadmierne demonizowanie Nilsena. Fakt, nie starają się jakoś szczególnie go bronić, wzmianka o traumie z przeszłości prześlizguje się troszkę bokiem, ale dają widzowi szansę na zobaczenie w Desie człowieka. Mętnego, nieprzeniknionego typa. W tym wypadku tylko krok dzielił niepokojącego, ale niegroźnego dziwaka od zimnego mordercy. Gdyby nie paskudne znalezisko w kanalizacji, zapewne jeszcze przez lata byłby uważany za normalnego, nienachalnego sąsiada. Zamiast serwować na tacy uproszczenia, autorzy serialu podsuwają nam pretekst do refleksji na temat złożoności ludzkiej natury i naszego postrzegania jej w sytuacji skrajnej. Co byśmy zrobili, gdyby człowiek z naszego otoczenia okazał się mordercą? Dlaczego czasem bezgranicznie ufamy dopiero co poznanej osobie? Gdzie kończy się chłodne i rzeczowe podejście do badania zbrodni, a zaczyna bezduszność?

Des – kadr z serialu
Des – kadr z serialu

Realizacyjnie serial jest, powiedziałabym, dość „klasyczny”. Zdjęcia w stonowanej (chociaż na szczęście nie szaroburej) palecie barw, pozbawiony niepotrzebnych eksperymentów montaż, nienachalna muzyka. Forma nie przeważa nad treścią, co w wypadku takiego tytułu jest moim zdaniem sytuacją bardzo odpowiednią. Żadne wodotryski nie odwracają naszej uwagi od tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami.

Aktorstwo stoi tu na bardzo solidnym poziomie. Fani jego wyważonego wydania, na zasadzie „mniej znaczy więcej”, mogą być wręcz zachwyceni. Daniel Mays nie potrzebuje zarysowywania postaci nadkomisarza Jaya mocną kreską, aby pokazać jej zmęczenie, rozterki i determinację w dążeniu do prawdy wbrew urzędniczej machinie. Jason Watkins podobnie podszedł do roli Briana Mastersa, dodając mu przy okazji odrobinę specyficznego rodzaju ciepła, które sprawia, że od razu kupujemy jego – początkowo przecież nie do końca jasne – intencje.

Największe pole do popisu z oczywistych względów ma tu jednak ktoś inny. Ktoś, kogo obsadzenie w roli niepokojąco spokojnego, nieodgadnionego mordercy wcale nie było wyborem oczywistym. David Tennant wprawdzie znany jest tak zwanej szerokiej publiczności z różnorodnych ekranowych postaci, ale to te ekspresyjne i stojące po nieco jaśniejszej stronie mocy – niczym Dziesiąty Doktor – zdały się najmocniej definiować jego aktorski wizerunek. Przynajmniej dla mnie. Jak możecie się domyślić, nie znajdziecie żadnego śladu tego typu bohaterów w Dennisie Nilsenie i zapewne ta odmienność dodała kreacji sporo smaku. Gdyby ktoś miał do tej pory wątpliwości co do wszechstronności Tennanta, po Desie musi się ich całkowicie pozbyć. Dokonał on tu bowiem niezwykłej przemiany, zarówno na poziomie fizycznym, jak i aktorskim. Z nie swoją twarzą (nie tylko dzięki charakteryzacji), głosem, sposobem mówienia i poruszania się jednocześnie intryguje oraz niepokoi. Znakomicie oddaje przerażający kontrast pomiędzy przygnębiającą zwyczajnością Nilsena a okrutnym zbrodniarzem, kryjącym się za tą zmęczoną chudą gębą.

Des – kadr z serialu
Des – kadr z serialu

Des jest pozycją, która usatysfakcjonuje tak miłośników produkcji opartych na faktach, jak i poszukiwaczy klimatycznych kryminałów zrobionych ze smakiem. Można co najwyżej narzekać, że to tylko trzy odcinki – jednak czasem niedosyt jest lepszy od przesytu. Zwłaszcza że historia w nich opowiedziana pięknie komponuje się w zamkniętą całość, która mimo brutalności tematyki porusza szare komórki zamiast dawać pożywkę niskim instynktom. Czy da się zrozumieć motywy postępowania mordercy? Nawet wtedy, kiedy taki człowiek pozornie otwiera się przed nami i deklaruje, że chce się do wszystkiego przyznać? Nie wiem, czy Des odpowie na te wszystkie pytania, ale próbuje – i to w bardzo dobrym stylu.

SZCZEGÓŁY
Tytuł: Des
Produkcja: ITV Studios (w Polsce dostępny w HBO GO)
Typ: miniserial
Gatunek: kryminalny
Data premiery: 14.09.2020
Liczba odcinków: 3
Twórcy: Lewis Arnold (reżyseria), Luke Neal, Kelly Jones (scenariusz)
Obsada: David Tennant, Daniel Mays, Jason Watkins, Ron Cook, Barry Ward, Ben Bailey Smith i inni.

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

PODSUMOWANIE

Plusy:
+ brak epatowania niepotrzebną brutalnością
+ brak moralizatorskich uproszczeń
+ ciekawa konstrukcja fabularna
+ unikanie gatunkowych klisz
+ brak przesytu w warstwie realizacyjnej
+ solidne aktorstwo...
+ … a zwłaszcza znakomita rola Davida Tennanta

Minusy:
- nie stwierdzono

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Dagmara „Daguchna” Niemiec
Dagmara „Daguchna” Niemiec
Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się stustronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych.