SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Nie tylko dla orlątek. Część 1: powroty

    Baaaczn-ość! Z półki wyyys-tąp!
    Baaaczn-ość! Z półki wyyys-tąp!

    W Dzień Dziecka zapraszam was, drodzy bywalcy Nerdheimu, na spotkanie z siedmioma książkami. Oczywiście jest to mój subiektywny wybór, powodowany po pierwsze sentymentem lekturowym z czasów, kiedy sam byłem ledwo opierzonym czytelnikiem, po drugie wrażeniami, jakich mi dostarczyły konfrontacje z nimi po latach, gdy już się miało za sobą próby wzbicia się na wyższy pułap lekturowy (co, wiadomo, orła nie czyni). Jeśli znajdziecie pośród nich tytuł, który budzi w was jakiekolwiek wspomnienia, śmiało, dołóżcie coś od siebie w komentarzach. Jeśli zaś macie w pamięci jakiś inny, którego brak odnotowaliście pośród prezentowanej siódemki – czyńcie podobnie! Chętnie skorzystam. Powroty jednych niech będą odkryciami dla drugich.

    1. Karampuk, Ludwik Jerzy Kern (1968, ilustracje Janusz Stanny)

    Co magikom w głowach siedzi?
    Co magikom w głowach siedzi?

    Niezatapialny, żelazny numer, kwintesencja magii w starym stylu, czyli królik z cylindra! Tytułowy Karampuk to wszak nie uczestnik rutynowego show, a prawdziwy cud, ratujący przed fiaskiem finał pokazu najwybitniejszego artysty w iluzjonistycznym fachu, jakim jest Miguel Campinello de la Vare Zapassas. Co więcej, królik, poza niewytłumaczalną materializacją, wykazuje wiele innych nietypowych dla swojego gatunku cech – przemawia, rośnie i domaga się uprawomocnienia powinowactwa z ocalonym przed kompromitacją magikiem. Tytułowany „matkoojcem” Mistrz Miguel szybko przekonuje się, jak wiele trudu kosztuje utrzymanie w ryzach stworzenia, które w swojej rozumności nie uwzględnia oczywistości pewnych życiowych sytuacji. Ale, jak się okazuje, nawet kojarzony ze światem fantazji i niesamowitości czarodziej potrzebuje czasem zmiany perspektywy (nie mówiąc o dobrym mechaniku samochodowym).

    Karampuk to zaskakująca przy całej niespieszności akcji, przesycona absurdem i właściwym Kernowi humorem opowieść. Królik, odkrywający prawidła rządzące ilością listków w poszczególnych główkach sałaty, udzielający wsparcia terapeutycznego automobilowi, odkrywający uroki gry w klasy, wreszcie marzący o sumiastych wąsach to postać naiwna, dociekliwa, refleksyjna i – nie tylko z uwagi na swój rodowód – czarująca!

    2. Gelsomino w Kraju Kłamczuchów, Gianni Rodari (1958, pierwsze polskie wydanie 1962, tłumaczenie Hanna Ożogowska, ilustracje J.M. Szancer)

    Uwaga na gzyms, bo... Rrryms!
    Uwaga na gzyms, bo… Rrryms!

    Kłamstwo ma krótkie nogi, długi nos i… Po zapoznaniu się z losami Gelsomina będziecie mogli rozbudować ten portret pamięciowy o jeszcze jedną cechę fizyczną, choć nie dostarczy jej wymieniony młody bohater, a król tytułowego kraju, stary pirat Giacomone. Pirat? Chciałem powiedzieć „uczciwy człowiek”! W przejętym przezeń państwie reformy w pierwszej kolejności objęły język (ach, te performatywne zalety propagandy, propagandowe możliwości performatyki) i teraz jak w średniowiecznym krzywym zwierciadle, na odwyrtkę, psy miauczą, koty szczekają, a płacić można jedynie fałszywymi pieniędzmi. Szczęśliwie Gelsomino po przybyciu do kraju reprezentującego tak kuriozalny (hmm… doprawdy?) ustrój trafia na życzliwego przewodnika anarchistę, którym jest narysowany kredą na ścianie kot, dumnie wypierający się miana psa, przypisanego mu przez obowiązujący słownik. Ich przyjaźń rozpoczyna się, gdy Gelsomino, wydając stłumiony okrzyk, umożliwia mu przypadkowo oddzielenie konturowego ciała od ściany. Ach tak, zapomniałem dodać, że chłopiec jest obdarzony głosem, przy którym Stentor mógłby co najwyżej nucić kołysanki w żłobku. Czy za jego sprawą prawda okaże się głośniejsza od kłamstwa?

    Powieść pełna akcji i wyrazistych, wspaniale napisanych postaci, które każda z osobna dowodzą, jak ważny jest ów wewnętrzny, dojrzewający „duch oporu”. W osobach Gelsomina, sfrustrowanego malarza Bananita, surowej ciotki Pannocchi, buntowniczego kota Zopinna, emanującego dobrem handlarza szmatami Benvenuta Nieusiądźaninachwilę znajdziemy wspólny głos w sprawie prawdy warunkującej wszystko, co w człowieku szlachetne i godne. Piękna, porywająca, mądra, a przy tym dowcipna książka, zawierająca też próbkę poetyckiego talentu autora (rymowane tytuły rozdziałów, zebrane na końcu powieści „piosenki” Gelsomina). Zdecydowanie powinno być o niej głośniej!

    3. Burzliwe dzieje pirata Rabarbara, Wojciech Witkowski (1979, ilustracje Edward Lutczyn)

    Ryba z rodeo rodem!
    Ryba z rodeo rodem!

    W tym przypadku nie z pirata król, a z marynarza pirat, co zresztą zdawałoby się bardziej zrozumiałą konsekwencją. Za dobrowolnym przekwalifikowaniem stoi wysokie poczucie dumy zawodowej i niezależności osobistej, niepozwalające wilkowi morskiemu stąpać po pokładzie statku, którego burtę zdobi miano „Kaczy Kuper” (oj, i dziś nie byłoby kłopotu ze znalezieniem chętnych buntowników…). Alternatywą, jakiej wymaga od bezrobotnego Rabarbara przedsiębiorcza żona Barbara, staje się jednoosobowa prywatna działalność piracka. I, jak każdy rozkręcający biznes przedsiębiorca, aby postarać się o klientelę, Rabarbar musi wpierw własnym sumptem postarać się o firmowy ubiór, pojazd oraz potrzebne wyposażenie (czytaj: armatę). Na szczęście aprowizacją (kto powiedział, że grochówka to specjalność wojsk lądowych?) żona zajmuje się na tyle skutecznie, że sił i otuchy nie zabraknie nawet do skomponowania hymnu. „Bum cyk-cyk i rata-rata, nie ma to jak los pirata”! I te słowa były chyba pierwszym pirackim łupem Rabrabara, jeśli ująć sprawę w rozumieniu praw autorskich…

    Jest gromko, tubalnie, z przesadą, pyszałkowatością i zachowaniem wszelkich cech męskiej morskiej opowieści. Humor chlusta ze stron książki jak spod ołówka Tadeusza Baranowskiego, choć można liczyć i na momenty względnej ciszy, kiedy to Rabarbar leniuchuje, tzn. wypoczywa (przynajmniej próbuje, uwzględniając obecność żony). Ale zew morza jest silniejszy (zwłaszcza gdy w domu robi się ciaśniej o potomka)! Posłuszny mu bohater swymi przygodami wypełnił jeszcze dwa tomy, ale przed nimi – na pokład! A co się robi na pokładzie „Nieustraszonego Krwawego Mściciela, Pogromcy i Postrachu”? To jasne – pokłada się ze śmiechu!

    4. Latarnia dziadka Utopka, Zbigniew Żakiewicz (1987, ilustracje Olga Siemaszko)

    Baliando, baliando!
    Baliando, baliando!

    Latarnia morska – samotnia na styku żywiołów. Niekoniecznie jednak jej mieszkańcy muszą spełniać kryteria zdziwaczałych socjopatów. Dziadkowi Utopkowi towarzystwa dotrzymuje jamnik Dorsz-Węgorzewicz i mewa śmieszka zwana Płaczką, a rolę zastępcy pełni myszka Kizia-Mizia. Śledząc przygody mieszkańców latarni, łatwo można zapomnieć, jaką podstawową funkcję ona pełni. Odwiedzający ją goście to zarówno postaci wymyślone przez pisarza, odnoszące się do zjawisk właściwych dla morskiego żywiołu (choć równorzędne znaczenie mają las, torfowisko i domowe pielesze), jak i obecne od dawna w folklorze (Latający Holender, wąż morski, a nawet złota rybka), poddane autorskiej interpretacji plastycznie i ze swadą, idealnie pasującą do wizerunku starszego latarnika z fajką w zębach w roli narratora. Jest w tych fantastycznych opowieściach prawdziwie (nad)morska atmosfera (w końcu akcja dzieje się głównie na lądzie; no dobrze – brzegu), a spomiędzy nich wyziera, jak spod cofających się fal, coś magnetycznie tęsknego, co znamionuje bezbrzeżne umiłowanie miejsca i krajobrazu. A to wszystko nad polskim Bałtykiem, z jego ciemnym bursztynem i surowym charakterem.

    Niezwykle nastrojowa, ciepła proza, co nie znaczy, że z grupy zwiększonego ryzyka zasypiania. Jeżeli historie przy kominku zarezerwowane są powszechnie dla obrazu uzbrojonej w druty do robótek babci z kotem wylegującym się obok fotela na biegunach, to dla mnie ów tron zajmuje właśnie dziadek Utopek z czujnym Dorsz-Węgorzewiczem u stóp i Kizią-Mizią w kieszeni kamizelki.

    5. Kilka czarodziejskich historii, Zbigniew Belina-Brzozowski (1988, ilustracje Stasys Eidrigevičius)

    Kruk dzbanowi ucha nie wykole?
    Kruk dzbanowi ucha nie wykole?

    I oto pozycja, która mnie jako dziecko fascynowała i przerażała jednocześnie, zarówno za sprawą treści, jak i ilustracji. Tytuł skromny, objętość również, ale żadna późniejsza książka nie przedefiniowała mi pojęcia „czarodziejskości” tak dobitnie. Nie byli to bracia Grimm, nie był to Andersen, z których to baśniami, choćby i najkrwawszymi czy najsmutniejszymi, zaznajamiałem się bez oporów i wzdragań. Tutaj, w przetworzonych, stylizowanych fabułach rodem z podań i klechd (tych zabiegów literackich nie byłem oczywiście świadom), tkwił urok, w tym czysto etnologicznym sensie, mający w sobie coś niepokojąco realistycznego, wobec czego czułem się zwyczajnie bezbronny. Nie łagodził tego wrażenia początek historii O złotym kubku, cudownym kogutku i babie, stawiający pytanie: „Dlaczego ci, którzy baśni słuchają albo je czytają, tak rzadko mogą sami w owych baśniach się znaleźć? Cóż, niebezpiecznie jest spotkać w nocy jakiegoś upiora czy potwora w dzień”. I ten świat, współzamieszkiwany przez demoniczne istoty, stał się nagle oczywisty i bliski.

    Niby oszczędna, o rozpoznawalnej baśniowej strukturze narracja, a jednak bogatsza dzięki autorskim wtrętom, wytrącających czytelnika z przetartych szlaków ludowej opowieści. Niby znane historie o złotym kubku, szklanej górze, wietrze, wiatraku i wiejskich czarownicach ściągających krowom mleko, a wymowniejsze, groźniejsze, dziwniejsze. I jeszcze to trzeźwe napomnienie: „Jesteś w baśni, ale nie możesz w nic się wtrącać, nic poprawiać. Możesz najwyżej z kimś rozmawiać, ale przede wszystkim radzę ci słuchać i patrzeć…” Ta książka wyrosła z sianych szeroko szorstką dłonią zaklęć.

    6. Pierścień i róża, William Makepeace Thackeray (1855, pierwsze wydanie polskie 1936, tłumaczenie Zofia Rogoszówna, Włodzimierz Lewik, ilustracje autora)

    Historii umizgów lekcja pierwsza.
    Historii umizgów lekcja pierwsza.

    Właściwie to Pierścień i róża, czyli historia Lulejki i Bulby z rysunkami autora: Pantomima przy kominku dla dużych i małych dzieci. Niech was nie zwiedzie wymieniona w pełnym tytule liczba bohaterów, to nie kameralne egzemplum dydaktyczne na dwa głosy. Układy wchodzących w sojusze i konflikty par może i zawikłaniem nie sięga poziomu dzisiejszych telenowel, ale z pewnością góruje nad nimi dystansem, dowcipem i językiem. Dzieje sąsiadujących ze sobą królestw Paflagonii i Krymtatarii pełne są sytuacji typowych zarówno dla baśniowych jak i historycznych monarchii i dynastii. Żądza władzy, zdrada, wyrachowanie, intryganctwo pod płaszczykiem etykiety – czy na takim gruncie może zakwitnąć prawdziwe uczucie? Zwłaszcza gdy obecność afektu związana jest z tytułowymi magicznymi artefaktami. To za ich sprawą książęta Lulejko i Bulbo rywalizują o względy kolejno księżniczki Angeliki i pokojówki Rózi, co prowadzi do perypetii, w których na nic się zdają dworskie pięknoduchostwo i egzaltacja. Czy uda się honorowo przywrócić baśniowy ład i sprawiedliwość?

    Pastisz romansu dworskiego i powieści historycznej, pełen zarówno dobrotliwej ironii, jak i kpiny. Plejada przepysznych charakterów, uchwyconych z przenikliwością karykaturzysty i nazwanych z nie mniejszą fantazją (czołobitny pokłon dla tłumaczki!), by wspomnieć tylko hrabinę Gburię-Furię i kapitana Zerwiłebskiego. Wspaniała próbka XIX-wiecznego stylu i rzadkiego zdobnictwa tekstu, do jakiego należy zastosowana przez Thackeraya rymowana żywa pagina, której przykład niech posłuży powieści za slogan reklamowy: „Tak z pierścienia, jak i róży / Czasem kłopot bywa duży”.

    7. Porwanie w Tiutiurlistanie, Wojciech Żukrowski (1946, ilustracje Adam Marczyński)

    Hej Gerwazy daj gwintówkę!
    Hej Gerwazy daj gwintówkę!

    Żaden z powołanych współcześnie do życia antropomorficznych bohaterów, występujących solo, w duetach, tercetach czy liczniejszych grupach nie jest w stanie zdetronizować w moim osobistym rankingu tria tworzonego w Porwaniu przez koguta, lisicę i kota. Żaden. Kapral Pypeć, Chytraska i Mysibrat nie mają ukrytych zdolności, grosza przy duszy i dachu nad głową. Życiowi rozbitkowie w kraju zagrożonym wojną. Wspólna im miękkość serca powoduje, że pozbawiają kidnaperskiej zdobyczy cygana Nagniotka. Ocalona dziewczynka nie myśli jednak okazywać wdzięczności i grzeczności, bo jako córka władcy Blablacji nawykła do wyższych standardów niż te przypisane tułaczej doli. Poszukiwania królewny trwają, ale zapobiegliwy cygan zdążył kosmetycznymi zabiegami zupełnie odmienić śliczną buzię Wiolinki. Cóż, teraz przynajmniej bardziej koresponduje ona z jej charakterem, a Nagniotek nie musi obawiać się konkurencji podczas pościgu.

    Można powiedzieć – powieść drogi z antywojennym przekazem, odkrywająca wraz z kolejnymi etapami znaczenie przyjaźni, wierności i poświęcenia. Ale tylko współdoświadczenie grozy, jaka towarzyszy każdemu pojawieniu się przerażającego cygana, i ofiary, którą każdy z trójki towarzyszy decyduje się złożyć dla ocalenia Wiolinki, nadaje temu zdaniu w pełni zasłużoną wagę. Przy czym powieści nie grozi patetyczne przeciążenie, fabuła baśni współpracuje z wątkami łotrzykowskimi (kapitalna w koncepcji grupa Uczynnych Pszczelarzy), rabelaisowskim humorem (opis bitwy), jarmarcznymi obrazkami (cyrk pcheł!) i czarną magią (sami się domyślcie, kto reprezentuje te barwy), choć ta też znajduje przeciwwagę w osobie Białoksiężnika. Bez przesady i młodzieżowego nalotu – prawdziwie epicka rzecz.

    Siedem cudów świata, siedem grzechów głównych, siedmiu krasnoludków… jeśli macie chęć na jeszcze jedną siódemkę, to zapraszam na Nie tylko dla orlątek. Część 2: odkrycia.

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Łukasz
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x