
Schematy językowe. Mowa trawa, gadka szmatka, srutututu majtki z drutu, ecie-pecie przy klozecie, pitu-pitu ból odbytu (albo od bytu, jak kto woli)… Sztuka konwersacji? Elementarna grzeczność? W ujęciu językoznawczym – przewaga funkcji fatycznej w toku rozmowy? Gadać, byle gadać? Byle zagadać… Tak, zagadać! Co? Ciszę? Jaką? Krępującą? Prowokującą? Wymowną? Niedomagam, bo nie domawiam, nie wymawiam, bo się wymawiam, bo coś wmawiam, sobie i światu, więc jak minął dzień, jak mija życie, jakoś leci, jakoś przeleci…
Ilustrator Nick, bohater komiksu Willa McPhaila Tu, ma tę świadomość i z jej pomocą próbuje stworzyć sobie przewagę, zapanować nad grą tworzoną przez społeczne interakcje. I o ile dostarcza mu to (czytelnikowi również) łatwej ironicznej satysfakcji przy ocenie specyfiki zblazowania kolejnych odwiedzanych barów i kawiarni, o tyle w bezpośrednim kontakcie z sąsiadami i rodziną czuje, że to nie to, nie tędy, nie tak, ale nie umie znaleźć wejścia. Tak, wejścia właśnie. Aż wreszcie – staje się. Dziewicze doznanie dostępu do ludzkiego wnętrza, bezpretensjonalnego, szczerego kontaktu, dokonuje się dzięki osobie hydraulika uszczelniającego przeciekający sedes w łazience Nicka. Oszołomiony Nick, gdy dociera do niego cała doniosłość objawienia, pragnie dać temu upust i potwierdzić jego skuteczność, więc zaczyna impulsywnie obdzwaniać najpierw Wren, przypadkowo poznaną onkolożkę, z którą spędził ostatnią noc, potem zaś Anne, swoją siostrę. I przekonuje się, że niedawne olśnienie („ecie-pecie przy klozecie…”) nie otwiera przed nim automatycznie wszystkich drzwi. Ale skoro raz się udało…?

Tu przypomniało mi, jak zdradliwą łatwością odbioru naznaczony jest komiks jako medium. Generalizując – czyta się szybciej od książki, zaś tempo oglądania reguluje samemu, w odróżnieniu od filmu. Oczywiście książkę i film też da się bez wysiłku pokrzywdzić powierzchownym kontaktem, ale pewno wiecie, co mam na myśli. Zatem niby przeszedłem zgodnie z trybem narracji sekwencyjnej przez komiks McPhaila, treść objawiła mi się bezproblemowo, autorskie rozwiązania graficzne pozostały z nią w sensownym związku, więc co? Sprawna i pomysłowa robota, dziękuję wydawnictwu, co tam następnego do czytania? O ranyranyrany, nawet się człek nie zorientował, a wlazł na poziom zblazowania, z którego właśnie pokpiwa sobie McPhail. Prawie – przepuściłem – szansę – na – kontakt.
I nie chodzi mi o to, by teraz upajać się nim wzorem Nicka, który też zresztą czerpie z tego ekstatycznego doznania coś więcej. Krzepi mnie po prostu poczucie, że Tu otwiera się tak otwarcie (patrz okładka), że przeprowadza przez emocjonalne granice, za którymi dystans zarówno do siebie, jak i do świata może się wydłużyć lub skurczyć. Niepozorna, zaskakująca szczerość wobec obcego faceta otwiera bohaterowi nową perspektywę bycia bratem, wujkiem, synem, ogółem kimś, kto wreszcie umie nawiązać naturalny, autentyczny kontakt z drugą osobą. Tak, to portret (nawet częściowo „auto-”, zapraszam do poszperania pośród wywiadów z twórcą) dorosłego dzieciaka, skupionego na sobie, niby od niechcenia kokietującego otoczenie, leworęcznego w kwestiach praktycznych (w końcu „artysta”!), dobrze zorientowanego w bieżącym kursie „poprawności” (ta dowcipna potyczka słowna z Wren w samochodzie!), ale i długo dręczonego nieokreślonym poczuciem wybrakowania. Swoją naraz chojracką i nieporadną postawą, usilną automotywacją, projektowaniem i analizowaniem sytuacji, często rozbrajająco omyłkowym, Nick wywołał u mnie kolejno pobłażliwy uśmiech, sympatię i wreszcie ów pierwszy kontakt, z którym przyszło totalne zaufanie do jego postaci.

Dotyczy ono spraw powszechnych i z powszechną łatwością/nieświadomością zaniedbywanych – dojrzewania, które nie kończy się wraz z wyjściem z „okresu dojrzewania”, i potrzeby bliskości. Momentów, w których zarysowuje się nam życiowy układ współodpowiedzialności i współudziału. Tutaj główne punkty w otoczeniu Nicka wyznaczają trzeźwo patrzące na świat kobiety – siostra, matka, no i Wren. Wymowne? Tak, ale przede wszystkim każdorazowo prawdziwe w kształcie relacji, wyraziste w temperamentach i wolne od ekspozycyjnego przeciążenia. Podobnie rysuje się obecność siostrzeńca, na oko sześciolatka, dla którego wujek Nick to rzadki a pożądany towarzysz, nie tylko zabaw. Wymowne? Tak, ale przede wszystkim…
Wszystkie sytuacje wyrastają z prozaicznej gleby – matka metodycznie i samodzielnie remontująca mieszkanie, siostra borykająca się z arytmią życia samotnej matki, Wren diagnozująca nowotwory, a w dalszym tle starsza już sąsiadka w kryzysie małżeńskim i właściciel niepozornego na tle konkurencji baru. We wszystkich Nick z dziecięcym wręcz zapałem i poruszeniem odkrywa nowe oblicza ludzkiej odrębności. Zaś te, do których ostatecznie prowadzą wątki matki i Wren, wyhamowują go podobnie dziecięcym lękiem – szczerym, budzącym sprzeciw, potęgującym bezradność i osamotnienie. I nic w tym dziwnego czy umniejszającego.
McPhail nadał tej emocjonalnej strukturze niebywałą lekkość. Niebywałą. Mnóstwo w niej zróżnicowanego humoru, podkreślającego głównie spontaniczną wartość sztuki życiowego dystansu i szczerości. Od motywu wspomnianych kawiarni o frymuśnych nazwach i specjalnościach (Gentrificchiato – „Tutejsza kawa to zadziorna mieszanka z nutą sfermentowanych moreli i polerowanego betonu.”), przez okazjonalną scenę biznesowej wideokonferencji („…absolutnie zależałoby nam na czymś kreatywnym.”), po bezbłędne puenty w rodzaju rysunku, jaki Wren szkicuje w notesie Nicka. Nie traci się przy tym wrażenia, że obok biegną wykresy innych uczuć, na których wychylenia nie da się całkiem przygotować. Finałowe rozmowy Wren i Nicka poświadczają, że humor, dystans to też technika samoobrony. Więc jest i smutek, który pozostanie własnym, ale coś jednak się zmienia, gdy do kontaktu z nim dopuści się kogoś innego. Tyle, bo uwikłam się w wywody na temat paradoksalnej lekkości spraw nielekkich.

Zakres znaczenia tejże lekkości lepiej wyraża sam język plastyczny Tu. To on zdecydowanie dominuje w narracji nad tekstem, niczego nie ujmując jakości słownej wypowiedzi. On też zwiódł mnie („zdradliwa łatwość odbioru”) swoją delikatnością i precyzją rysunku, miękką linią ruchu, jasnoszarą tonacją rozcieńczonego tuszu, schludnym stylem, który wręcz namacalnie ujawnia swoje źródło – idę o zakład, że McPhail z lubością ledwo muska ołówkiem, piórkiem, pędzelkiem powierzchnię kartki. No i ten jego znak firmowy, pingpongowe piłeczki wciśnięte w miejsce oczu przy realistycznie oddanych sylwetkach i rysach twarzy. Ich ekspresja w połączeniu z pracą ciała zdaje się bezgraniczna. McPhail w rysunku wykorzystuje zwięzłość treści, jaka charakteryzuje rysunek prasowy (współpracuje m.in. z New Yorkerem), oraz możliwości różnicowania tempa i graficznego układu przestrzeni, jakie daje komiks. A językiem tego medium posługuje się jak rodzimym, co zdumiewa tym bardziej, że Tu jest jego debiutanckim albumem.
Kluczowe dla mnie dowody tej biegłości to właśnie kontrolowanie przestrzeni i tempa. Dobór wielkości, kształtu, liczby kadrów i stopnia, w jakim ich linie przylegają do siebie, oddalają się lub całkiem nikną. I równie istotne rozmiary pustych, białych obszarów na planszy oraz wewnątrz kadrów. Jest tu i płynność akcji, i skupienie nastroju. Są długie sytuacyjne sekwencje na „jednym ujęciu”, przebitki, skróty, wszystko powiązane z rytmem kadrowania, gdzie np. po regularnej, gęstej siateczce klatek dostajemy niewielkie, samotne ujęcie w centrum strony lub całostronicową ilustrację (chwilami ten rytm przypominał mi Fale AJ Dungo). Przykładów na pomysłowość i skuteczność montażu jest w Tu mnóstwo. McPhail umie też zabłysnąć aranżacją sceny (ta sekwencja przedstawiająca przebieg wspólnej nocy Nicka i Wren w formie scenicznego występu!) i podkreślić coś jednorazowym detalem (ta linia dymku w kluczowym momencie rozmowy z hydraulikiem!).

I jeszcze kwestia zobrazowania przejść, momentów szczerości, otwarcia i dostępu do człowieka. Ich nadejście oznajmia zabarwienie oczu rozmówców Nicka – punktowe źrenice pingpongowych gałek zyskują nagle tęczówkę. Sam ten graficzny motyw łączy się metaforycznie z rozpoczynającą komiks retrospekcją z aquaparku – to kolejny wymiar paradoksalnej i konsekwentnej „lekkości” w ujęciu tematu. Potem zaś lądujemy nagle w pełnych kolorów wewnętrznych pejzażach. Nick przemierza je w ciszy, jak oniemiały odkrywca (takie proste, takie oczywiste, takie naturalne!), co nie znaczy, że zawsze z zachwytem. Ich symbolika nie jest surrealistycznie pogmatwana (i dobrze), a wrażeniową siłę zawdzięczają monumentalności żywiołów, przestworu, architektury oraz plastycznemu wyczuciu i osobistej wrażliwości McPhaila. Od dalszych słów na temat tych konkretnych obrazów wstrzymam się wzorem tego, co już zrobiłem przy okazji pisania na temat pracy Marty Szulc w historii Jak bóg?, wchodzącej w skład komiksu Trójwymiar. Najkrócej – i tutaj nastrój nieubłaganie prowadzi intuicję w pobliże tajemnicy.
Macie więc przed sobą drzwi, czy też dokładniej – samą ościeżnicę (powód tego doprecyzowania, również niepozornie obrastający w przenośne znaczenie, obecny wewnątrz komiksu), z której przeziera nasycona zieleń dżungli. A krok dalej szansę na niewymuszony kontakt. Tak, to TU.
Wydawnictwu Mandioca serdecznie dziękujemy za możliwość znalezienia się tam (czyli tu).
SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Tu.
Wydawnictwo: Mandioca
Scenariusz i rysunki: Will McPhail
Typ: komiks
Gatunek: obyczajowy
Data premiery: 24.11.2025
Liczba stron: 272
ISBN: 9788397278677












