SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Krótka historia podróży. Recenzja serialu Transformers: Wojna o Cybertron – trylogia: Wschód Ziemi

    KorektaVivique
    Ekscytująca okładka z postaciami, do których nawet nie zdążymy się przywiązać.

    Oblężenie zostawiło mi smaka na więcej i chętnie wskoczyłem za bohaterami w kosmiczny most, aby dać się porwać przygodom w galaktyce… tylko że te ledwie się rozkręciły, a już zaliczają awaryjne lądowanie. Sezon drugi powtarza grzechy poprzednika i chociaż kontynuuje kilka dobrych rozwiązań, to nie zmienia zbyt wiele i gubi kawałki, które wyróżniały trylogię spośród starszych seriali o transformujących robotach. Całe szczęście całość ratuje nieprzeciętny Megatron.

    Na planecie zostało jeszcze trochę sprzątania… i akcja wygląda lepiej niż ostatnio.

    Cybertron umarł w konsekwencji działań Optimusa Prime. Pierwsze odcinki nowego sezonu skupiają się na wątku radzenia sobie z konsekwencjami zaciekłego heroizmu. Elita-One przejęła dowództwo nad partyzantką Autobotów, a Megatron toczy bitwę między własnym sumieniem a przetrwaniem gatunku. Ta dwójka zetrze się zarówno na polu bitwy, jak i dyplomacji. Nie obraziłbym się, gdyby cały sezon został poświęcony wyłącznie im. Historia, dostatecznie zamknięta już w niewielkich sześciu odcinkach, jest niestety jeszcze podzielona na dwoje. Podczas gdy na ojczystej planecie walczą o resztki, Optimus i załoga statku Arka na tropie utraconej Wszechiskry napotykają bandę Najemników, odbywając mocno skompresowaną opowieść drogi.

    Ten wątek wypada znacznie słabiej. By porządnie się nim nacieszyć, potrzeba by drugie tyle czasu na wprowadzone miejsca i nowych bohaterów czy wrogów. Frakcję Najemników przedstawiono już pod koniec pierwszego sezonu i na początku może się wydawać, że odegrają większą rolę (nawet opening to sugeruje), ale są niczym więcej niż tylko narzędziem dla popchnięcia wędrówki Arki i jednego zwrotu akcji. Z ich grona lepiej poznamy jedynie Doubledealera, a ukazany poprzednio król mafii Soundblaster nie jest nawet wspominany. Bardziej obiecująco (i makabrycznie) zapowiada się nowa antagonistka z rasy quintessonów Deseeus. Mam nadzieję, że zobaczymy ją jeszcze w kolejnej części.

    – Widzisz Optimusie, mamy własny symbol, jesteśmy legitną i ważną frakcją; – Uch, Doubledealer, jakby ci to powiedzieć… jesteś tu nowy, prawda?

    Oprócz tego galaktyczna przygoda wygląda dość chaotycznie. Akcja skacze od lokacji do lokacji, a ekspozycje przerzucane są jak śnieg szpadlem. Przemierzające przestrzeń boty odwiedzą na chwilę pewną planetkę, potem spędzą trochę czasu na stacji kosmicznej i wreszcie dostaną od koto-dinozauro-wahadłowca kosmiczne wizje na temat potęgi umysłu. Tak, przeczytaliście to dobrze. Czuć tu jednak miłość twórców do franczyzy (podobało mi się połączenie motywów z komiksów IDW i pierwszych transformerowych zeszytów Marvela) i gęsto tu od smaczków dla starych fanów.

    Tym razem ciężko odmówić mu racji.

    Gwiezdna podróż nieco męczy z powodu skupienia na postaci Optimusa. Miałem marzenia ściętej głowy, że dostanie on w końcu szansę na rozwój. Wprawdzie introspekcje rzucają trochę światła na chaos w umyśle Prime, jednak nic nie znaczą w fabule, a jego aktor głosowy prezentuje najwyżej kiepskie naśladownictwo marudnego Batmana. W poprzednim sezonie odnosiłem wrażenie, że argumenty Deceptikonów przeciw Autobotom brzmiały rozsądnie, natomiast tutaj zastanawiałem się, czy scenarzyści nie pomylili się przy wyborze głównej postaci. Niedużo trzeba by zmienić, aby prawdziwym protagonistą, w formie antybohatera, został Megatron!

    Wódz Deceptikonów jest otoczony typami bardziej bezwzględnymi i stara się zminimalizować możliwe straty – wizyta w podupadłej fabryce była interesującą sceną, pokazującą ile musi on poświęcić z siebie i swoich obywateli dla osiągnięcia celu. Megs wyróżnia się swoją niejednoznacznością i jest niewątpliwie głównym atutem trylogii. Gdyby Prime miał mniej heroicznych scen (albo dano by jakieś Megatronowi), bez trudu uwierzyłbym, że to rzeczywiście jego fanatyczna krucjata zmusza innych do drastycznych środków. Tym bardziej, że Elita-One – w odróżnieniu od Opka – jest kompetentnym, odpowiedzialnym i ostrożnym oficerem. Wojna o Cybertron byłaby dużo bardziej interesująca, gdyby twórcy odważyli się całkiem zerwać ze statusem świętej krowy przywódcy Autobotów. Jak wiadomo, serial jest także reklamą zabawek i szkoda liczyć na to, że powtórzy się tu odważny ruch na poziomie Transformers: The Movie.

    Megatron dominuje w serialu, tak jak na arenie.

    Zawiodłem się także na scenerii. W Oblężeniu mogliśmy zobaczyć apokaliptyczne, dystopijne widoki z Cybertronu. Wschód Ziemi toczy się zaś w monotonnych wnętrzach budynków, korytarzach i statkach kosmicznych, różniących się od siebie jedynie rodzajem oświetlenia. Jest co prawda garść ładnych widoczków w przestrzeni kosmicznej i ciekawe wizje, ale niewiele ponadto. Poprawiła się za to animacja – walki wręcz nie są już takie toporne, a nowe postacie mają ładniejsze modele. Starzy znajomi zyskują świeże blizny, ślady po kulach i zadrapania lakieru. Nagromadzenie obrażeń pasuje do poważniejszego klimatu serii, to fajna dbałość o detale.

    Zachwycające widoki są rzadsze niż w poprzednim sezonie. A szkoda, bo trzymają równy, jak nie lepszy, poziom.

    Niewielkiej zmianie uległy powolne dialogi. Transformery co rusz rozładowują chyba baterie. W zdania wciąż wkradają się niepotrzebne pauzy oraz wielokropki, bardziej rujnując emocjonalne sceny, niż im pomagając. Nie ma tego problemu w scenach akcji, ale przy ekspozycjach brzmi to, jakby aktorzy byli równie zmęczeni życiem co roboty wojną. Szczególnie grzeszy tym odcinek trzeci, gdzie pewne informacje są zwyczajnie wałkowane w koło Macieju, wszystkie tą powolną manierą. Głosy w nim nie zwalniają, one były nagrywane w basenie melasy.

    Ravage – występował już w roli szpiega, zabójcy, tropiciela i infiltratora. Teraz dorabia jako uroczy element komiczny z zimnym noskiem.

    Trylogia wykonała skok naprzód, ale i jednocześnie dwa chwiejne w tył. Twórcy próbowali pokazać szersze spektrum swojej wersji świata Transformerów, robiąc ile zdołali w ciasnych ramach budżetu i krótkich odcinków. Wschód Ziemi nadal dostarcza przyzwoitej rozrywki, ale dedykowanej bardziej hardym fanom i tym, którzy polubili Oblężenie. Inni mogą odbić się od nijakich teł, rozciągniętych dialogów i chaotycznej podróży Prime. Ja będę czekać na finał trylogii – ale głównie dla zobaczenia dalszych losów fantastycznie napisanego i zagranego Megatrona oraz roli pewnej grupy postaci zapowiedzianej w finale.

    SZCZEGÓŁY
    Tytuł: Transformers: Wojna o Cybertron – trylogia: Wschód Ziemi
    Tytuł oryginalny: Transformers: War for Cybertron – trilogy: Earthrise
    Produkcja: Netflix
    Typ: anime
    Gatunek: akcja, sci-fi
    Data premiery: 30.12.2020
    Liczba odcinków: 6
    Twórcy: F. J. DeSanto, Brandon Easton, Gavin Hignight, George Krstic
    Studio: 
    Rooster Teeth, Allspark Animation, Polygon Pictures
    Obsada: Jake Foushee, Jason Marnocha, Linsay Rousseau, Joe Zieja, Frank Todaro, Keith Silverstein

    Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + lepsze sceny akcji i modele postaci
    + postać Megatrona
    + wątek cybertroński i Elita-One

    Minusy:
    – dialogi dalej zwalniają, a odcinek trzeci pełza
    – Optimus Prime byłby tutaj ciekawszym antagonistą niż bohaterem
    – 90% akcji toczy się w pozbawionych charakteru wnętrzach
    – za mało czasu by porządnie przedstawić historię drogi

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Sebastian
    Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
    Pod obliczami maski trifaccia kryje się student dziennikarstwa, dumny koci tata, a także pasjonat mitologii greckiej oraz wielu aspektów popkultury. Jak Cerber strzegę swojej kolekcji gier, książek, komiksów, figurek Transformersów i Power Rangers. Kiedy tylko jest szansa, oddaję się urban exploringowi z ekipą Pniak, po drodze próbując głaskać uliczne sierściuchy. Najczęściej gram z padem lub kostkami w garści. Piszę, słuchając muzyki ze starą duszą, a kawałek serca bije w Wenecji.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x