SIEĆ NERDHEIM:

Ukoronowanie trylogii bez tragedii. Recenzja serialu Transformers: Wojna o Cybertron – trylogia: Królestwo

KorektaJustin
Woo, Beast Wars! Ach, też to anime od Netflixa się kończy, jakby co.

Wschód Ziemi nie popisał się scenariuszem i miałem pełne prawo spodziewać się kraksy w finalnym sezonie. Wręcz kiepskiej komedii, cytując klasykę transformerów. Jeszcze więcej nowych botów i wątków, wskrzeszanie w zbyt dużym tempie kolejnych znajomych twarzy z dzieciństwa? Do tego podróże w czasie? Ugh. A jednak moje obawy zostały rozwiane i serial odzyskał swój solidny grunt, w dużej części zawdzięczając to oparciu się o charyzmatyczny pakiet znajomych postaci z kreskówki Beast Wars.

Pościg wśród gwiazd kończy się na prehistorycznej Ziemi, gdzie, aby go przechwycić, pojawiają się frakcje mechanoidów z postapokaliptycznej przyszłości Cybertronu: Maximale i Predacony, znani i kochani bohaterowie serialu Beast Wars (u nas tłumaczonego jako, uch, Kosmiczne Wojny). Z nowymi protagonistami dla dotychczasowych herosów przy sterach zostaje niewiele miejsca, dlatego będziemy śledzić losy jedynie najważniejszych graczy. Można też ująć to inaczej – kiedy pojawia się ekipa o wyrazistym charakterze, uwagę kamery w starej drużynie zyskują tylko ci, którzy potrafią się zaprezentować równie przebojowo. I wychodzi to serialowi na dobrze.

Z Maksimali zobaczymy ikoniczną załogę statku Axalon, chociaż poza Primalem i Airrazor reszta ma krótki czas antenowy, podczas gdy z Predaconów zostało niezbędne i najciekawsze minimum: Megs, Blackarachnia i Dinobot. Jak wypadają, szczególnie że ferajna z BW jest największą atrakcją tego sezonu (nie wspominając o marketingowym wypychaniu ich na czoło przez zabawki, komiks i zapowiedziany film pełnometrażowy)? Same modele robotów są jednymi z najlepszych, jakie Wojna o Cybertron zaprezentowała, chociaż elementy organiczne, jak futro, są równie plastikowe, co na zabawkach. Charaktery transformerów-bestii zostały w większości nietknięte i wiele dobrego o nich świadczy fakt, że mimo upływu czasu osobowością biją na głowę większość obsady serialu Netflixa.

Problemy integracji Autobotów z Maksimalami zakończył Optimus, odkrywając, że do zabawienia tych drugich wystarczy laserowy punkcik.

Najistotniejsza zmiana dotyczy Megatrona-Predacona (Marquis Bobesich) – tutaj występuje jako młody, idealistyczny złodziej zapatrzony w idola, oryginalnego Megatrona. Ma to ciekawe uzasadnienie, chętnie zobaczyłbym pogłębienie tego wątku. Aktorowi brakuje charyzmy oryginału, ale David Kaye postawił poprzeczkę wysoko, a przy tym mamy do czynienia z zupełnie innym typem przywódcy. Megatronowi Juniorowi pomogłoby więcej czasu na zaistnienie jako odrębna postać. I już na marginesie: doceniam umieszczone żarty o ich imionach, ale jednak mogliby uśmiercić tę świętą krowę i pozwolić młodszemu zabijace wybrać nowe miano (np. jak z bieżących komiksów: Galavar)!

Bardzo spodobali mi się Dinobot (Krizz Kaliko), Airazor (Erin Ebers) oraz Blackarachnia (Jeanne Carr), pomijając nawet fakt, że ta trójka otrzymała role, które dawały im coś więcej niż kilka linijek tekstu i wybuchowych scen akcji. W szczególności pajęczyca ma charakterek, z udanym zagraniem na klasycznym motywie femme fatale. Jeanne Carr sięga po bardziej oczywisty stereotyp niż oryginalny głos Venus Terzo, ale w połączeniu z animacją i projektem postaci wszystko zgrabnie klika. Stała się moim nowym ulubionym wcieleniem łotrzycy. Pozostali nie są gorsi, nawet jeżeli głosy brzmią inaczej, wciąż pasują do roli. Pomaga to, że nowi aktorzy wolni są od powolnego, pozbawionego energii manieryzmu, dręczącego jak plaga dotychczasowe dialogi w WoC. Czyżby technologia przyszłości? Nie obraziłbym się, gdyby zwierzęcy potomkowie Cybertronu podzielili się nią z przodkami.

„Megatronie, przemierzyłem czas i przestrzeń żebyś podpisał mi oficjalny winyl ścieżki dźwiękowej Transformers: The Movie z 86!”

Za to potknięcie z fikołkiem i stoczeniem się w dół zbocza z otarciem małpiego zadka zalicza głos Optimusa Primala (Justin Luther). Nie wiem, czy słucha się go tak tragicznie z powodu wyjątkowego akcentu, czy może, aby wcielić się w pełni w rolę goryla, mówi, żując jednocześnie banany. Już w zwiastunie możecie usłyszeć przedsmak tego w zdaniu, brzmiącym „łi are fłom your fłwuczure”. Nie mogłem powstrzymać mentalnego obrazu, jak Primal wyciąga myśliwską czapę Elmera Fudda i każe być bałdzo cicho, bo idzie łapać tułbo-kłóliki. Bez napisów musiałbym kilka jego kwestii powtarzać, by je zrozumieć.

Zostawiam już to pojedyncze nieszczęście, bo mimo wszystko obsada jest odświeżająca, a od potencjalnej katastrofy serial ratuje też kilka myków fabularnych, jak zignorowanie większości wydarzeń z poprzedniego sezonu. Żałuję historii Najemników czy ciekawie zapowiadającej się na większą antagonistkę Deseeus, ale odrzucenie tych postaci zmniejsza obciążenie i tak już rozdętego scenariusza. Na plus działa również skupienie akcji w jednym miejscu, bez rozdrabniania się na dwie niezależne historie. Widząc kształt finału, zastanawiałem się, po kiego grzyba w ogóle powstał Wschód Ziemi. Wątki potrzebne do rozpoczęcia Królestwa i zwieńczenia trylogii dałoby się streścić w dwóch odcinkach (i tylko trochę przy tym przesadzam). Jest to jednak pytanie retoryczne, bo w przypadku Hasbro (oraz w każdym innym, gdy animacja powstaje równolegle do linii zabawek i gadżetów) odpowiedź zawsze jest ta sama: marketing. Szczęśliwie tym razem nie jest tak bardzo bezczelny. Jedyne miejsce, gdzie mogłem wskazać paluchem i powiedzieć „o, jaka chamska reklama”, to scena, kiedy twórcy musieli zaprezentować widzom, jak dużą figurkę wyprodukowali dla tej serii. Moment, za przeproszeniem, trochę spod zderzaka wyciągnięty, acz wizualnie: fajerwerk.

Soundwave rozważa czy jest gotowy na adopcje kolejnych kotów.

Trzeci sezon ma wyjątkowo duże nagromadzenie rozwiązań z gatunku deus ex machina. Wydaje mi się, że część zaistniała jedynie po to, by fabuła mogła zachować tempo mimo boleśnie skromnej liczby odcinków. Od tej tropy jest tak gęsto, że aż zmęczyłem oczy  wywracaniem przy scenach typu „Nie ma czasu, by pokazać przeznaczenie Primala, które ma uczynić małpę wystarczająco godną w oczach zaczarowanej świątyni – niech go duch przeciągnie przez ścianę”. Może to rzeczywiście zło konieczne, umożliwiające oszczędność czasu. Podobnie skrótowo potraktowano strzelaniny i bitwy. Bywa, że serial wysyła nas w sam ich środek, wychodząc ze słusznego założenia, że widowiskowe naparzanie się robotów jest zwyczajnie fajne i nie ma co zwlekać, skoro i tak wiemy, co się zdarzy za chwilę.

Wojna o Cybertron radzi sobie z połączeniem luźnych wątków w stosunkowo spójny obraz. Nawet Optimus Prime (ciężarówka, nie małpa) odzyskuje swój heroiczny charakter, chociażby przyznając sam przed sobą, jak bardzo spaprał sprawy. Nie otrzymuje za to wybaczenia, a Autoboty skupiają się głównie na naprawie zniszczeń, podczas gdy Megatron senior popada w głębszą obsesję na temat swego przeznaczenia i władzy, walcząc jednocześnie o zachowanie swych ideałów. Szanuję kreatywne połączenie motywów znanych dla starych fanów w sposób, który uczynił je istotnymi i ciekawymi dla nowych. Mimo moich obaw zwieńczenie trylogii okazało się całkiem udane. Muszę też, niczym goryl, uderzyć się w pierś i przyznać, że łagodnie potraktowałem Wschód Ziemi, zbyt skupiając się na akcjach Megsa, dźwigających nonsens reszty. Powinienem był dać „5” i nie więcej. Tymczasem Królestwo w całokształcie jest już rzeczywiście zasłużoną kreskówkową szóstka, dlatego symbolicznie podciągam ocenę w górę.

Anime zostawiło sobie także furtkę dla kontynuacji i wierzę w możliwość jej zaistnienia. Zabawki Hasbro, dzielące z anime tytuł, przyciągają młodych odbiorców i starych kolekcjonerów, a linia Kingdom zaliczyła szczególny skok jakościowy. Moim zdaniem to kwestia czasu, by producenci zgotowali nam coś nowego i pociągnęli dalej fabułę anime. Błagam jednak, niech aktorzy dostaną w końcu kawę i jakieś kanapki, żeby biedacy przestali brzmieć, jakby mieli zemdleć po wygłoszeniu dłuższego zdania.


SZCZEGÓŁY
Tytuł: Transformers: Wojna o Cybertron – trylogia: Królestwo
Tytuł oryginalny: Transformers: War for Cybertron – trilogy: Kingdom
Wydawca: Hasbro
Produkcja: Netflix
Platforma: Netflix
Gatunek: anime, akcja, sci-fi
Data premiery: 29.07.2021
Obsada: Jake Foushee, Jason Marnocha, Linsay Rousseau, Joe Zieja, Frank Todaro, Keith Silverstein

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Sebastian "Kerberos" Luc-Lepianka
Pod obliczami maski trifaccia kryje się student dziennikarstwa, dumny koci tata, a także pasjonat mitologii greckiej oraz wielu aspektów popkultury. Jak Cerber strzegę swojej kolekcji gier, książek, komiksów, figurek Transformersów i Power Rangers. Kiedy tylko jest szansa, oddaję się urban exploringowi z ekipą Pniak, po drodze próbując głaskać uliczne sierściuchy. Najczęściej gram z padem lub kostkami w garści. Piszę, słuchając muzyki ze starą duszą, a kawałek serca bije w Wenecji.