SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Recenzja serialu Hoops. Animacja nie najwyższych lotów.

    Oficjalny poster Netflixa

    Fani „dorosłych” (bo niekoniecznie „dojrzałych”, o czym za chwilę) kreskówek mogli poczuć się rozpieszczani przez ostatnie kilka lat. Praktycznie nie było roku bez jakieś nowej animacji, w dodatku niemal każda odznaczała się czymś świeżym. Od depresyjnego, czarnego humoru Billa Burra w jego F is for Family, czy klimatu Bojacka, poprzez całkiem odjechany multiverse Ricka i Mortiego i łamanie tabu na temat dojrzewania w Big Mouth, po terapeutyczno-narkotyczny świat Midnight Gospel. W planach są także nowe odcinki takich klasyków jak Beavis and Butt-Head czy spin-off serialu Daria, czyli Jodie.
    W tym towarzystwie, dość niespodziewanie dla mnie, pojawił się Hoops, czyli w polskiej dystrybucji Rzut za trzy. Odpuszczę sobie znęcanie się nad kolejnym kreatywnym tłumaczeniem tytułu i przejdę bezpośrednio do znęcania się nad samą kreskówką.

    Trochę tu pustawo. Fikcyjne Lenwood wydaje się wręcz wyludnione.

    Hoops to dzieło Bena Hoffmana, jednego ze scenarzystów Archera. Bena Hopkinsa, głównego bohatera, trenera szkolnej drużyny koszykarskiej, poznajemy w przededniu ważnego meczu, który ma zadecydować o być czy nie być jego dalszej kariery w szkole. Bena trudno polubić. Choleryk, (prawie) rozwodnik, nałogowy kłamca żyjący w cieniu ojca – typowy, stereotypowy wuefista według Netflixa. Tak wykreowana postać nie byłby żadnym problemem, praktycznie każda z wyżej wymienionych animacji opiera się na antybohaterze. Agresja, seks, przerost ambicji, problemy w relacjach międzyludzkich, nieprzepracowane kompleksy względem rodziców, ucieczka w używki… To wszystko już było i będzie się przewijało jeszcze nie raz. Potrafimy kochać „złoli”,. Nawet jeśli się z nimi nie utożsamiamy, to po prostu kochamy ich nienawidzić. Nie, jednym z problemów jest absolutny brak ewolucji głównego bohatera, który od pierwszego do ostatniego odcinka jest po prostu takim samym, bezrefleksyjnym złamasem.

    Problemy wieku dojrzewania zostały sprowadzone do dwóch rzeczy. Powyżej jedna z nich.

    W serialu przewijają się również wątki (prawie) byłej żony trenera Shannon, związanej z jego przyjacielem Ronem; ojca Bena – lokalnej gwiazdy koszykarskiej z dawnych lat Barry’ego Hopkinsa; szkolnej dyrektorki Opal; czy stereotypowych nastoletnich członków drużyny koszykarskiej. Postacie drugoplanowe są podobnie odpychające, wręcz głupie; brakuje im jakiejkolwiek głębi czy celu. Weźmy na tapet chociażby naszych Coltsów. Ci, poza „dwumetrowcem” Mattem, który jako jedyny ma jakiś background, są praktycznie bohaterem zbiorowym. Mamy Bombera – rednecka, wyglądającego i zachowujecego się, jak typowy owoc zbyt intensywnej miłości do kuzynki; przystojnego, wysportowanego geja Scotta; sarkastycznego grubasa DJ’a; rudego żyda Isaaca i wyidealizowanego, czarnoskórego Marcusa. Cały festiwal stereotypów, który aż się prosi o kreatywne wykorzystanie. Niestety, obrywa się tylko wybranym. Mam wrażenie, jakby część gagów wycięto lub zmodyfikowano pod konkretną narrację (daje tu o sobie znać sławetna poprawność Netflixa). Problemy wieku dojrzewania zostały sprowadzone do obsesji na punkcie seksu, zdobywania używek i zachowania przy pracy obecnego trenera – bo niewiele wymaga.

    Koleś ze złamaną ręką podobno nazywa się Bryan. To wszystko co o nim wiadomo, bo w serialu nie wypowiada ani słowa.

    Fikcyjne miasteczko Lenwood w stanie Kentucky jest zdegenerowane i brakuje w nim jakieś „kotwicy”, która by je spajała, czyniła bardziej rzeczywistym, bliższym naszemu. Jeśli nawet któryś odcinek dotyka poważniejszych problemów, to szybko zostaje on sprowadzony do mniej lub bardziej udanego żartu i wywołuje najwyżej niedosyt zamiast refleksji.

    W wielu recenzjach głównym zarzutem wobec serialu jest nadmierna wulgarność. Nie do końca  się z tym zgodzę. Nie każda animacja musi nieść za sobą przesłanie, nie każdy serial musi być umoralniający i dojrzały. Ba, jestem wielką fanką Brickleberry, w którym humor jest wręcz kloaczny, jedzie totalnie po bandzie, w którym obrywa się absolutnie każdemu, porusza tematy tabu i kpi ze świętości bardziej niż South Park w swoich najlepszych latach. Ale Brickleberry ma ustaloną konwencję, wyrazistych, przerysowanych bohaterów i wie jak korzystać ze stereotypów. Bolączką Hoops jest fakt, że nie wie, czym chce być. Jest zbyt zachowawczy, aby konkurować z Brickleberry czy nawet dużo słabszym Paradise PD i zbyt płytki, żeby mówić w jego przypadku o czymś ambitnym.

    Humor trzyma poziom. Niski, ale zawsze.

    Oryginalny dubbing jest poprawny, nie odczuwam większych zgrzytów miedzy głosem i postacią (tu pochwała dla Cleo King, która pasuje rewelacyjnie do roli Opal Lowry). Nieco gorzej jest z polskimi napisami, tłumaczenie jest miejscami idiotyczne, dosłowne, zupełnie pomijające kontekst. Rzut za Trzy można opisać jednym słowem – wtórność. Stereotypy, na których bazuje produkcja, są dobrze znane i przewałkowane w popkulturze tyle razy, że można wręcz zgadywać rozwiązania poszczególnych wątków. Nie to, żeby seans był dla mnie szczególną katorgą. Nie mam poczucia zmarnowanego czasu, akurat potrzebowałam czegoś do jego wypełnienia. Po dwóch pierwszych najmniej udanych (lub może – najbardziej nieudanych) odcinkach serial potrafi nawet wciągnąć. Kreatywne wiązanki Bena podczas jego napadów szału sprawiały, że parę razy się uśmiechnęłam. Przewidywanie co się stanie dalej też daje jakąś satysfakcję, choć nie jest to specjalne wyzwanie. Kreska jest całkiem przyjemna dla oka, chociaż nie wyróżnia się niczym specjalnym. Mam cichą nadzieję, że sezon pierwszy cierpi po prostu na bolączki wieku dziecięcego i jeśli dostanie zielone światło na kontynuację, to obierze jakąś konkretną ścieżkę. Jeśli potrzebujecie nieangażującego „odmóżdżacza” na jeden, góra dwa wieczory, to Hoops da radę. Ale nie spodziewajcie się niczego świeżego, angażującego, ani ambitnego. Ja, w ramach detoksu, odpalam po raz setny Futuramę.

    SZCZEGÓŁY
    Tytuł: Hoops (Rzut za trzy)
    Produkcja: Netflix
    Typ: serial animowany
    Gatunek: sitcom animowany, komedia
    Data premiery: 21.08.2020
    Liczba odcinków: 10
    Twórcy: Ben Hoffman
    Studio: 
    20th Century Fox Television
    Obsada: Jake Johnson, Ron Funches, Cleo King, Natasha Leggero, A.D. Milles, Rob Riggle, Steve Berg, Eric Eldelstein, Ben Hoffman, Mary Holland, Gil Ozeri, Sam Richardson, Nick Swardson

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + Całkiem przyjemna kreska
    + Dość kreatywne przekleństwa głównego bohatera
    + Miejscami doskonale dobrany dubbing

    Minusy:
    – Historia nie oferuje nic odkrywczego
    – Przewidywalne rozwiązania fabularne
    – Nijaki główny bohater
    – Wybiórcza poprawność polityczna

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    2 komentarzy
    najstarszy
    najnowszy oceniany
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Glimka
    Glimka
    4 dni temu

    Po co oglądać z kiepskimi napisami skoro można oglądać z profesjonalnie zrobionym, dobrym polskim dubbingiem?

    Katarzyna
    Katarzyna "Shallaya" Grochulska
    Rąbnięta kocia madka, której życie upływa na negowaniu faktu zbliżającej się trzydziestki. Hobbistycznie kolekcjonuje kolejne gry na kupce wstydu, łudząc się, że może na emeryturze nadrobi. Wychodzi z założenia, że nie ma czegoś takiego, jak „zbyt wiele książek”. Fanka Star Warsów, fantastyki i kiczowatego si-fi lat 80. Pisać lubi prawie tak bardzo jak gotować, a gotować niemal tak samo jak dobrze zjeść. Stroni od rywalizacji, ale jeśli się w coś angażuje, to na sto procent.

    2
    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x