Więcej

    (Nie)kryminalne tango, czyli o Kryminalnych z perspektywy lat

    KorektaLilavati

    Kryminalni

    Od kiedy zaczęłam moją przygodę z popkulturą na poważnie, polskie seriale były mi o wiele bliższe od zagranicznych. Być może nie bez wpływu na to pozostał fakt, że czasy moich początków – przełom wieków – to okres, kiedy powstało sporo różnorodnych, ciekawych krajowych produkcji. Oczywiście nie było całkiem różowo. Zdarzały się tytuły, które miałam ochotę wrzucić do dołu i przysypać wapnem, żeby nie szerzyły złego przykładu w kwestii robienia seriali. A wiecie, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Że odcinkowce, które uważałam (i uważam) za dobre, niewielu dziś pamięta. Za to słabe produkcje na różnych forach i grupach nostalgicznych wspominane są z wielką czułością.

    Dotyczy to również serialu, o którego istnieniu przypomniały mi w ostatnie wakacje powtórki na pobocznym kanale grupy TVN. Przy tej okazji pora emisji pozwoliła mi przysiąść nad nim i solidniej go sobie przypomnieć. Oto Kryminalni. Sytuacja typu „produkt niezgodny z etykietą”. Bo tytuł zwiastuje pełen akcji serial (nomen omen) kryminalny, a w rzeczywistości mieliśmy do czynienia z czymś, co obok takowego nawet nie stało. Nie zmieniło to faktu, że w czasach oryginalnej emisji Kryminalni cieszyli się naprawdę dużą popularnością. Już wtedy czułam, że coś tu jest nie tak. Dzisiaj, starsza i bogatsza w doświadczenie, rozumiem, że po prostu byłam świadkiem pierwszej na naszym polskim podwórku sytuacji, gdy o sukcesie zadecydowały nie zalety samego serialu, a odpowiednio zakrojona kampania promocyjna.

    Od premiery Kryminalnych minęło już 15 lat – a to dostatecznie długo, aby zdążyło się pojawić całkowicie nie rozpoznające tego tytułu pokolenie – więc pozwolę sobie streścić, o czym był ten serial. Przynajmniej według oficjalnego opisu. Główni bohaterowie to funkcjonariusze Wydziału Kryminalnego Komendy Stołecznej Policji. Na czele zespołu stoi komisarz Adam Zawada, „bezkompromisowy dla przestępców, oddany swojej pracy i uparcie szukający prawdy”, doświadczony funkcjonariusz z „niezwykłym detektywistycznym talentem”. Są jeszcze podkomisarze: Marek Brodecki, „dynamiczny i pełen zaangażowania”, jak również „rzetelny i odpowiedzialny” oraz Barbara Storosz, która „zdobywa pierwsze szlify w tym niełatwym zawodzie”. Do tego chmurni i dumni przełożeni, czyli komendant Grodzki i prokurator Wiśniewska oraz (z czasem) para pomocników w osobach Zuzi Ostrowskiej i Szczepana Żałody. „Intryga, śledztwo, poszlaki, fałszywe tropy i zaskakujące zwroty akcji” – to wszystko, zdaniem twórców, mieliśmy znaleźć w Kryminalnych. Wprawdzie charakterystyki bohaterów i ich zestawienie już wtedy pachniały stereotypem, ale ogólnie zapowiadał się serial, który przynajmniej w kwestii zagadek kryminalnych mógł zaoferować coś ciekawego.

    Kryminalni

    Praktyka pokazała, że tak nie było. Dostaliśmy kryminał w wersji „dobranockowej”, który można było puszczać nawet w samo południe. Przemoc nie przekraczała tego, co pojawiało się w ówczesnych kreskówkach z Cartoon Network. Sprawy kryminalne – rzadko wykraczające poza ramy określone już przez innych przedstawicieli gatunku, a w zasadzie nawet nie próbujące tego robić. Charakterystyki postaci – podobnie. Nagość? Rzadko, aby nam przypomnieć, że to na pewno serial dla dużych widzów; najczęściej mniej lub bardziej zakryta. Wiem, że ostatni element nie jest obligatoryjny, ale skoro mieliśmy dostać kryminał pełną gębą, to rozliczajmy go ze wszystkich możliwych opcji. Tak czy siak serial momentami był tak naiwny, że po dziś dzień zastanawiam się, jak ktokolwiek w TVN-ie mógł go przepuścić jako produkcję skierowaną do dorosłej widowni. Bo ktoś to jednak zrobił.

    Lista niezamierzonych „śmieszków” i nonsensów – żeby nie powiedzieć dosadniej, że czasem po prostu głupot – w Kryminalnych jest długa, dlatego spróbuję skupić się tylko na co bardziej wyrazistych. Zacznijmy od konwencji i klimatu serialu. Trafnej analizy po premierze pierwszych odcinków w 2004 roku dokonał Wojciech Orliński, publikując na łamach Gazety Telewizyjnej artykuł zatytułowany Nuar i margaryna. Porównał Kryminalnych z innym polskim serialem o zbliżonej tematyce, który wystartował z emisją w podobnym czasie, Gliną Władysława Pasikowskiego. Nie muszę mówić, którą z tych produkcji autor nazwał „margaryną”. Orliński stwierdził: „Oglądałem jeden odcinek nagrany na wideo i było to pouczające doświadczenie – kiedy przewija się blok reklamowy z włączonym podglądem, łatwo przegapić koniec reklam i powrót do serialu, bo estetyka w obu przypadkach jest taka sama”. Młodzi, przystojni, modnie ubrani ludzie – „zapach świeżości wprost bucha z ich markowych skórzanych kurtek i metroseksualnych sweterków” – zajęci bywaniem w modnych miejscach i jeżdżeniem nowymi (oraz nie tanimi) samochodami po nienaturalnie wielkomiejskiej Warszawie.

    Trudno odmówić Orlińskiemu racji. Świat przedstawiony Kryminalnych nie tylko wygląda jak reklama, ale momentami (ze względu na product placement) nią bywa. Na przykład gdy policjanci popijają służbową kawusię z kubków zdobnych w logo firmy meblowej sponsorującej serial. Z jakiej racji, u licha, wydział zabójstw miałby takich używać? Dostali w gratisie do tych nowiutkich, wychuchanych mebelków z komendy? Owszem, jest ziarnko prawdy w złośliwym stwierdzeniu, że w polskich serialach bohaterowie zawsze mają mieszkania i biura zastawione sprzętami rodem z Ikei, ale to, co widzimy w Kryminalnych, to spora przesada. Rozumiem nowoczesne wystroje wnętrz w takiej Magdzie M., gdzie niemal wszyscy główni bohaterowie mają intratne zawody, ale w produkcji o rzekomo ciężkiej i słabo płatnej pracy policji kryminalnej?

    Kryminalni

    Chociaż oni tam chyba nie mają najgorzej. A przynajmniej tak sugerują przygody naszych bohaterów. Łapanie przestępców przychodzi im nadzwyczaj bezproblemowo. Jasne, czasami dla niepoznaki scenarzyści rzucą Zawadzie i spółce kłody pod nogi, ale bohaterowie wychodzą z opałów obronną ręką. Dowody się znajdują, kluczowy świadek nagle wyskakuje zza winkla, a zabójca w ostatniej chwili wpada w sidła zastawione przez dzielnych policjantów – śledztwa robią się same. Poza tym niektóre sprawy są tak banalne, że nasi światli detektywi mogliby je rozwiązać jeszcze przed obiadem, ale rozwlekają śledztwo, żeby zapełnić 45-minutowy odcinek. W ciągu ośmiu serii przerobiono chyba wszystkie najbardziej typowe dla gatunku, wręcz sztampowe, wątki kryminalne. Zabójstwa w tysiącach kombinacji? Porwania dla okupu? Dilerzy narkotyków? Różne podejrzane organizacje? Przestępcy szukający zemsty na gliniarzu? Wszystko to było. Cały problem polega nie na powtarzalności tematów (bo w popkulturze już od lat trudno jej uniknąć), ale braku ich twórczej adaptacji. Jeżeli znasz najogólniejszy schemat przedstawiania danego wątku kryminalnego, to możesz być niemal pewien, że właśnie tak został zaprezentowany w Kryminalnych. Może z niewielkimi odstępstwami.

    Wiele z tych historii kuleje pod kątem fabularnym, logicznym czy merytorycznym. Z Kryminalnych dowiadujemy się, że komora do krioterapii działa jak sauna na zimno i staje się tym samym świetnym pretekstem do fanserwisu (s03e03 Poniżej zera), darknet jest dostępny dla każdego śmiertelnika (s03e09 Samobójcy), a handel dziećmi na szeroką skalę to prosty biznes dla dwojga (s07e11 Na zamówienie). Do tego solidna porcja stereotypów, z których chyba najczęściej powracającym jest ten, że kluby to siedlisko zła, a nastolatki są zepsutym i hedonistycznym materiałem na przestępców. Daleko temu wszystkiemu do realizmu, ale gdy twórcy przeginają w drugą stronę, wcale nie jest lepiej. W odcinku Hip-hop (s03e12) mamy intrygę, w którą uwikłani zostają autentyczni ówcześni raperzy, grani przez samych siebie. Trudno jest nie odczuć dysonansu, oglądając, jak ktoś zabija Kołcza i poluje na Tedego. Ale to nic w porównaniu do Pokonać strach (s04e10) – niezgrabnej próby przeniesienia na ekran wydarzeń znanych jako lincz we Włodowie. Marnie zawoalowanej, bo toczącej się we wsi o nazwie… Włodkowo. Tak czy inaczej mieliśmy w serialu do czynienia z materiałem tak nieciekawej jakości, że nawet najlepsi krajowi aktorzy zapraszani do gościnnych występów rzadko potrafili go uratować.

    Wśród takiej ilości marnie wykonanej sztampy giną okazjonalnie pojawiające się odcinki niezłe i dobre. Gorzki weekend (s02e08) mimo obowiązkowych, choć porównywalnie niewielkich niedoróbek, oferuje ciekawą, prawdziwie zaskakującą fabułę. I to niebanalnie obsadzoną, bo zupełnie poważne role grają tam kojarzeni z komedią czy stand upem aktorzy Teatru Montownia. Podobnie jest z Na śpiocha (s03e01). Choć tutaj akcja nie jest powalająco oryginalna, postać starego gangstera grana przez – niespodzianka! – Jerzego Kryszaka kradnie show. Jeszcze parę przykładów dobrych odcinków by się znalazło. Ale to promil w morzu ogólnej miałkości Kryminalnych.

    Kryminalni

    Całość mogliby uratować ciekawi protagoniści. Ale główni bohaterowie serialu do takich nie należą. Każdego z nich można podsumować jednym zdaniem. Zawada? Twardy superglina z traumatyczną przeszłością. Marek? Młody superglina z problemami rodzinnymi. Basia? Chłopczycowata, ale wrażliwa nowicjuszka. Zuzia? Twardsza wersja Baśki. O Wiśniewskiej i Grodzkim nie ma nawet co mówić. Pozbawieni mocniej zarysowanych osobowości, sprowadzeni są do roli tych, którzy mają zdobyć ważne papierki czy udobruchać ważniejszych od siebie, żeby dzielna drużyna Zawady mogła pchać śledztwa do przodu. I jeszcze Szczepan, etatowa postać komiczna. Zresztą wszyscy bohaterowie dostają różne „scenki rodzajowe”, w zamyśle utrzymane w lżejszym tonie – ale nie są one zbyt przekonujące ani spójne z charakterystykami. Ot, i mamy papierowe postacie, dostosowywane do tego, co dany scenarzysta odcinka chce przekazać. Najbardziej bawi to, że w całym serialu trafia się jedno odstępstwo od tej reguły i jest nim… Szczepan. Bo kiedy w obronie koleżanki zabija człowieka, ten grubą kreską rysowany, nieco plebejski bohater zaczyna borykać się z całkiem wiarygodnymi dylematami – podczas gdy protagonistom strzelanie do ludzi nie sprawia żadnych problemów, wręcz spływa po nich jak po kaczce. Może tylko Basia ma jakieś rozterki (płytkie, ale zawsze), ale głównie dlatego, że to żółtodziób i w dodatku dziewczyna. Takiej w świecie urodziwych superglin wątpliwości przystoją.

    Miary nieszczęścia dopełnia jeszcze parę rzeczy. Rażą odtwórcy głównych ról, którzy albo są średnimi aktorami jak Marek Włodarczyk (Zawada) albo przegrywają nierówną walkę z materiałem źródłowym jak Maciej Zakościelny i Magdalena Schejbal w rolach Marka i Basi. Kuleje również realizacja. Owszem, z jednej strony dostaliśmy ładne zdjęcia, niezłą muzykę, dobrze obsadzony dalszy plan i dbałość o niektóre pomijane zazwyczaj szczegóły – jak wtedy, gdy w jednym z odcinków kluczową rolę miały odegrać stare fotografie rodzinne bohatera, więc użyto autentycznych zdjęć prywatnych grającego go aktora zamiast marnej jakości sklejek w Photoshopie. Ale z drugiej mamy kreskówkowe, ewidentnie dołożone w postprodukcji odgłosy uderzeń, zwłoki magicznie znikające z kadru pomiędzy ujęciami i rozpoznawalnych aktorów występujących gościnnie w dwóch różnych rolach na przestrzeni ledwie 8 serii. A to ostatnie w sytuacji, gdzie poboczne stałe postacie, często bezimienne – technicy, eksperci, rysownicy policyjni, grafolog, lekarka ze szpitala – które w większości seriali byłyby zapewne ignorowane i obsadzane od nowa przy każdym kolejnym występie, konsekwentnie są grane przez te same osoby.

    Acz na początku serii 4. wydarzyło się coś, co zupełnie nie pasowało do całości. Trzy połączone fabularnie odcinki pod wspólnym tytułem Tryptyk śląski. Historia sprytnie wykorzystująca prawdziwą sprawę Wampira z Zagłębia (chociaż w dość kontrowersyjnej wersji), osadzona w realiach Górnego Śląska. Nie ma tu typowej zagadki kryminalnej – od początku wiadomo, kto zabija. Za to zyskujemy barwnego antagonistę w osobie niepokojącego Grabarza, mimo jego pewnej sztampowości w kontekście gatunku. W Tryptyku nie jest ładnie i pastelowo, co cieszy, nawet jeśli wynika ze stereotypowego postrzegania Śląska jako szarego, zacofanego regionu. Chociaż śmiem twierdzić, że to jednak element świadomej konwencji. Tutaj nie szczędzi się widzom widoku zwłok i krwi, tak unikanego we właściwej serii. Śledztwo nie idzie jak po maśle, policjantom wiele rzeczy (nawet będących kwestią życia i śmierci) się nie udaje. Plus wisienka na torcie – mdłego amanta Brodeckiego zastąpiono interesującą postacią miejscowego komisarza, a plastikowi protagoniści ze stolicy nagle dostają trochę osobowości. I kiedy już twórcom udało się wreszcie zrobić taką historię – frapującą, niebanalną, dobrze zrealizowaną, trzymającą poziom godny serialu kryminalnego… usunięto ją z dalszych powtórek, oferując widzom w zamian emitowany osobno film kompilacyjny z ocenzurowanego materiału. Ja wiem, że oryginał jest dostępny legalnie na VOD stacji macierzystej. Ale dopiero od niedawna. Cóż, skoro przeciętni odbiorcy „margarynowej” opowieści o ślicznych policjantach na widok poważniejszego serialu, typu wspomniany Glina, płakali, że jest „zbyt mroczny”, to nie ma się czemu dziwić. Zresztą TVN już podczas pierwszej emisji nie powtórzył, jak zwykle, odcinków nazajutrz po premierze w godzinach popołudniowych z uwagi na „mocne sceny”…

    Kryminalni

    Logicznie podchodząc do sprawy, Kryminalni byli serialem, który absolutnie nie miał prawa zrobić oszałamiającej kariery. A jednak ta produkcja urosła do rangi tytułu bardzo rozpoznawalnego, ba! Dla niektórych wręcz kultowego. Jak to możliwe? Otóż producenci od samego startu dbali o to, aby o ich „dziecku” usłyszało jak najwięcej osób i uwierzyło, że jest to najlepsze, co krajowe telewizje mogą im zaoferować.

    Przed premierą Kryminalni dostali dwie oficjalne strony internetowe z różnymi materiałami, własny czat i forum dyskusyjne. Kolorowa prasa wypełniała się tekstami zarówno na temat serialu, jak i występujących w nim aktorów. Macierzysta stacja regularnie przypominała o nowych odcinkach swojego świeżego tytułu i serwowała specjalne materiały. Niby w tamtym czasie były to dość powszechne praktyki, ale tym razem wyróżniały się zasięgiem. Poza tym to dopiero początek. Każda stacja emitowała making ofy do produkowanych przez siebie odcinkowców, ale TVN poszedł o krok dalej – przy każdej swojej ówczesnej serialowej produkcji, wliczając w to Kryminalnych, prezentował materiały zza kulis również w formie książki. Ponadto we współpracy z pewnym miesięcznikiem dla pań ogłoszono konkurs, w którym nagrodą były małe rólki w serialu. Zaś kulminacją miały okazać się zloty fanów. Pomiędzy 2008 a 2014 rokiem odbyło się ich pięć. Tylko dwa były oddolną inicjatywą miłośników. Pozostałe zorganizował producent. To nie jest casus Rancza, gdzie najpierw pojawiła się rzesza fanów – jako naturalny efekt emisji udanego serialu – którą dopiero potem twórcy zaczęli wspomagać w działaniach, widząc w niej najlepszą reklamę swojej produkcji. Tutaj było to zamierzone narzędzie promocji, mające na celu zwieńczenie planu realizowanego poprzez różne media. Czyli odgórnego budowania fandomu, aby pokazać światu: patrzcie, nasz serial jest najlepszy, bo tyle osób go uwielbia! Więc przy pierwszym zlocie zadbano o rozmach. Zaproszono nie tylko aktorów i twórców, ale także policjantów – konsultantów Kryminalnych. Swoje prezentacje miało Centrum Szkolenia Policji, odbyły się pokazy technik policyjnych, sztuk walki oraz nieemitowanego odcinka serialu. A wszystko to w Kinotece w Pałacu Kultury i Nauki – czyli w sali niemałej i prestiżowej.

    Takie podejście musiało dać efekt. Zwłaszcza że z racji natury serialu większość widowni stanowiła młodzież, będąca podatnym gruntem dla marketingowych działań. Średnia oglądalność nie spadała poniżej dwóch milionów, zaś w kulminacyjnym momencie sięgała nawet ponad trzech i pół. W sieci wyrastały jak grzyby po deszczu strony fanowskie i blogi z fanfikami. Oczywiście nie skupiano się tam na intrygach kryminalnych, bo one dla młodocianych odbiorców miały znaczenie drugorzędne. Najważniejsze było, żeby Basieńka z Mareczkiem się zeszli, a ich sztampowy romans rozkwitał. Poza tym Kryminalni zgarnęli rokrocznie aż cztery Telekamery – trzy w kategorii „najlepszy serial kryminalny” i specjalną Złotą Telekamerę. Warto dodać, że w tym plebiscycie decydujące są głosy widzów, przesyłane drogą pocztową bądź sms-ową. Plan zadziałał doskonale – serial, który nie miał prawa zrobić furory jednak zyskał popularność, a fora dyskusyjne i działy „listów od czytelników” w czasopismach pełne były zachwytów, jacy to Kryminalni są wspaniali. Kryminalni, czy raczej, jak to fani mawiali, Krymcie. To najlepiej podsumowuje paradoks całości: tytuł oparty na sprawach kryminalnych, w teorii skierowany do dorosłej widowni, trafia głównie do nastolatków, którzy nazywają go jakimś bezbrzeżnie infantylnym mianem.

    Kryminalni

    Chyba najbardziej przewrotny jest koniec historii Kryminalnych. Przy ostatnich seriach nawet wśród fanów pojawiły się delikatne głosy krytyki wobec nowych postaci czy nadmiaru wątków z życia osobistego protagonistów. Więc TVN postanowił… zdjąć serial z anteny, zanim „formuła się wyczerpie”. Mimo nadal rozbudzonych apetytów miłośników, których na finał uraczono ochłapem w formie mętnego, otwartego zakończenia. Wprawdzie w programie śniadaniowym macierzystej stacji wkrótce zaprezentowano dodatkową scenkę ze słodkim happy endem, ale niesmak pozostał. Może dlatego, że ów dodatkowy materiał był niemy i miał zaledwie około czterdziestu sekund. Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, że TVN wykorzystał fanów Kryminalnych i odstawił ich na boczny tor, kiedy przyszedł czas na nowy odcinkowy produkt. Mimo to u miłośników serialu rozwinęło się coś w stylu syndromu sztokholmskiego – choć w momencie zakończenia produkcji nie kryli rozczarowania postawą stacji, to na zorganizowanym przez producenta w 2014 roku piątym zlocie z okazji 10-lecia premiery frekwencja była spora, a w sieci nadal można znaleźć wiele opinii o serialu równie bezkrytycznych, co w momencie jego pierwszej emisji.

    Producenci Kryminalnych stali się w naszym kraju pionierami wielkich machin promocyjnych, towarzyszących marnym lub przeciętnym serialom i decydujących o ich przewadze nad wartościowszymi tytułami. Może ta tendencja nie rozwinęła się natychmiast, ale pewną jej kulminację otrzymujemy teraz, ponad dekadę później. W każdej polskiej stacji można znaleźć serial, który mimo scenariuszowej, realizacyjnej czy aktorskiej słabości znajduje wielu zwolenników. A po chwili obserwacji zapewne okaże się, że za sprawą różnych działań dana produkcja i jej obsada wyskakują z lodówki, a potencjalni widzowie zasypywani są przekazem, że oto jest najlepszy serial, jaki można sobie wymarzyć. Ponoć kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą… Wiem, że popkultura od lat na całym świecie jest w jakimś stopniu tak budowana. Tylko jedno mnie niepokoi w tym wszystkim. Że mając serial, u którego jak na dłoni widać jego słabość i niewspółmierną, sztucznie napompowaną popularność, nadal nie potrafimy nazwać rzeczy po imieniu. A przynajmniej część z nas, zakładając różowe okulary nostalgii.

    1 KOMENTARZ

    1
    Dodaj komentarz

    avatar
    1 Comment threads
    0 Thread replies
    0 Followers
     
    Most reacted comment
    Hottest comment thread
    1 Comment authors
    Astroni Recent comment authors
    najnowszy najstarszy oceniany
    Astroni
    Gość

    Hehe, tym samym uświadomiłam sobie, że… nigdy tak naprawdę nie znałam tego serialu. Ot, wrzuciłam go do gigantycznego wora z etykietką „seriale o policjantach, od których uzależniona jest moja mama” i w sumie uważałam za inną wersję „W11”. A że ludzie ciepło wspominają słabe seriale, a nietypowych i oryginalnych nikt nie pamięta? Cóż, gdyby było inaczej, to dzisiaj tymi nietypowymi bylibyśmy zasypywani, a nie stereotywymi i niewymagającymi serialami obyczajowo-kryminalnymi. Jednak na któreś gusta ci producenci patrzą, nie? Orliński <3 Taaa, jest coś idiotycznego w tym, że nie wiadomo, kiedy reklamy przechodzą w serial… Najgorsze, że parę lat temu, kiedy jeszcze… Czytaj więcej »

    Dagmara „Daguchna” Niemiec
    Dagmara „Daguchna” Niemiec
    Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się 100-stronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych (http://ostatniazzielonych.pl).