SIEĆ NERDHEIM:

Zmierzch wampirzych bożyszcz? Recenzja (na dwa głosy) komiksu Dracula

KorektaJustin

Wydawnictwo Non Stop Comics rozlubowało nie tylko nas w nieujarzmionym instynkcie plastycznym Alberto Brecci. Czekaliśmy kolejnej porcji jego talentu o tyle łakomiej, że jest to rzecz po pierwsze będąca dziełem argentyńskiego rysownika również od strony scenariuszowej, po drugie namaszczona przezeń kolorem, po trzecie (bo najlepsze zostawiliśmy na koniec) – prezentuje autorskie spojrzenie na patriarchę popkulturowej linii wampirzego rodu. Ostrzyliśmy sobie zawzięcie zęby, skamląc z uniżoną pewnością wzorem Renfielda: Mistrz nadchodzi! I jakie wrażenia wynosimy z jego odwiedzin?

Fusikoma: Na samym początku Dracula wydaje się oryginalną krotochwilką. Tytułowy wampir jest raczej śmieszny i słaby, trochę staroświecki, czasami skłonny do czynienia dobra. Dołóżcie do tego dość groteskowe rysunki Brecci rodem z karykatur Grosza z lat międzywojennych… Krótko mówiąc, chociaż wiedziałam, że „wielkim rysownikiem jest”, pierwsze rozdziały nie zrobiły na mnie wrażenia. Brakowało im oryginalności. Dopiero po przeczytaniu całości historia Vlada nabiera szerszego znaczenia.

Justin: Zacznę od owego „najlepszego”, czyli sportretowania Draculi przez Breccię. Przedstawił on arcywampira wyłącznie przy użyciu groteskowej kreski, która współtworzyła też satyryczną, jedną z wielu, warstwę Perramusa. Starczo uwiędły, o nabrzmiałych w parodii zmysłowości wargach, budzi raczej uśmieszek politowania niż grymas przerażenia. W zestawieniu z oryginalnym tytułem Drácula, Dracul, Vlad?, Bah… (szkoda, że nie zachowanym w tłumaczeniu) nie pozostawia wątpliwości – wampir to, jak słusznie mówisz, bohater o minionej sławie, relikt, którego udziałem realizuje się nie przywilej, a przekleństwo nieśmiertelności. Mizantropia, społeczne nieprzystosowanie, stomatologiczne problemy…

To parodystyczne podejście do krwiopijców jako żywo przypomina mi wampirze odbicie (nie lustrzane, z wiadomych względów) Bąbelka i Kudłaczka, czyli Szlurpa i Burpa. Chociaż w przeciwieństwie do nieodrodnych reprezentantów humoru Tadeusza Baranowskiego Dracula Brecci zachowuje dostojne milczenie (albo pokrywa nim własną dezorientację) – wybór konwencji niemego komiksu jest zresztą czytelnym gestem w stronę wiadomej epoki kina i emblematycznego dlań ekspresjonistycznego obrazu Murnaua. Choć i tutaj mamy do czynienia z przymrużeniem oka – charakterystyczne kąty, wydłużone linie, kanciaste geometryzacje zostały wybrzuszone, pofalowane, wygięte, zmiękczone.

Uważajcie, kogo konsumujecie

Fushikoma: Dokładnie, początkowo zupełnie nie jest to poważny komiks, jakiego spodziewasz się po zerknięciu na recenzje zaczynające się od różnych odmian słowa „dzieło”. Przy tym ciężka estetyka rysunków jakoś nie pasuje do lekkiego tonu anegdotek o dentyście — idąc tropem międzywojennej karykatury, spodziewasz się raczej krytyki kapitalizmu czy drobnomieszczaństwa. Tymczasem Dracula trochę obrósł w wygodne piórka mieszczanina z wielkim domem pełnym portretów przodków. Pazur mu się stępił i nie udaje mu się już nawet porządnie polować…

Kryje się w tym piękny i podstępny zamysł Brecci. Widzimy takiego sobie zwykłego, cywilizowanego wampira, wręcz bidnego wręcz. I na ten nastrój artysta nagle nakłada prawdziwy mrok miasta i ustroju, w którym Vlad się porusza. Niespodziewanie wychodzimy z kabaretu i trafiamy do piwnic tajnej policji, w których zadręczane są chude, nagie ciała dysydentów, a może zwykłych pechowców. Breccia, mimo nierealistycznego stylu, potrafi być bardzo dosłowny w pokazywaniu okrucieństwa. Byliśmy w jakimś zabawnym miejscu, zwykłym życiu, a wtem zwala się na nas dyktatura przemocy. Tę brutalność widać u wielu innych argentyńskich twórców, w wydanym u nas niedawno Wybornym trupie Agustiny Bazterriki czy (choć już delikatniej) w kryminałach Claudii Piñeiro.

Groteskowa zabawa plamą nagle przechodzi w Draculi w klaustrofobiczną ohydę…

Justin: Tak, Breccia przypomina, jak różną jakość emocjonalną może nieść estetyka groteski. Wabi bulwiastymi mozaikami, krajobrazami i twarzami jakby zagniecionymi z odkształcającego się wosku (od razu stanęły mi przed oczyma ilustracje Janusza Stannego, a równocześnie naszła mnie przemożna chęć ujrzenia zawartości plansz uruchomionych techniką poklatkową w serii krótkometrażowych animacji) i zaspokaja turpistyczne kaprysy w sposób karnawałowy, by w tym jednym przypadku (Byłem legendą) odsłonić agresywne oblicze stylu.

Deformacji sprzyja obcy kinu niememu kolor. Kadry puchną od kładzionych warstwowo plam, wręcz namacalnie miękkich, ale tą tłustą miękkością, są gąbczasto ciężkie od wchłoniętej wilgoci. Jest w tym coś naocznie niezdrowego, zakalcowatego, zgniłego w dekadencki sposób. Nie bez powodu w palecie barw dominują wrzodziasty fiolet, pleśniowa zieleń i gliniasta żółć – czerwień, ów kolor krwi i namiętności, zogniskowany jest (poza wspomnianymi wargami) tylko w źrenicach stetryczałego wampira, jako dość kpiarski komentarz do obsesyjnego głodu; apetyt pozostał, ale polowanie staje się coraz trudniejszym wyzwaniem. A gdy już krew tryska, to nie za sprawą Draculi – odpowiedzialność za jej rozlew ponoszą ludzie. Opowieść Byłem legendą to najpoważniejszy fragment tego zbiorku, kipiący od wściekłych emocji, jakich dostarczyły Argentynie rządy generałów. Dracula z przerażeniem zdaje sobie sprawę, że cały krwiopijczy splendor, pierwszeństwo okrucieństwa przejęła junta.

Fushikoma: Don’t cry for me, Argentina… Komentarz Brecci jest uderzający, ale czy uniwersalnie zrozumiały? Czytając go w Polsce, pomyślimy może o Wróblewskim, wojnie i terrorze lat 50., ale niekoniecznie o kraju, do którego przecież przed wojną wyemigrowało tak wielu obywateli naszego kraju. W komiksie zobaczymy hiszpańskojęzyczne napisy, co może nasunąć skojarzenia z czasami frankistowskimi. Myślę, że ta enigmatyczność jest, troszeczkę, słabością Draculi. Kiedy był publikowany w ojczyźnie Brecci, wszyscy czytelnicy wiedzieli, o co chodzi. Ale po tylu latach i w obcym kraju jest już raczej nieosadzoną w konkrecie, dość abstrakcyjną metaforą rządów terroru. Jeśli cenicie sztuki Olega Sencowa, to coś dla was. Albo lawirujące pomiędzy pułapkami cenzury radzieckie science fiction czy historie podobne do Zaproszenia na egzekucję Nabokova. Ten krótki, alegoryczny komiks Brecci wydaje mi się leżeć bardzo blisko takich klasyków. Mówi aluzjami i skrótami, wprost pokazuje przede wszystkim cierpienie. Zasłania się dowcipem, żeby uśpić czujność odbiorcy i cenzora. I jeśli nie znacie kontekstu historycznego, pozostanie dla was powierzchowną, nieco dziwną opowieścią. Z tej perspektywy to bardzo dobrze, że po przeczytaniu komiksu możemy przejść do posłowia tłumaczącego okoliczności powstania i wydania Draculi.

Czytając Breccię, myślałam jednocześnie o Fins de siecle Bilala i Christina, które niedawno recenzowałam. To także komiks mówiący o dyktaturach, ich chwale i upadku, o wielkich „izmach” XX wieku — faszyzmie i komunizmie. Temat podobny, podejście zupełnie inne, skupione na jednostkach i ich umiejscowieniu w czasie. I muszę powiedzieć, że tym razem konkret u mnie wygrał, nawet jeśli nie miał dodatkowego efektu szoku na widok pierwszego trupa.

Justin: Zgadzam się z Tobą co do tego trafnego zestawienia tytułów. Pozwolę sobie przy tym na małe utyskiwanie pod adresem Mistrza Alberto jako scenarzysty. Nie chodzi mi jednak o same fabuły, bo te są zwyczajnie nieskomplikowane, lecz o ich domykanie w kadrach – czasem przestrzeń robi się tak doszczętnie zapchana owym gęstym, fermentującym naocznie zaczynem plam i linii, że aż prosi się o pokaźniejszy kadr, większe zróżnicowanie jego rozmiarów w obrębie planszy, o splashu nie mówiąc. Szczególnie tracą na tym w moim „czytaniu” puenty. Sam się jednak od razu ganię, że to takie ględzenie rozpieszczonego nadmiarem dobrobytu marudy. Choć (to już uwaga do wydawcy) jakże chętnie zobaczyłbym całość w powiększonym formacie!

Po pierwszym, dość łapczywym przejrzeniu albumu, byłem zawiedziony jego niewielką w sumie zawartością (nie złagodził tego wrażenia spory szkicownik) i, hmmm, czerstwością przepysznie zilustrowanych fabułek. Ale każde kolejne spokojniejsze oględziny (ich czas wydłuża się proporcjonalnie) przybliżają mnie do tajemnicy nieśmiertelności nie tyle Draculi, co talentu Alberto Brecci. Smakuję te miniatury tak, jak to nakazuje etykieta: małymi łyczkami, po kawalątku. W końcu hrabia to hrabia – noblesse oblige.

Fushikoma: Powiem samolubnie, że cieszę się z tylu różnych przykładów argentyńskiej literatury ukazujących się na naszym rynku, bo bardzo interesuje mnie kultura tego kraju. Z tej perspektywy Dracula jest dla mnie naprawdę wartościową pozycją. Obawiam się jednak, że dla przeciętnego odbiorcy na dzisiaj to… interesująca, ale ramotka. Historyczna ciekawostka.

Władza gorsza od hrabiowskiej
Tytuł: Dracula
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Autor: Alberto Breccia
Tłumaczenie: Aleksander Donakowski
Gatunek: komiks latynoamerykański, horror, dystopia
Data premiery: 22 września 2021
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Agnieszka „Fushikoma” Czoska
Agnieszka „Fushikoma” Czoska
Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).
Zmierzch wampirzych bożyszcz? Recenzja (na dwa głosy) komiksu DraculaWydawnictwo Non Stop Comics rozlubowało nie tylko nas w nieujarzmionym instynkcie plastycznym Alberto Brecci. Czekaliśmy kolejnej porcji jego talentu o tyle łakomiej, że jest to rzecz po pierwsze będąca dziełem argentyńskiego rysownika również od strony scenariuszowej, po drugie namaszczona przezeń kolorem, po trzecie (bo...
Włącz powiadomienia    OK Nie, dzięki