SIEĆ NERDHEIM:

Siła może być piękna. Recenzja miniserialu Małe kobietki

Małe kobietki – plakat serialu
Małe kobietki – plakat serialu

Powieść Louisy May Alcott Małe kobietki jest nieodłącznym elementem dziedzictwa kulturowego – zarówno amerykańskiego, jak i światowego. Doczekała się nie tylko dwóch kontynuacji, ale również całej masy adaptacji literackich, scenicznych, ekranowych… Książką zachwycili się nawet Japończycy, przerabiając ją aż trzykrotnie na anime. Ostatnio najgłośniejsza była hollywoodzka ekranizacja z obsadą naszpikowaną gwiazdami niczym dobra kasza skwarkami. W tym wszystkim gdzieś umknął oparty na Małych kobietkach brytyjski trzyodcinkowy miniserial, który dotąd przemykał u nas raczej niepostrzeżenie przez kanały filmowe, a ostatnio dzięki uprzejmości telewizyjnej Dwójki wylądował we wtorkowym paśmie wieczornym.

Od razu muszę zaznaczyć, że nie miałam okazji przeczytać książki w całości, chociaż większość fabuły jest mi znana, bo jednak wstyd nie orientować się. Pewnie to trochę niedobrze, wszak miałabym lepszy ogląd sytuacji, jeśli chodzi o zgodność serialu z literackim oryginałem. Ale z drugiej strony mogłam się bardziej skupić na samym seansie, a nie na poszukiwaniu każdego książkowego detalu na ekranie.

Trzy niespełna godzinne odcinki obejmują wydarzenia rozgrywające się w powieści na przestrzeni ośmiu lat (a nawet więcej, jeżeli wliczymy w to finałową scenę). Mimo tego nie odczuwa się przy oglądaniu jakiegoś fabularnego pośpiechu. Jasne jest, że w adaptacji musiano pominąć jakąś część rzeczy z pierwowzoru, ale nie wpływa to na ciągłość ni płynność wydarzeń. Nadal możemy obserwować stopniowe wchodzenie w dorosłe życie czterech nastoletnich, amerykańskich sióstr, szukających swojego miejsca na świecie w drugiej połowie XIX wieku. Inne czasy, z perspektywy polskiego widza inna kultura, ale dylematy takie same, jak wszędzie – niepewność swojej drogi życiowej, bunt przeciwko zastanej rzeczywistości, pierwsze zakochania się tudzież ich brak. A nad tym wszystkim matka, starająca się zadbać o córki pod nieobecność męża, wojskowego kapelana, wyrwanego z rodzinnych pieleszy przez wojnę secesyjną. Jak z wichrami niepewnego losu poradzą sobie dojrzała Meg, niezależna Jo, nieśmiała Beth i wciąż po dziecinnemu pyskata Amy?

Małe kobietki – kadr z serialu
Małe kobietki – kadr z serialu

Rzeczą, która kupiła mnie niemal od pierwszych minut, był klimat tej ekranizacji. Przesycony ciepłem i spokojem, pomimo niemałego dramatyzmu przeżyć głównych bohaterek. Trochę jakbyśmy całą opowieść oglądali z perspektywy matki sióstr March, zwanej pieszczotliwie Marmee – dojrzałej kobiety pogodzonej ze światem i z życiem, z jednej strony martwiącej się o los swoich ukochanych córek, ale z drugiej świadomej, że nadchodzi czas, kiedy dziewczęta zaczną wyfruwać z rodzinnego gniazda i nie należy im w tym przeszkadzać. Wystarczy tylko być z nimi i dla nich w najtrudniejszych chwilach. Może to właśnie ten „matczyny” punkt widzenia sprawia, że wszystkie cztery panny March od razu zyskują naszą sympatię, mimo swoich wad. Meg, choć teoretycznie najpoważniejsza jak na najstarszą siostrę przystało, jest przy okazji bardzo nieogarnięta. Zafascynowana pisarstwem Jo chce robić wszystko po swojemu aż do przesady. Przerażona światem i ludźmi Beth ma potężne problemy w kontaktach z nowymi ludźmi. I na koniec bystra Amy z galopującym egoizmem. Patrzymy na te dziewczątka i zdajemy sobie sprawę z ich słabości, podobnie jak wiemy, że przecież z tego wyrosną. Trzeba tylko dać im czas.

Mimo niewielu odcinków udało się każdej z sióstr dać odpowiedni kawałek czasu antenowego na własne perypetie, wybory, relacje międzyludzkie i w efekcie dojrzewanie. Na ich drodze pojawia się starszy sąsiad pan Laurence, jego wnuk Laurie razem ze swoim nauczycielem Johnem, dumna i na pozór oschła ciotka March, niemiecki profesor Bhaer. Dziewczęta zderzą się też z ciemną stroną dorosłości – biedą swoją i cudzą, strachem, chorobą, śmiercią. Bez sztucznego dramatyzmu, bez żadnego emocjonalnego szantażu, krzyczącego, że skoro fabuła mówi o rzeczach tak ważnych, to widz musi się nimi przejąć z marszu, bo tak trzeba, wypada czy coś. Tutaj wzruszenie budzi się zupełnie naturalnie, z sympatii do postaci i pewnego podziwu dla ich walki z losem. Bohaterki kobiece, nawet wyemancypowana Jo, nie muszą być agresywne, aby sobie radzić z życiem. Ich siłą są optymizm, godność, wytrwałość w dążeniu do celów. Źródłem tej mocy jest między innymi rodzina, a relacje w niej panujące również ładnie przedstawiono. Może i zazwyczaj spokojna matka czasami nie daje już rady, opiekuńcza gosposia Hannah okazjonalnie na kogoś burknie, nieobecny przez długi czas ojciec nie zawsze nadąża za swoimi „małymi kobietkami”, a one same potrafią prowadzić między sobą codzienne wojenki. Jednak gdy przychodzi co do czego, Marchowie stoją za sobą murem.

Choć nie unika się tutaj trudnych tematów, w Małych kobietkach nie brakuje humoru. Często wynika on z różnych słabostek bohaterów. Jak w jednej z pierwszych scen, kiedy fryzowanie włosów Meg gorącą lokówką wymyka się Jo spod kontroli. Bawią sekwencje rozgrywające się w domu ciotki March, której rozwlekłych kazań dziewczęta muszą wysłuchiwać, podszczypywane przez jej ukochaną papugę. Czasami są to detale, jakaś riposta (komentarz, którzy rzuca Hannah na widok rysunku Amy!), jakaś wymiana zdań, ale to dość, aby ożywić i odciążyć atmosferę.

Małe kobietki – kadr z serialu
Małe kobietki – kadr z serialu

Taka pełna równowagi oraz życiowej mądrości perspektywa nie dziwi, gdy spojrzymy na to, kto jest autorem scenariusza. Heidi Thomas stworzyła wcześniej kilka innych seriali kostiumowo-historycznych. Przede wszystkim Z pamiętnika położnej na podstawie pamiętników Jennifer Worth, jeden z najbardziej kobiecych (w najlepszym znaczeniu tego słowa) telewizyjnych tytułów ostatnich lat – a przynajmniej do serii 5. włącznie. Tam również udawało się odnaleźć złoty środek pomiędzy humorem i dramatem, jasną i ciemną stroną rzeczywistości. Klimat obu tych seriali idealnie podsumowują słowa zamykające finałowy odcinek Małych kobietek – życie nie jest doskonałe, ale może być dobre.

Strona wizualna oraz muzyczna idealnie współgrają z treścią serialu. Od ślicznej, rysunkowej czołówki począwszy. Zdjęcia są po prostu piękne, zachwycające przemyślaną kompozycją kadrów, wyszukanymi detalami, urodziwą kolorystyką oraz światłem. Często używam określenia, że jakaś produkcja „cieszy oko”, ale tym razem jest ono w stu procentach uzasadnione. W serialowych obrazach znajdziemy dużo bardzo delikatnego nastroju, jak z akwarelowych malunków czy staroświeckich ilustracji. Muzyka dokłada do tego wszystkiego swoją cegiełkę, będąc nienachalną, ale jednocześnie wcale nie mdłą i łatwą do zapomnienia.

Gra aktorska w Małych kobietkach to również kawał dobrej roboty. Chociaż na poziomie castingu fani powieści mieli zastrzeżenia. Kontrowersje pojawiły się wśród widzów na przykład wobec obsadzenia natenczas 20-letniej Kathryn Newton w roli najmłodszej z sióstr – wszak kanonicznie Amy na początku całej opowieści ma 12 lat… Co ciekawe, licząca sobie wówczas 25 wiosen Annes Elwy jako rok starsza od Amy Beth nie sprawiała już takich problemów odbiorcom. W sumie takie zarzuty były o tyle bezsensowne, że przecież to produkcja o dorastaniu, które obserwujemy, zaś zabawy z podmienianiem odtwórczyń ról niczym w adaptacji filmowej z 1994 roku odebrałyby temu rozwojowi bohaterek całą autentyczność. Tutaj potwierdza się teoria, że nieważny jest wiek aktora, a liczy się to, czy całościowo potrafi wpasować się w postać. Wyżej wymienione wraz z Willą Fitzgerald (lat 26, grająca 16-letnią Meg) oraz Mayą Hawke (lat 19, wcielająca się w piętnastolatkę Jo) zagrały siostry March przepięknie. Bez przerysowywania rozróżniających ich cech potrafiły nadać każdej z dziewczyn indywidualność, a także – co chyba najważniejsze – świetnie oddać uczucia trzymające je razem, zarówno te pozytywne, jak i te nieco mniej.

Małe kobietki – kadr z serialu
Małe kobietki – kadr z serialu

Starsze pokolenia też dają w serialu aktorskie popisy. Wręcz tonę w zachwycie nad dotąd niezbyt mi znaną Emily Watson, która jako Marmee jest niemal doskonała. Pełna ciepła i wyrozumiałości, z drugiej strony wysyłająca subtelne sygnały zmęczenia, które jednak nie przeszkadzają jej w byciu formalną głową rodziny. Dobrą rolą jest też pan Laurence w wykonaniu Michaela Gambona, początkowo dość oschły, ale z czasem zdradzający cieplejsze oblicze. Absolutną wisienkę na torcie stanowi niezawodna Angela Lansbury, która mimo dziewięćdziesiątki na karku nadal daje aktorsko do wiwatu. Jej ciotka March, choć w pierwszych scenach zachowuje się jak typowa wiekowa snobka, od początku daje do zrozumienia między słowami, że wcale nie jest taka zła.

Choć lubię narzekać, że prawdziwych brytyjskich seriali już nie ma, jeszcze bardziej lubię się w tym względzie mylić. Małe kobietki to kawałek urodziwego, kostiumowego odcinkowca w starym dobrym stylu. Warto doceniać takie produkcje w czasach, gdy popkultura coraz chętniej lansuje tematykę kobiecą przedstawioną w sposób doraźny, pozbawiony niuansów, hałaśliwy, żeby nie powiedzieć wulgarny. Zwrócenie się ku klasycznej literaturze, ekranizowanej „po bożemu”, jest w tej sytuacji dobrą odtrutką. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z tak przyjemną w odbiorze adaptacją jak ta.

SZCZEGÓŁY
Tytuł: Little Women (Małe kobietki)
Produkcja: Playground Entertainment, BBC (w Polsce emitowany przez BBC, Cinemax i TVP2 oraz dostępny w HBO GO)
Typ: miniserial
Gatunek: dramat, kostiumowy
Data premiery: 26.12.2017
Liczba odcinków: 3
Twórcy: Vanessa Caswill (reżyseria), Heidi Thomas (scenariusz)
Obsada: Emily Watson, Maya Hawke, Willa Fitzgerald, Kathryn Newton, Annes Elwy i inni.

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Julia
6 miesięcy temu

Nie miałam okazji oglądać serialu, ponieważ nie posiadam HBO GO, ale gdyby nadarzyła się okazja z chęcią sięgnęłabym po książkę:)) pozdrawiam serdecznie i zapraszam do siebie

Dagmara „Daguchna” Niemiec
Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się stustronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych.