Więcej

    Atom uczy pokory. Recenzja miniserialu Czarnobyl

    KorektaLilavati

    Temat Czarnobyla to istny samograj. Mamy filmy, gry, książki, komiksy – wszystko, czego dusza zapragnie. W ostatnich latach bardzo popularne stało się zwiedzanie strefy wykluczenia. Ale kraje pozaeuropejskie już tak dobrze nie znają jednej z najmroczniejszych historii XX w. I HBO postanowiło to wykorzystać, dając nam pięć odcinków o wydarzeniach, które zmieniły losy Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

    To nie będzie typowa recenzja. Głównie dlatego, że ta produkcja jest tak nietypowa i w pewien sposób doskonale zrealizowana. Nie sposób powiedzieć o wadach i zaletach serialu, który jednym odcinkiem przyćmił cały ósmy sezon Gry o tron. Nie uświadczymy kolejnego dzieła dokumentalnego, kolejnej rozmowy z ofiarami czy dogłębnej analizy wszystkich wydarzeń związanych z katastrofą. To coś, czym szwedzki reżyser Johan Renck (Stakka Bo) wzniósł się na szczyt ocen IMDb.

    W tych pięciu odcinkach oglądamy fabułę, gdzie samo zdarzenie jest tylko tłem, dość radioaktywnym i śmiertelnym, ale nadal. Tak naprawdę ważni są bohaterowie, ich emocje, walka o przeżycie i relacje. Można nawet powiedzieć, że to taki film katastroficzny, pomieszany z kinem superbohaterskim (uświadczymy tu typowych villainów). Można wynieść z tego serialu naprawdę wiele informacji, ale trzeba brać poprawkę, że nie wszystko to suche fakty.

    26 kwietnia 1986 r. o godzinie 1:23.45 czasu wschodnioeuropejskiego w bloku 4. Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej im. Władimira Iljicza Lenina następuje wybuch. W tym momencie rozpoczyna się pierwszy odcinek tej krótkiej serii. I nim mi ktoś napisze, że spojleruję fabułę odcinków, chciałbym przypomnieć tylko, że to wydarzenia, które miały miejsce 33 lata temu. Tak więc na początku poznajemy kilka ważnych postaci, a także pierwsze 6 godzin od katastrofy. Oglądamy poczynania pracowników elektrowni, akcję gaśniczą, a także objawia się nam główny antagonista – przedstawiciele komórki władzy socjalistycznego państwa.

    O poszczególnych postaciach powiem za chwilę, natomiast idąc dalej, serial przedstawi nam kilka najważniejszych wydarzeń z całego okresu po katastrofie, aż do lipca 1987 r. Pierwsze ofiary choroby popromiennej, akcja zasypywania reaktora, praca górników, działania „Likwidatorów”, czy ostatecznie sąd osób odpowiedzialnych – to tylko kilka głównych wątków, które mają miejsce na przestrzeni fabuły. I tym, za co chcę pochwalić scenarzystów, jest brak patosu. Serial w żadnym momencie nie użala się nad tym wszystkim. Nie wciska nam na siłę smutku, nie każe płakać nad każdym martwym człowiekiem czy psem.

    Co ciekawe, znając te wszystkie wydarzenia, można się poczuć tak samo zagubionym jak bohaterowie. Jak w dobrym horrorze, gdzie my wiemy i krzyczymy do bohaterów, by nie wchodzili do ciemności, tak tu serial każe nam siedzieć jak na szpilkach do ostatniej sekundy. Niepewność i strach przed każdym oddechem przesiąkniętym śmiertelnym promieniowaniem.

    Jest jeszcze jeden ciekawy zabieg fabularny, a mianowicie chronologia. W ostatnim odcinku poznajemy wydarzenia, które bezpośrednio doprowadziły do wybuchu. W czasie rozprawy sądowej dostajemy flashbacki, które pokazują, co przyczyniło się do katastrofy, kto za nią odpowiada i jak zachowywali się ludzie chwilę przed nieuniknionym. I w każdym innym serialu powiedziałbym, że to głupie, ale tu rozumiem ten zabieg doskonale.

    Dzięki temu, że akcja zaczyna się od wielkiego boom, nie zwalnia nawet na chwilę i ci, którzy znają te wydarzenia, mogą spokojnie zatopić się w fabułę. Pozostali, którzy pierwszy raz słyszą o Czarnobylu, dostają w finale ogólną dawkę wiedzy, którą mogą się potem pochwalić znajomym. Jest to w wielu miejscach podkoloryzowana historia, więc jeśli ktoś chciałby zrozumieć, skąd brane były dane oraz jak wyglądał proces powstawania scenariusza, odsyłam do podcastu przygotowanego przez HBO, w którym Craig Mazin (scenarzysta) opowiada o zapleczu powstania tego miniserialu.




     

    Chciałbym o każdym z bohaterów powiedzieć chociaż zdanie, ale wiem, że wtedy ten segment zająłby z trzy strony. Dlatego pochwalę tylko naszych dwóch de facto protagonistów, czyli Jareda Harrisa, który wciela się w Walerija Legolasowa, oraz Stellana Skarsgårda portretującego Borysa Szczebina. Jest dla mnie niesamowitym, z jaką lekkością udało im się oddać spokój ludzi, którzy idą na spotkanie z samą śmiercią, poświęcają siebie, by inni mogli przeżyć. Jak prawdziwi superbohaterowie, na których serial ich poniekąd kreuje (choć rzeczywistość była w wielu miejscach inna). Ich relacja i to, jak zmienia się ona na przestrzeni odcinków, jest głównym motorem napędowym. Sam Walerij jest ciekawą klamrą narracyjną – poznajemy go w pierwszym odcinku przed jego samobójstwem, a potem przyglądamy się wydarzeniom, które go do tego popchnęły.

    I tu trzeba też wspomnieć o jedynej moim zdaniem wadzie, czyli postaci Ulany Chomiuk granej przez Emily Watson. Rozumiem zabieg narracyjny, jaki stoi za fikcyjną postacią, która ma być uhonorowaniem wszystkich naukowców biorących czynny udział w „ratowaniu sytuacji”. Tyle że przy okazji jest też strasznie denerwującą osobą, kompletnie niepasującą do tego, co się dzieje dookoła niej. Chodzi i mówi wszystkim, co się wydarzyło, że mają przyznać się do prawdy i że się nigdy nie podda, bo jest taka niezłomna. To oczywiście narracyjne pójście na skróty, aby nie musieć zatrudniać całej armii aktorów, ale przez charakter, jaki jej nadano, nie byłem w stanie jej polubić.

    I na koniec słówko jeszcze o Anatoliju Diatłowie, w którego wciela się Paul Ritter. Jest to postać zła do szpiku kości, ale w pewien sposób ten jego przerysowany antagonizm rodem z komiksów świetnie oddaje, jak państwo socjalistyczne działa i funkcjonuje. Szczególnie wtedy, gdy Diatłow przechodzi obok wybitych okien, widzi grafit na ziemi i nadal nie jest w stanie uwierzyć, bo przecież reaktory nie wybuchają.

    Całej obsadzie należą się wielkie brawa, szczególnie tym osobom, które z serialami nie mają zbyt wiele wspólnego. A trzeba tu wspomnieć o tym, że serial był kręcony w dużej mierze na Litwie, gdzie istnieje bliźniaczo podobna elektrownia do tej w Czarnobylu. Dzięki temu do projektu zostało wciągniętych wiele miejscowych osób, a mimo to w żadnym momencie nie widać braku profesjonalizmu czy chaosu.

    I choć początkowo byłem jedną z osób, która zarzucała serialowi, że postacie mówią po angielsku, co odbiera przyjemność z oglądania, ostatecznie się do tego przyzwyczaiłem. Zrozumiałem, że nie jestem do końca targetem, bo całą historię, a co za tym idzie prawdę, mają poznać ludzie spoza żelaznej kurtyny i Europy. Bardzo dobrze, że nikt nie pomyślał, że mówienie z akcentem będzie sensownym pomysłem, bo to akurat byłoby najgorsze rozwiązanie.

    Pierwszy raz oglądałem produkcję amerykańską, która w tak dokładny i pieczołowity sposób oddała klimat ZSRR. Charakteryzacja, kostiumy i scenografia. Te trzy aspekty są na tyle autentyczne, że czułem się, jakbym oglądał jakieś nagranie archiwalne, a nie serial z 2019 roku. Nawet takie proste rzeczy jak okulary czy ubrania. Należy również docenić pracę operatora za niesamowite zdjęcia. Jest tu multum kadrów, które można wyciąć, zrobić z nich pocztówkę z Czarnobyla i nikt by się nie połapał.

    Radioaktywność to nieodłączna część tego serialu. Tak samo jak sposób jej przedstawiania. Kolorystyka i praca światła są mocno widoczne szczególnie w pierwszym odcinku, gdy obserwujemy pojedynek żółtego, kojarzonego z pożarem i elektrownią, z niebieskim, dominującym w terenach zabudowanych i blisko ludzi, gdzie wydaje się, że jest bezpiecznie. No i scena na „moście śmierci”, dosłownie dreszcz. W późniejszych odcinkach kolory są wyblakłe z przewagą brudnej zieleni, ale klimat niewidzialnego niebezpieczeństwa pozostaje.

    Hildur Guðnadóttir, przez dłuższy czas współpracująca z Jóhannem Jóhannssonem, jest osobą odpowiedzialną za udźwiękowienie. Stworzyła coś, co trudno nazwać soundtrackiem. Raczej dźwiękowym oddaniem tragedii, promieniowania, strachu czy nadchodzącej śmierci. Hildur spędziła kilka dni w prawdziwej elektrowni, nagrywając różne rzężenia, trzaski i skrzypienia. Uformowała z nich 13 utworów, które dosłownie zabierają nas do wnętrza betonowej bomby atomowej. Reszta pracy należała do Rencka, który ponoć przesiadywał długie godziny z montażystami, by dopasować do siebie obraz i dźwięk. Idealny balans między totalną ciszą a ciągłymi „trzaskami” dozymetru, jaki osiągnął, to miód na moje uszy. Najlepszym przykładem jest odgłos ładowania latarki z początku odcinka trzeciego, dosłownie jakbym oglądał horror. Polecam sprawdzić na własnej skórze.




     

    To nie jest nawet połowa tego, co chciałbym napisać o tym dziele. Stawiam go na równi z prawdziwym klasykiem HBO, czyli Kompanią Braci z 2001 roku. Zastanawiam się, jak wiele dla tego serialu zrobiło słabe przyjęcie ostatniego sezonu GoT, ale dla mnie i tak nie ma to znaczenia. Czarnobyl broni się sam i nie czekam na żadne drugie sezony, nie kręcę nosem na brak czarnoskórych aktorów.

    Dostajemy piękny komentarz, jak strasznym ustrojem jest totalitaryzm, jak bardzo zakłamanym państwem było ZSRR i jak ważnym czynnikiem w wykorzystywaniu energii atomowej jest człowiek. Laurkę dla tych wszystkich ludzi, którzy poświęcili swoje zdrowie, a często też życie, byśmy nie musieli się bać. I można mówić o tym, że serial jest zbyt amerykański, że przekręca niektóre fakty na swoją korzyść, ale to nie umniejsza jego roli jako dzieła, które przestrzega i jednocześnie tłumaczy w prosty sposób wielką tragedię.

    Szczerze mówiąc, jedne z najlepszych 5 godzin w mojej serialowej karierze. Dlatego tutaj bojkotuję oceny liczbowe, bo trudno jest oddać przeżycia i emocje za pomocą liczb. Sprawdźcie na własnej skórze, jak wyglądało zdarzenie, które według Gorbaczowa doprowadziło do upadku ZSRR.

     

    Kącik muzyczny


     

     

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Czarnobyl
    Data premiery: 7 maja 2019
    Reżyser: Johan Renck
    Studio Filmowe: HBO
    Typ: Dramat historyczny
    Obsada: Jessie Buckley, Jared Harris, Stellan Skarsgård, Emily Watson, Paul Ritter

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + not terrible

    Minusy:
    - not great

    Dodaj komentarz

    avatar
    Szymon
    Szymon "Naboki" Junde
    Z wielką mocą łączy się wielka odpowiedzialność. Moją jest akurat tworzenie gier. Poza tym uwielbiam o nich pisać, czytać i zbierać wszystkie znajdźki. Stały bywalec łódzkich game jamów i portów gier. Jak kończy się prąd w ścianie, to wyciągam planszówki. Gdybym nie studiował informatyki to pewnie poświęciłbym się miłości do filmów. Zapytany o ulubiony serial, odpowiadam, że obejrzałbym jeszcze raz wszystkie sezony Bojack Horsman. Do zainteresowań dopisuję czasem gotowanie i niezobowiązujący wypad na żagle. Moim duchowym zwierzęciem jest dostojna świnka.