SIEĆ NERDHEIM:

Cios za ciosem, cios w cios. Recenzja mangi Saga Winlandzka tom 3

Jeśli miałbym się czepiać, to Kodansha ma teraz znacznie ładniejszy wariant okładki.

Czy warto zaczynać recenzję od tego, że jaram się jak wczesnośredniowieczne osady w Anglii? Opadły już całkiem zasłony mojego zwątpienia w sens wikingowania na modłę japońską i kolejne tomy Sagi Winlandzkiej łykam jak dobrze zasolonego śledzika. Przy objętości kilkuset stron zdarza mi się lektury rozkładać na części, ale mangę autorstwa Makoto Yukimury znowu capnąłem na raz, z prędkością strzały wypuszczonej z łuku o nieludzko wielkiej sile naciągu. Powodów do zachwytu jest multum.

Na nudę narzekać nie będziecie mieli okazji – nawałnica ostrych narzędzi i zwrotów akcji nie zwalnia nawet na chwilę. Ekipa Askeladda daje dyla przed zakapiorami prowadzonymi przez Thorkella, czyli obecnie główne źródło wyczynów nadludzkich i kompletnie nierealnych (acz niesamowicie widowiskowych). Skutecznego taktycznego odwrotu nie ułatwia paniczna trzęsiawa, która w obliczu przytłaczającej siły przeciwnika motywuje wielu sojuszników do parszywej zdrady. Noże w plecy wbijają sobie zresztą znowu wszyscy, do dynamicznych zmian układu sił musimy się przyzwyczaić, bo intryga intrygę intrygą pogania. No i jest jeszcze oczywiście ten nieszczęsny, pałający żądzą jak dotąd nieskutecznej zemsty Thorfinn, choć tym razem centrum fabularnej uwagi powoli zaczyna stawać się delikatnolicy książe Kanut.

Co sprawia, że Sagę Winlandzką czyta się tak dobrze? To właśnie trzeci tom podsunął mi odpowiedź, Makoto Yukimura wciska do fabuły od cholery wątków i interesujących postaci, a następnie robi z nich doskonały użytek. Żadna cząstka tej opowieści się nie marnuje, żadna nić historii nie pozostaje na długo prosta i przewidywalna. Grupowe potyczki i brutalne, indywidualne mordobicia soczystym kopniakiem napędzają niesamowicie wciągającą narrację, której rozmach całkowicie uzasadnia użycie słowa „Saga” w tytule cyklu. Okazjonalne retrospekcje obniżają pułap intensywności tylko wtedy, gdy jest to naprawdę korzystne, a bycie protagonistą nie gwarantuje ciągłego miejsca w blasku reflektorów (pochodni?). W tej nawałnicy knowań, spluwania w twarz i innych raczej średnio sportowych zachowań ucieszyła mnie też powoli zyskująca na istotności kwestia bycia „prawdziwym wojownikiem”. Mogę mieć tylko nadzieję, że chodzi o to, by nie być śliniącym się, wrednym bucem. Wiadomo, lajf is brutal, ale gdzieś w tej całej krwawej wojaczce mogłyby się pojawić faktycznie godne naśladowania mordeczki. Takie jeszcze żywe, poza retrospekcjami.

Małym problemem, ponownie zresztą, może być naciąganie realizmu na potrzeby dramatyzmu i sensacyjności. Przebicie kilku chłopa jednym ciepnięciem włóczni z odległości (na oko) kilku kilometrów to srogie przegięcie, a wewnętrzna przemiana jednej z najbardziej istotnych postaci była zdecydowanie nienaturalna i wymuszona, nawet zważając na ekstremalne okoliczności. To kłuje jeszcze mocniej, gdy przypomnimy sobie, jak cudownie wygląda stopniowy rozwój i nakreślanie motywacji innych bohaterów. Szast, prast, mocny szok i mamy nowego człowieka. Ja tego nie kupuję. Zgodność faktów historycznych również nie jest dopięta na ostatni guzik, ale Yukimura i tak operuje realiami ze starannością nieosiągalną dla autorów wielu innych tytułów o podobnej tematyce.

Tak samo mocno autor przykłada się zresztą do ilustracji. To nie powinno być już zaskoczeniem, chwaliłem przecież poprzednio, a wreszcie całkowicie przestała mi przeszkadzać nieco mangowa stylistyka całości. Po przejściu do porządku dziennego z tą w sumie nieinwazyjną estetyką pozostaje maniakalna radocha z widocznej siły każdego rozdzielającego czaszki wymachu toporem, bogatej mimiki (nawet jeśli najczęściej wyraża ona po prostu pierwotną furię) i różnorodności ubiorów, zdobień i architektury. Wiadomo, że dobrze poprowadzona narracja wizualna radzi sobie dobrze nawet przy pewnej umowności, ale tutaj nie ma na to miejsca. Gdy chodzi o drobiazgowość, Yukimura jest nieugiętym berserkerem, ale precyzją dorównuje neurochirurgom. Kij z tym, że wszechobecny w tym tomie śnieg trochę ułatwił mu robotę przy dłubaniu teł.

Od kilku miesięcy czytam więcej mang i z całkowitą pewnością mogę stwierdzić, że ogromna w tym zasługa Sagi Winlandzkiej. Wręcz wzorcowy seinen, który ogromem wątków osadzonych w rzadko wykorzystywanym przez Japończyków settingu rozbudził moje nieco uśpione zainteresowanie komiksami czytanymi od tyłu. Obok prymitywnej frajdy z akcji po krawędzi stron wypełnionej ujęciami porozcinanych nieszczęśników, dostajemy mnóstwo konsekwentnie prowadzonych i przeplatających się nitek. Część z nich może nawet prowadzić do rozsądnych morałów, a na ich powierzchni balansują wyraziste (nie tylko dzięki konkretnie narysowanym mordom) postaci. Z tomu na tom jest tylko lepiej, ostatnio tak mocno porwał mnie Berserk. Przy takim porównaniu można obawiać się jedynie o utrzymanie poziomu, ale jakoś nie potrafię na razie zwątpić w jakość roboty Yukimury.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Saga Winlandzka tom 3
Wydawnictwo: Hanami
Autorzy: Makoto Yukimura
Typ: manga
Data premiery: 05.2018
Liczba stron: 416

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).