SIEĆ NERDHEIM:

Jedna śmierć jest tragedią, a milion…? Recenzja książki Wojna makowa

Okładka książki Wojna makowa

O Trylogii Wojen Makowych i Rebecce F. Kuang – młodej pisarce, spod której pióra wyszła wspomniana seria – po raz pierwszy usłyszałam na początku minionego roku, w okolicach lutego. Organizatorzy Pyrkonu ogłosili wtedy, że debiutująca autorka, nominowana do tak prestiżowych nagród jak Nebula oraz Locus,  zawita na Festiwalu. Niestety, plany wzięły w łeb (shame on you, pandemio!), ciekawość jednak pozostała. Czy faktycznie Wojna makowa, pierwszy tom trylogii, zasługuje na kierowane pod jego adresem pochwały, czy to po prostu zachwyt bez pokrycia?

W końcu więc (korzystając z uroków kwarantanny i ogólnego lockdownu) sięgnęłam po tę przeszło sześciusetstronicową cegłówkę, oprawioną w całkiem przyjemną dla oka okładkę, na której znajdujemy zapewnienia Petera V. Bretta (autora lubianego przeze mnie – chociaż wciąż niedoczytanego do końca – Cyklu Demonicznego), że całkowicie zakochał się w tej historii.

Historia ta opowiada o Fang Runin, jednej z wielu sierot, jakie pozostawiła po sobie poprzednia wojna, pustosząca Cesarstwo Nikan i zostawiająca na jego obliczu trudne do zaleczenia rany. Młódka w wyniku cesarskiego zarządzenia (mającego zminimalizować liczbę pozbawionych opieki dzieci, które masowo umierałyby z głodu albo trudniły się żebractwem lub złodziejstwem) oddana została pod opiekę obcej rodziny. Miała pecha trafić do ludzi zajmujących się nielegalnym handlem opium, więc jej życie sprowadzono do roli taniej siły roboczej, mogącej coś przynieść, podać, ewentualnie pozamiatać, bez usłyszenia w zamian choćby jednego dobrego słowa. Wartość dziewczyny wzrosła, gdy osiągnęła wiek, w którym można ją było wydać za mąż. Zaaranżowany związek miał ustawić jej opiekunów, nic więc dziwnego, że Rin postanowiła się od niego wymigać, zdając egzamin do Sinegardzkiej Akademii Wojskowej.

Oczywiście, jak zapewne podejrzewacie, po miesiącach ciężkiej pracy dostała się do wymarzonej szkoły, co okazało się… właściwie początkiem kłopotów. Akademia niekoniecznie jest bowiem ostatnią deską ratunku dla naszej bohaterki, plasując się znacznie bliżej przysłowiowej brzytwy, której chwyta się tonący. Fang nie tylko musi nadążyć z przyswajaniem wiedzy za innymi uczniami, ale także nadrobić braki, jakie ma względem tych lepiej urodzonych, których od najmłodszych lat przygotowywano do kariery wojskowej. Nie pomaga fakt, że dość szybko popada w konflikt z jednym z bogatszych uczniów, w efekcie czego dostaje zakaz uczestniczenia w zajęciach pewnego mistrza. Czy przychylność innego mentora pozwoli jej w pełni rozwinąć swoje zdolności i przygotować się na to, co przyniesie przyszłość? O tym musicie przekonać się sami.

Zarówno czytając Wojnę makową, jak i przybliżając powyżej fabułę powieści, miałam wrażenie, że… to już przecież gdzieś było (i to pewnie nie raz, i nie dwa). Nieszczęśliwa sierota, na swój sposób niesamowita szkoła, do tego konflikt nie tylko z jednym z rówieśników, ale również z kimś z grona pedagogicznego, a także znalezienie sobie innego, nieco ekscentrycznego, mistrza. Żeby daleko nie szukać, właściwie trąca to  serią o przygodach Harry’ego Pottera, bo i nasza bohaterka w pewnym momencie okazuje się jednostką ze wszech miar wyjątkową i jedyną w swoim rodzaju. Rebecca F. Kuang, czerpiąc pełnymi garściami ze znanych (i momentami nieco oklepanych motywów) przyrządza jednak całkiem smaczny posiłek, który wcale nie trąca odgrzewanym kotletem. Zapewne dzieje się tak dzięki dodaniu kilku składników, zmieniających smak i nadających charakteru całej kompozycji.

Nie da się ukryć, że pierwszą i najważniejszą z nich jest wykreowany przez autorkę świat. Nie jest on w pełni autorski, wyraźnie widać bowiem fundamenty, które mocno bazują na kulturze azjatyckiej (przedstawionej tak, że nie sposób nie wyobrazić sobie poszczególnych postaci w kimonach), co potwierdzają czytelnikowi obecne w powieści ilustracje. Nie zabraknie także innych elementów, jasno wskazujących na bardzo głęboką inspirację wschodem – architektura, kultura, wierzenia i elementy historii Cesarstwa Nikan nie pozostawiają pod tym względem żadnych wątpliwości. Czy to źle? Niekoniecznie, wszystko jednak zależy od tego, czy jesteście fanami takiej konwencji i czy chętnie wychodzicie poza niby-średniowieczne realia, które często oferuje nam literatura fantasy, bo jeśli nie… no cóż, możecie się wtedy boleśnie odbić od ściany i rozczarować.

Wojna makowa i nieco dobra. Czego chcieć więcej?

Niezwykle ważny w wykreowanym przez autorkę świecie jest fakt, że Cesarstwo Nikan, rządzone przez Panią Żmiję – Cesarzową posiadającą niezwykłe zdolności, jest krajem spustoszonym przez wojny i konflikty wewnętrzne, którego rozwój hamują niesnaski między możnowładcami poszczególnych prowincji. To państwo żyjące w cieniu ataków na jego niepodległość i to zarówno tych przeszłych, jak i – postrzeganych jako nieuchronne – przyszłych aktów agresji ze strony sąsiadów. Wybrzmiewa to w Wojnie makowej wyraźnie, odbijając się nie tylko na poziomie zamożności obywateli Nikan (widać tu zarówno skrajną biedę, jak i niebotyczne bogactwo), ale także na ich mentalności. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z nieuchronności kolejnej zawieruchy dziejów, jednocześnie mając świadomość, że ich technologie oraz taktyki są przestarzałe i mało skuteczne. Niczego nie zmieni gotowość tajnej jednostki, gromadzącej osoby obdarzone unikalnymi zdolnościami (tak, w tym i Rin), traktowanej niczym oddział komandosów na wyłącznych usługach władcy. 

Oczywiście zapowiadana przez wszystkich wojna wybucha, przerywając naukę Rin i wielu innym kadetom, którzy postawieni zostają przed najgorszym egzaminem w życiu: wiedzę teoretyczną muszą sprawdzić i zastosować w praktyce. Stawką jest przetrwanie ich oraz całego Cesarstwa, którego losy wydają się przecież z góry przesądzone. Czy na pewno? O tym musicie przekonać się już na własną rękę, sięgając po Wojnę makową. Bądźcie jednak gotowi na to, że autorka nie oszczędza traum ani bohaterom, ani czytelnikom, nie zabraknie więc elementów gore, dosadnych opisów bestialstwa okupantów i krzywd, jakie spotykają najechany naród. Są więc wzmianki o mordach na masową skalę, rozczłonkowanych zwłokach, gwałtach i wszystkim tym, co powodowany agresją człowiek może zgotować drugiej osobie. Może to szokować i wywoływać dyskomfort, więc nie jest to lektura dla kogoś, kogo takie opisy w jakiś sposób dotykają.

Bestialstwo agresorów nie jest też obojętne naszym bohaterom – wyraźnie widać, jak kształtuje ich pochodzenie, a potem z kolei zmieniają się wobec widma nadchodzącej wojny oraz ciężaru podejmowanych decyzji. Nie wszystkie z postaci od początku są tak samo ważne, a ich liczba skutecznie utrudnia przedstawienie każdej z nich, jednak im dalej w lekturę, tym wyraźniej zarysowane zostają charaktery tych najistotniejszych dla fabuły jednostek. Wojna makowa wydaje się powieścią o moralności, strachu, wojnie, dorastaniu, oraz – co najważniejsze – mierzeniu się z konsekwencjami własnych czynów oraz decyzji. Nic nie jest jednoznacznie złe lub dobre, o czym na własnej skórze i w wybitnie bolesny sposób przekonuje się Rin – bohaterka skonstruowana tak, że w pewnym momencie historii można ją znielubić. Na szczęście powieść skomponowana jest tak, iż nawet pomimo tego potencjalnego braku sympatii wciąga i angażuje. Warto więc sięgać po Wojnę makową? Jeśli lubicie powieści, których akcja dzieje się w światach inspirowanych kulturą wschodu, gdzie bogowie mają trochę bardziej bezpośredni wpływ na losy ludzi, to z pewnością się nie zawiedziecie. Powieść powinna też przypaść do gustu wszystkim lubiącym czasem sięgnąć po „coś innego”. Sprawdza się też jako pierwszy tom trylogii, dając czytelnikowi całkiem dobre wprowadzenie w fabułę, przedstawienie bohaterów oraz zarysowanie intrygi, która… wciąga. Czy jest to dzieło wybitne? Nie do końca, więc jeśli inne recenzje podniosły poprzeczkę waszych oczekiwań, to warto ją jednak nieco opuścić i podejść do powieści ze świeżą głową.

Tę i wiele innych książek znajdziecie na Ceneo.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Wojna makowa
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Autor: Rebecca F. Kuang
Data Premiery: 12.02.2020
Gatunek: fantasy
Liczba Stron: 640
ISBN: 978-83-7964-528-2

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
1 Komentarz
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Res
Res
2 miesięcy temu

Ta ksiazka jest straszna. Straszna dla kazdego kto zna kulture azjatycka, chinska, fantasy i spodziewal sie, ze znajdzie to na interesujacym poziomie, tak jak elementy celtyckie czy arturianskie w fantasy zachodniej.
Juz pierwsze karty ksiazki kiedy czytamy takie dialogi jak a co jesli zechce mi sie srac, daja obuchem w glowe. Prozno tutaj szukac jezyka juz nawet nie stylizowanego, ale doroslego i pasujacego jakos do swiata i epoki. To sa slowa, gadki ze szkoly, z podworka, moze z internetu dzieciarni, a raczej wyobrazenia autorki o tym jak dzieiciaki normalnie gadaja. Dalej jest to sztuczne, a w dodatku psuje atmosfere. Fajnie, ze probuje bawic sie historia Chin, ale jak ktos w tym nie siedzi, to nie potrafi przelozyc sobie jej belkotu na wydarzenia historyczne, a jak zna to widzi jakie to plytkie i jakie bardzo sztampowe i ogolnikowe rzecczy wziela, zammiast faktycznie przyblizyc cos co zachodowi jest malo czy w ogole nie znane, np. Wu Zetian albo Himiko. A nie anegdotki o konkubinach, ktore szkolin Wu, Zolty Cesarz czy ogolnie juz znana masakra Nankinu. Nie wiem tylko na tym etapie czytania czy Speer to na pewno Nankin czy moze jakies aluzje do Ainow, a moze do Kartaginy, bo jednak jak na Azjatke to ja widze, ze autorka ma bardzo marna wiedze o kulturze przodkow ito. Do tego te wspolczesne idiotyzmy, typu dziewczyna przerazona zamazpojciem za starego oficjela – w reliach kulturowych Chin, epoki Han i Konfucjusza ona by skakala z radosc, to naprawde bylay firtka dla niej do wolnosci i wladzy. Uczenie dziewczat i przystepowanie do egzamiu, to juz tragedia, ale rozumiem, ze to ma byc swiat, ze im wolno i nikt sie nie dziwi. Do tego wylazi autorce uszami dobitne lkcewazenie tej dawnej kultury, wysmiewanie przywiazania do skostnialych wierzen, tradycji, co jest zaprzeczeniem calej filozofii i piekna stylizowania opowiesci w takich realiach. Wyobrazcie sobie, ze w Ukrytym smoku bohaterowie by tak do tego podchodzili i na kazdym kroku w sposob wspolczesnej nastolatki wysmmiewali romantyzm, kung fu, religie, rodzine. To nie tak, ze ona uwaza, ze cos powinno byc unowoczesnione, ona nad cytowanymi prostymi zdaniami z klasykow mysli, ojejeje ale belkot, nic z tego nie rozumiem ani w zab, mimo ze taka mary sue jestem. I to wnerwia, bo nawet zachodni niezorientowany czytelnik, ktory nie ma 5 lat doskonale rozumie co taki tekst przekazuje. Rece mi za to juz zupelnie opadly w tej szkole kadetow, kiedy dziewucha dostala okres i byla taaaakaka zaskoczona. No rany boskie, chlopka, ze wsi, z jakiegos pomieszania XIX wieku ze sredniowieczem nie ma pojecia o okresie… Moze nie miec o seksie dokladnie, ale nie tak. Wmawianie mi, ze 15 latka to dziecko, kiedy w Chinach nawet teraz dzieci o wiele wczesniej sa traktowane jak dorosli i dzieicnstwo to konczy im sie jakos tak w wieku 7 lat, a co dopiero w realiach historycznych dawnych Chin. I jest to ksiazka dla dzieci. Dla dzieciakow, mlodziezy, ktora zachwyca sie Potterem i tak dalej. Dorosli, ktorzy cenia sobie ja wiem takiego Eddingsa, Sapkowskiego, Asimowa, Fiesta, to jednak beda cierpiec katusze czytajac jezyk, ktorym jest napisana ksiazka i dylematy bohaterki i jej przemyslenia.

Martyna „Idris” Halbiniak
Geek trzydziestego poziomu. Wyznawca Cthulhu i zasady, że sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu. Kiedyś zginie przywalona książkami, z których zbudowała swój Stos Wstydu™. W czasie wolnym od pochłaniania dzieł popkultury, pracuje i studiuje, dorabiając się już odznaki Wiecznego Studenta™. Znajduje się również w zacnym gronie organizatorów Festiwalu Fantastyki Pyrkon. Absolwentka psychokryminalistyki i studentka psychologii, nałogowo przetwarzająca kawę na literki.