SIEĆ NERDHEIM:

Pierwiastek ludzki. Recenzja mangi Mushishi tom 2

Papieroski promujemy, co?

Recenzując popełniam czasem pewien kluczowy błąd. Biorę się za lekturę i nie ogarniam swojego leniwego dupska na tyle szybko, by od razu po przewróceniu ostatnich stron wziąć się za pisanie. Zwykle przez to wybijam się z rytmu, tracę emocjonalny kontakt z opowieścią, a wiatr wywiewa mi ze łba świeże argumenty. Pierwszy raz dzięki temu potknięciu udało mi się w tytule dostrzec wartości, które normalnie bym przeoczył.

W drugim tomie Mushishi nie zmienia się nic. Naszym przewodnikiem znowu jest Genki, specjalista od możliwie nieinwazyjnego ogarniania kałszkwałów nakręcanych przez Mushi – średnio cielesne ucieleśnienia paliwa napędzającego puls naszego świata. Razem z nim udamy się do ludzi, którzy często na własne życzenie wpadli w wir chaotycznego, nieprzewidywalnego tornada konsekwencji kontaktu z magiczną naturą. Formuła znana, ale i przekrój przypadków ponownie nie truje monotonią. Opowieści o poczuciu winy, samotności, zadośćuczynieniu i cierpieniu rodzącym się z samolubnych pobudek mijają się na stronach tej mangi z facetem szukającym tęczy. Jest refleksyjnie, ale i niezwykle ciepło, nawet w najsmutniejszych momentach.

Właśnie powrót do drugiego tomu Mushishi po przerwie uzmysłowił mi, jak wiele uczucia kryje się w tej pozornie kameralnej opowieści. Zanim zajrzałem do środka ponownie, wydawało mi się, że w sumie niewiele mam do powiedzenia. Yuki Urishibara prawie łopatologicznie katuje tę samą formę, a tętno narracji jest w dalszym ciągu ledwo odczuwalne. Teoretycznie nuda, ale gdy otworzyłem tomik stała się rzecz niezwykła – duszę moją skostniałą grzmotnęły wspomnienia ulotnych odczuć, gdy odtwarzałem wątki w przygotowaniu do pisania tego tekstu, z impetem wróciły również emocje zapomniane zaraz po zakończeniu pierwszego kontaktu. Trochę romantyzuję, to oczywiście nie jest tak, że Mushishi wystrzeliło mnie w Nirvanę i już nigdy nie spojrzę na świat tymi samymi oczyma. Nie mogę jednak zaprzeczyć, na pewno zastanowiłem się nad kilkoma rzeczami.

Ponownie, pomimo tej nieco ekologicznej tematyki, głównymi tematami moich przemyśleń były relacje międzyludzkie i te nasze zasrane słabostki gatunkowe. Cechy, które przychodząc pod ramię z ewolucyjnym przypływem inteligencji równocześnie wybijają nas z równowagi otaczającego świata. Białowłosy Genki mógłby być tu odbiciem czytelnika, neutralnym obserwatorem, gdyby nie to, że zna rozwiązania. Na całe szczęście (dla integralności fabuły) te rozwiązania nie dotyczą jednak nieuleczalnych, ludzkich słabości. Znachor wie tylko, jak złagodzić skutki czynów swoich pacjentów, co często (choć nie zawsze) koi również ich ból. To jego bezstronne dążenie do równowagi, zamiast tak często powszechnego w fikcji faworyzowania ludzkości, generuje w moim serduchu coraz większą sympatię do Mushishi. Jednocześnie, przy tej nawałnicy pochwał, całkowicie zdaję sobie sprawę, jak nudna ta manga może być dla kogoś, kto tak łatwo nie rozczula się przy ckliwym bajdurzeniu. Nie zaprzeczam, sorry not sorry.

Podobnie ma się sprawa z rysunkami. Weźcie sobie przypadkową stronę z Mushishi, przybliżcie oczka i ogarnijcie szczegóły – Urushibara bazgroli. Nie jest to jednak bazgrolenie zmotywowane niechciejstwem lub brakiem umiejętności. Autor ma do opowiedzenia historię i najwyraźniej nie widzi potrzeby przykładania zbyt wielkiej uwagi do takich pierdół jak stabilny kontur, tła, czy chociaż minimalnie staranne cieniowanie. Kreski, szarpanina i maksymalna oszczędność rządzą na stronach. Wierzę, że to kwestia świadomego wyboru, nie bez powodu zresztą – dłonie narysowane są perfekcyjnie, proporcje i perspektywa nie zawodzą, tkaniny marszczą się w pięknie naturalny sposób. Urushibara ma fach w łapie, po prostu nie widzi potrzeby wychodzenia poza ulotną, umowną formę szkicu, co przecież pasuje do zacisznego tembru narracji. To jednak też nie każdemu przypadnie do gustu.

Przez jakiś tydzień wydawało mi się, że drugi tom Mushishi jest słabszy od pierwszego. Potem usiadłem do pisania i musiałem się mocno zmuszać do wyduszenia jakiejś krytyki. Yuki Urushibara jest jakimś niepojętym mistrzem duchowych sztuk walki – delikatnymi, ledwo zauważalnymi ciosami trafia w newralgiczne punkty człowieczeństwa. Tym razem było jakby trochę mniej o otaczającej nas naturze, a więcej o tym, jak bardzo potrafimy sami sobie zaszkodzić. Nie zabrakło też poruszających momentów podanych z gracją, absolutnie bez forsowania i przegiętego dramatyzmu. Ten wdzięczny taniec wokół humanistycznych refleksji dla niektórych może być niestrawną papką, ale na moje poturbowane bebechy działa jak balsam. Remedium pełne goryczy, ale też niepozbawione wielu słodszych nut.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Mushishi tom 2
Wydawnictwo: Hanami
Autor: Yuki Urushibara
Typ: manga
Data premiery: 07.2015
Liczba stron: 236

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).