Więcej

    Co ma wspólnego Aciman z Jeżycjadą i Parkiem Jurajskim? Recenzja książki Znajdź mnie

    Znajdz mnie 1

    Trudno pisać o Znajdź mnie bez odwoływania się do pierwszej części, sławnego Call me by your name (odmawiam używania polskiej nazwy). Popularność dzieła Acimana rozpoczęła się tak naprawdę od ekranizacji i cóż, muszę napisać, że słusznie, bo to jeden z niewielu przypadków, kiedy uznaję film za lepszy (a nie tylko inny) od książki. Obejrzałam go z okazji premiery drugiego tomu po raz kolejny i nieodmiennie uważam za urzekający, z cudownie oddanym, słonecznym klimatem Włoch i lat 80., piękną muzyką Sufjana Stevensa, subtelną, niby nie wyjątkową, ale jednak niebanalną relacją pełną napięcia i świetnymi rolami, zwłaszcza rewelacyjnego Timothéego Chalameta, zresztą długo mogłabym wymieniać superlatywy. Książka nie zrobiła już na mnie po tym wrażenia. Przede wszystkim Elio jest w niej jeszcze jakieś sto razy bardziej pretensjonalny (i przygotujcie się już, że będę odmieniać to słowo przez wszystkie przypadki) i egzaltowany niż w filmie. Poza tym o ile twórcy filmu wykazali doskonałe wyczucie, o tyle trudno powiedzieć tak o autorze książki (jak nigdy nie rozumiałam zbulwersowania sceną brzoskwinią, tak nie uważam, żeby pomoc w wypróżnianiu była romantyczna).

    Znajdź mnie miało na dodatek premierę po wielu latach od pierwszej części, po wielkim sukcesie ekranizacji, co z reguły z góry nastawia mnie sceptycznie. Na dodatek opis fabuły też nie brzmiał zachęcająco – wywnioskowałam, że spora część miała być poświęcona kryzysowi wieku średniego Samuela, ojca Elia. Lubię dzieła z gatunku coming-of-age, bo jest w nich pewna niesamowita świeżość uczuć, to też jeden z powodów, dla których podobało mi się Call me by your name, więc też i sugestia czegoś zupełnie odwrotnego działała na mnie cokolwiek odstręczająco.

    Jednocześnie nie mogę powiedzieć, że podeszłam do tej książki zupełnie bez oczekiwań, więc mogłam miło się zaskoczyć – mimo wszystko na tyle obchodzili mnie ci bohaterowie, nieważne, z której wersji się to wzięło, że byłam naprawdę ciekawa, co wymyślił dla nich autor, i wyczekiwałam premiery.

    Znajdz mnie 2

    No cóż, jednak przyznałam swojemu wewnętrznemu sceptykowi rację.

    Znacie neoJeżycjadę? Jeśli tak, pewnie kojarzycie casus Musierowicz: efekt kamery, która doskonale rejestruje rzeczywistość, bez świadomości, co tak naprawdę oddaje. Musierowicz robi tak nagminnie, wciąż ma bystre oko do obserwacji społeczeństwa, problem w tym, że teraz jej komentarze odautorskie zupełnie kłócą się z tym, co widzi czytelnik. I takie samo wrażenie miałam podczas czytania Znajdź mnie.

    Nie mogę oczywiście wypowiadać się z pewnością o zamyśle autora, wydaje mi się jednak, że przedstawione tu historie miały opowiadać o porywającej, zmiatającej wszystko namiętności. Tymczasem ja widziałam tylko przeraźliwie pogubionych, zakompleksionych ludzi, rozpaczliwie próbujących się oszukiwać i nadać życiu jakiś sens.

    Ale jest jeszcze drugi powód, dla którego twórczość Acimana kojarzy mi się z pod innymi względami o mile od niej odległą Jeżycjadą. Mianowicie przeintelektualizowanie.

    W twórczości Acimana wszyscy ludzie mówią do siebie frazami prawie jak wyjętymi z twórczości mistrza Coelho, nawet jeśli, a może zwłaszcza, są przypadkowymi przechodniami na ulicy. Wszyscy tylko rozważają życie, literaturę i muzykę, rzucają pozornie głębokie sentencje, które w istocie są okropnie banalne i snobistyczne. Dyskutowałam o tej książce ze znajomymi i jedna z nich, znająca tylko film, stwierdziła „miałam wrażenie, że rodzina Elia to tacy Borejkowie, tylko milsi i bardziej postępowi”. Cóż, jeśli kogoś to raziło już w filmie (mnie nie), to w książce będzie zapewne razić tysiąc razy bardziej.

    Strasznie trudno sobie wyobrazić prawdziwy związek z kimś takim, bo nie możesz zapytać go nawet, czy mógłby kupić bułki albo czy chce obejrzeć Lego Przygodę w przerwach między czytaniem Prousta i graniem Bacha.

    Znajdz mnie 3

    Jasne, literatura to tylko wycinek rzeczywistości. I zastanawiałam się, czy można by to zrzucić na nie do końca realistyczną konwencję, ale wydaje mi się, że jednak wykracza poza uproszczenia właściwe dla literatury.

    A drugie dzieło, które przywiodła mi na myśl ta powieść, to… Park Jurajski. Tak, wiem, równie zaskakująca analogia. Pamiętacie jednak Iana Malcolma mówiącego, że informacje o jego śmierci okazały się mocno przesadzone? To chyba kwintesencja sequeli po latach podyktowanych nagłym sukcesem pierwszej części.

    Piję tu głównie do trzeciej części Znajdź mnie, najkrótszej, bo tylko ona opowiada stricte o Eliu i Oliverze. I jest głównie odkręcaniem zakończenia, jakie autor napisał w Call me by your name. Znów, trudno mi mówić o jego intencjach, ale podczas czytania miałam wrażenie, że pluje sobie w brodę za zakończenie pierwszej części wydarzeniami dwadzieścia lat później, na dodatek dość kategorycznie, jak to teraz po filmie pociągnąć, co z tym zrobić. W efekcie dostajemy więc historię, która w żaden sposób nie rozwija bohaterów ani niczego ze sobą nie niesie, opiera się na tym, że ktoś nagle zmienił zdanie. Co tam, ważne, że fani pewnie będą zadowoleni.

    Znajdz mnie 4

    Zawsze, kiedy mówiłam o książkowym Call me by your name, na pierwszym miejscu wad wymieniałam okropną pretensjonalność narratora, dodając „w filmie Eliowi można to jak najbardziej wybaczyć, jest nastolatkiem, ale w książce on to opowiada z perspektywy lat”. I to mnie też uderzyło w Znajdź mnie. Nie pretensjonalność, w tym przypadku nie spodziewałam się niczego innego, ale to, że Elio i Oliver tak naprawdę zupełnie się nie zmienili. Nie chodzi o to, że z tej pretensjonalności nie wyrośli, uznajmy to za cechę osobowości, ale nie widać jakiegokolwiek piętna, jakie tyle lat nieuchronnie odciska na człowieku, ewolucji przekonań, przyzwyczajeń, sposobu myślenia. Ma się wrażenie, że dla Acimana czas stanął w miejscu; że uważa, że można wrócić i po dwudziestu latach podjąć związek dokładnie w tym miejscu, w którym się urwał. Nie można.

    A to prowadzi mnie do kolejnego literackiego skojarzenia. Harry Potter. No cóż, uznajmy, że brakuje mi do poziomu intelektualizacji bohaterów, znów kultura popularna. Nic nie poradzę jednak na to, że uczucie Elia chwilami (mówię tu głównie o Call me by your name, choć i w Znajdź mnie to czasem widać) przypominało mi raczej chorobliwą obsesję i kojarzyło mi się ze Snape’em wzdychającym do wspomnienia nieżyjącej od lat Lily Evans. (To dziwaczne kultywowanie przeszłości posunięte jest do tego stopnia, że jedna z postaci nazywa dziecko po… kochanku sprzed wielu lat syna swojego męża).

    Znajoma powiedziała mi „ciekawam mimo wszystko, jakby ich stały związek wyglądał: znali się może z dwa miesiące i byli naćpani hormonami; jakby to wytrzymało zetknięcie z prozą życia i odkryciem, że tak naprawdę nie znają osoby, którą tyle lat idealizowali?”. I choć może w pierwszej chwili chce się przyznać rację, to w tym przypadku akurat zaprzeczyłam. Stwierdziłam, że mogliby być ze sobą całkiem szczęśliwi. Bo nie jestem pewna, czy bohaterowie kiedykolwiek będą w stanie odkryć tę inną osobę czy prozę życia; bo przypuszczam, że do szczęścia może im doskonale wystarczyć przerzucanie się wzniosłymi, ironicznymi w założeniu sentencjami i uprawianie seksu.

    Szkoda tego straconego potencjału, bo w pierwszej części było go jednak, przy wszystkich jej wadach, o wiele więcej. Szkoda, bo można było napisać szczęśliwe zakończenie bez cukierkowości, która do tej historii zupełnie nie pasuje, po przejściach, po pewnej przebytej drodze. Nie mówię nawet, że aktualnie jest nadmiernie cukierkowo – ale jest za łatwo, za szybko (w perspektywie zamykającej nowelki, nie dwudziestu lat), jak od pstryknięcia palcem. Dlatego też liczę tu na film, choć być może za chwilę zacznę podzielać złe przeczucia Armiego Hammera.

    Dwie pozostałe części Znajdź mnie traktują o ojcu Elia, Samuelu, i jego romansie, oraz – niespodzianka – też romansie, ale tym razem Elia ze znacznie starszym i (przynajmniej moim zdaniem) mocno nijakim mężczyzną. Dziwaczne jest swoją drogą zafiksowanie autora na punkcie związków z dwa razy starszymi/młodszymi ludźmi. Przewija się to cały czas, zarówno w przypadku bohaterów pierwszo-, jak i trzecioplanowych.

    Chciałam napisać, że historia Samuela jest chyba najmniej prawdopodobna ze wszystkich, bo przywodzi na myśl mokry sen pana z kryzysem wieku średniego (jeszcze te wspomnienia o pocieszających go w chorobie seksem studentkach!), po krótkim namyśle stwierdziłam jednak, że jest również bardzo prawdopodobna, aż boleśnie. Tylko że to nie jest porywające i namiętne, ale smutne i cokolwiek żałosne. Bo to dla mnie opowieść o, no właśnie, facecie z kryzysem wieku średniego i młodej, nieodnajdującej się w związkach dziewczynie, bardzo możliwe, że z daddy issues, wbrew temu, co pewnie o sobie myślą, też pogubionych, pewnie zakompleksionych, próbujących to pokryć wzdychaniem do własnego poziomu intelektualnego czy wiarą w wielką nagłą miłość.

    Znajdz mnie 5

    Pogubiony jest też Elio, i pewnie jego kochanek, ale trudno jest tym bohaterom współczuć, i nie chodzi o to, że zapewne sami sobie tego nie uświadamiają, tylko o to, że są zbyt oddaleni, snobistyczni, tak – pretensjonalni, niezwracający uwagi na innych ludzi. To zresztą jest kolejna ciekawa kwestia – to, jak słabo zarysowane są postacie może poza pierwszoplanowymi. Żona Olivera ledwie ma imię (a jego synowie nawet nie to) – przecież aż się prosi, żeby napisać coś o takiej bohaterce, jej reakcjach, życiu, i tym z Oliverem, i tym przed, i tym po. Ale też na szczęście wszyscy w powieści Acimana lekce sobie ważą wzdychanie czy seks ich partnerów z innymi (do dziś mam w pamięci Elia w pierwszej części, który na wieść o ślubie Olivera się ucieszył, bo ślub to zawsze radosna rzecz; nie dziwcie się, że uważam film za lepszy), często zresztą w ogóle o tym nie wiedzą, bo bohaterowie są tak skoncentrowani na sobie i swoich pragnieniach, że nie przyjdzie im do głowy, że mogłoby być coś nie tak w zdradzie, skoro im się podobało (tak, patrzę na ciebie, Samuelu).

    Pisałam już, że uwielbiam film za niesamowite oddanie klimatu Włoch i lat 80. – no cóż, w sequelu tego też nie uświadczycie. Akcja mogłaby dziać się pewnie w dowolnym momencie co najmniej ostatnich pięćdziesięciu lat i dowolnym miejscu pierwszego świata. Bo w ogóle nie ma tam społecznego czy obyczajowego tła. Bohaterowie tylko snują się gdzieś w pustce poprzez kolejne strony, zanurzają w swoje wnętrze, przerzucają głupawymi sentencjami i przeżywają romanse. Ponieważ wszyscy w tym dziele są piękni, wyrafinowani i chętni na seks. Oraz jest to ich główne kryterium głębokiej oceny innych ludzi. („Pożartowałem nawet trochę ze znajomą żony, która mimo znamienia na czole nie była nieatrakcyjna i miała ironiczne poczucie humoru, co mi powiedziało, że jest utalentowaną krytyczką z aspiracjami”).

    Przy tym wszystkim Aciman językowo pisze dobrze, podobało mi się to już w pierwszej części, i zastanawiam się, jak brzmiałaby jego fraza pozbawiona tej całej pretensjonalności i pseudogłębi. Naprawdę z ciekawością bym to przeczytała.

    Film warto. Książkę można, zwłaszcza dla porównania. Sequel – no też można, jeśli bardzo chcecie wrócić do tych bohaterów i poznać nowe zakończenie, ale niekoniecznie.

    Niemniej jednak Poradnia K ma (jak już nieraz pisaliśmy) mnóstwo innych świetnych pozycji w ofercie i jeśli nie z tą, to polecam zapoznać się z innymi.

    Serdeczne podziękowania za egzemplarz recenzencki.

    Grafiki poza pierwszą pochodzą z fanpage’a Poradni K.

    Szczegóły:

    Tytuł: Znajdź mnie
    Tytuł oryginalny: Find me
    Autor: André Aciman
    Tłumaczenie: Tomasz Bieroń
    Wydawnictwo: Poradnia K
    Gatunek: literatura obyczajowa
    Oprawa: miękka

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + język
    + dla niektórych: powrót do znanego świata i bohaterów

    Minusy:
    – przeintelektualizowanie
    – wymuszony sequel
    – słabo odmalowane tło

    Dodaj komentarz

    avatar
    Laura „Lilavati” Kusiak
    Laura „Lilavati” Kusiak
    Z pasji, wykształcenia i zawodu jestem redaktorką, korektorką i recenzentką, z usposobienia introwertyczką lubiącą ludzi. Wolny czas spędzam banalnie, ale z radością, czytając, zwiedzając, pisząc, oglądając. Uważam, że w życiu najważniejsze są dwie rzeczy: smoki i droidy. Chcę zostać następną księżniczką Disneya.