Więcej

    Ballada o Dzikim Zachodzie, który też pragnął eksplozji. Recenzja filmu Kowboje i Obcy

    KorektaLilavati

    Fantastyka to kochająca, jednak nieco nieprzyzwoita matka. Pozwala swoim dzieciom robić, co im się żywnie podoba – nawet spółkować między sobą w dowolnych konfiguracjach lub porywać do tego procederu pociechy innych. Rodzące się w ten sposób cudeńka czasem bywają pokraczne i śmieszne, a innym razem błyskotliwe i obdarzone charakterem. Tak czy inaczej, możemy spotkać je niemal na każdym kroku – w końcu urban fantasy to owoc romansu fantasy i horroru, a RekinadoSzczęk i kina katastroficznego. Co jednak musi czuć dziecię, które tak bardzo chciało być dziwne, a okazało się zupełnie przeciętne?

    Główny bohater filmu budzi się gdzieś pośród krzaków dzikiej prerii. Jest solidnie poobijany, pamięć ma mocno wybrakowaną, a nadgarstek zdobi mu niezidentyfikowany kawał żelastwa. Tytuł filmu nie pozostawia nam żadnych wątpliwości – nasz przystojny kowboj został porwany przez kosmitów, zapewne gruntownie przebadany, a potem wypluty gdzieś na uboczu. Tajemnicą pozostaje, jak do tego doszło, jaki był tego cel i czy facet nadal jest sobą. Zemsta, rozróba i nieprzyjemności już wiszą w powietrzu. W końcu zabijaka z niego, jak się patrzy. Pięść ma szybszą niż Lucky Luke, bo i bez rewolweru jest w stanie skopać kilka tyłków, minę ma ponurą, jakby był nieślubnym synem Eastwooda, a spojrzenie zimne niczym stopy nieboszczyka. Gniewny z niego człowiek i twardy jak skała. Trudno jednak znaleźć obcych i wywrzeć na nich zemstę, skoro nie pamięta się nawet własnego imienia.

    W filmie takim jak Kowboje i obcy raczej trudno budować napięcie i kolejne intrygi – sam tytuł zdradza nam, na czym będzie polegała cała zabawa i nawet niespecjalnie kryje się z kiczowatością tego pomysłu. To film, w którym kowboje strzelają do obcych, a obcy im oddają. Niczego więcej nie ma sensu się doszukiwać. Dlatego też historia szybko wskakuje na właściwe tory, a jej głównym atutem będzie próba poważnego podejścia do prostego pomysłu. Obiecani obcy w końcu wpadają do niewielkiego miasteczka i przynoszą ze sobą rozróbę, jakiej Dziki Zachód jeszcze nie widział. Wysadzają budynki, migają jasnym światłem po oczach i porywają grupę miejscowych. Bilskich trzeba oczywiście ratować, dlatego też bohaterowie zawiązują sojusz i wyruszają z pomocą. A jakże cudownie wygląda ta ekipa ratunkowa – jest tu twardy i zimny niczym lodowiec Daniel Craig, tajemnicza Olivia Wilde, nieco przerażony Sam Rockwell i gniewny niczym dwunastu ludzi Harrison Ford. Niestety wygląda to dobrze tylko na papierze.

    Jon Favreau dał radę przekonać do współpracy naprawdę świetną obsadę – zapewne świeżutki Iron Man na koncie znacznie mu w tym pomógł. Nikt jednak nie pojawił się na planie po to, by dobrze się bawić. Reżyser za wszelką cenę pragnął przerobić historię o kosmitach atakujących Dziki Zachód na prostego, niegroźnego i niegłupiego akcyjniaka – chociaż całej koncepcji aż ulewa się od absurdów. Większość aktorskiej ekipy podchodziła do sprawy zupełnie, jakby chciała wyprzeć ze świadomości myśl przewodnią produkcji. Wpadli w sztywne ramy swoich postaci, nie było między nimi nawet odrobimy chemii, a najwięcej charyzmy miały tu postaci z drugiego planu. Favreau nie potrafił wykorzystać atrakcyjnej obsady, kiczowatego pomysłu ani kryjącego się w tym ogromnego potencjału na rozrywkowy film akcji. Przez chwilę dało się wyczuć wiszącą w powietrzu bitwę na testosteron między starym a nowym amantem kina. Han Solo i nowy Bond skrzyżowali jednak spojrzenia tylko raz. Raz! I w zasadzie ten moment był jednym z najlepszych w całym filmie. Fevreau jednak nawet tę małą iskierkę zadeptał, upierając się, że on zrobi film na poważnie i że nikt się nawet nie zaśmieje. Niby się udało, ale jaki w tym był sens.

    Prosty scenariusz można wybaczyć. Wystarczy przecież, że dostaniemy w zamian kawał porządnej zabawy, w skład której wchodzi dynamiczna akcja, trochę eksplozji, błyskotliwe dialogi i jeszcze więcej eksplozji. Jak jednak szczerzyć się do ekranu, jeżeli tak beztroski pomysł za wszelką cenę chcą na naszych oczach zrealizować pod linijkę i bez szaleństw. Niby wszystkie wspomniane elementy dostajemy, ale w skromnych dawkach. Podczas gdy chyba każdy spodziewał się sprośnego międzygatunkowego numerku, nie dostaliśmy nawet niewinnych figli. Wyszedł z tego solidnie zrealizowany grzeczny przeciętniak, o którym łatwo zapomnieć, a to naprawdę kiepsko, biorąc pod uwagę, że miał to być film o kowbojach strzelających do kosmitów.

    Kowboje i obcy stanowią połączenie powierzchowne i rozwodnione. Nie dostajemy laurki wystawionej westernom, a i klasycznego pierwszego kontaktu jest w tym niewiele. Reżyser nie odnajduje się w konwencjach poszczególnych gatunków, a jeszcze gorzej wychodzi mu operowanie hybrydą obu. Favreau realizuje pomysł bez serca i błysku w oku. Nawet przemielenie obu gatunków do najprostszego i lekkiego akcyjniaka wychodzi bez przekonania, bo ten nie ma charakteru i solidnych bohaterów prowadzących — Craig i Wilde do produkcji dorzucili jedynie swoje piękne błękitne oczy. I tylko Ford dawał radę rozbudzić uśmiech na mojej twarzy — wkurzony stary kowboj wychodził mu niczym gniewny wujaszek, którego trochę się boisz, ale w głębi serca naprawdę lubisz. Najbardziej w filmie doskwierał brak znajomych obrazków, mrugnięć okiem i garści klisz, których film o takim tytule nie tylko potrzebuje, ale żyć bez nich nie może.

    Szczegóły:

    Tytuł: Kowboje i Obcy
    Data premiery: 26.08.2011
    Reżyseria: Jon Favreau
    Scenariusz: Mark Fergus, Hawk Ostby, Roberto Orci, Alex Kurtzman, Damon Lindelof
    Typ: western, SF
    Obsada: Daniel Craig, Harrison Ford, Olivia Wilde, Sam Rockwell, Adam Beach i inni

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + gwiazdorska obsada
    + ładne zdjęcia
    + wkurzający się Harrison Ford
    + efekty też całkiem spoko

    Minusy:
    – brak w tym zabawy gatunkiem
    – niewiele klisz
    – brak chemii między bohaterami
    – nieciekawy scenariusz
    – usilne traktowanie pomysłu wyjściowego na poważnie
    – testosteronowy pojedynek wisiał w powietrzu, ale ostatecznie wcale go nie było
    – zbyt mało brawury, odwagi i luzu

    Dodaj komentarz

    avatar
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.