SIEĆ NERDHEIM:

Z archiwum PRL-u. Recenzja książki Z kluczem

Nad wspartym na sześciu obłupanych doryckich kolumnach portykiem znajdował się pokaźnych rozmiarów balkon z tablicą: "Grozi zawalenie" (cytat z powieści).
Nad wspartym na sześciu obłupanych doryckich kolumnach portykiem znajdował się pokaźnych rozmiarów balkon z tablicą: „Grozi zawalenie” (cytat z powieści).

„Lato, lato, lato czeka…” – ten apel Ludwika Jerzego Kerna wyśpiewany głosem Haliny Kunickiej w 1960 roku z niesłabnącą sentymentalną siłą obejmuje pokolenia, które wczasowały się bez współczesnego ryzyka wejścia w strefę egzotycznych kampanii turystycznych. Dobrze, i wtedy kampanie były (choć skromniejsze), ale ja piszę z własnej perspektywy dzieciaka z podkarpackiej wioski, dla którego lato nie wiązało się z żadną perspektywą wyjazdu, a wyłącznie z czasem wolnym od szkoły (choć nie od prac polowych), zapachem rzeki przegrzanej do stopnia niedającego orzeźwienia podczas kąpieli i gęsią skórką wywołaną wieczornym chłodem. Świerszcze vs żaby, jeżyny pod lasem i dowolny łup z cudzych sadów lub grządek, bąki atakujące w słońcu, komary przy księżycu, a kleszcze… Ho ho, miano ofiary takiego skrytobójcy to był dopiero awans i groza porównywalne szansą chyba tylko z porwaniem przez UFO. Jako żywo – można było leżeć w trawie całe dwa miesiące i nic. A dziś? Coś ty wakacjom zrobił, Ixodesie?

Odpłynąłem, wiem. Ale wiecie co? Dobrze mi tak. Mam nawet nie za, tylko po prostu swoje. A to dzięki kieszonkowych rozmiarów książeczce Emilii Walczak zatytułowanej Z kluczem, nad którą nasza redakcja objęła dumny patronat. Jednak ta okoliczność nie ma decydującego wpływu na mój stan. Nie dbam też o strukturę recenzji (w sumie nic nowego), bo te niespełna 100 stron spiętrzyło falę nostalgii, która zalała mnie, wymuszając sprawdzian umiejętności pływackich. Uniosło mnie, poniosło niewytłumaczalnym sposobem z krośnieńskiego w bydgoskie… Nie, moment, ciut dalej, w czasy poprzedzające ów nowy/stary podział administracyjny obejmujący 49 województw. Czas uporządkować czas wydarzeń. Bez sentymentów.

To wzbiera i pleni się chwast tęsknoty do spraw pełnych szorstkiej samotności; i do kaprawych liści łopuchowych nieporządku (motto powieści).
To wzbiera i pleni się chwast tęsknoty do spraw pełnych szorstkiej samotności; i do kaprawych liści łopuchowych nieporządku (motto powieści).

Rok 1973. W wiosce na granicy Borów Tucholskich dochodzi do spotkania świeżo upieczonych maturzystów – tubylca Trofima i przyjezdnej Lucyny. Dziewczyna pełni funkcję opiekunki kolonijnej na obozie zorganizowanym przez miejscowego przodownika aktywizmu turystyczno-społecznego, Romana Wilczaka. Powołany przezeń do życia ośrodek mieści się na terenie, którego centrum stanowi zniszczony pałac należący do rodu Buchsteinów. Chłopak, zachęcony wizją przebywania w pobliżu towarzyszki o żurnalowej prezencji, włącza się w chwalebnym czynie społecznym w dzieło uporządkowania opuszczonego i zapuszczonego obiektu, który dopuszcza (zagęszczenie „puszczowych” czasowników spowodowane jest bliskością wspomnianych borów; przyp. rec.) eksploratorów jego wnętrza w pobliże tajemnicy. Młodzieńczy duet szybko zyskuje starszy odpowiednik – kierownicze kompetencje towarzysza Wilczaka narusza ekstrawagancka persona, radiestetka mgr inż. Irena Lisiecka. Czakram mocy, nazistowskie oraz masońskie symbole, zaszyfrowana pod tynkiem wiadomość w sąsiedztwie brezentowych namiotów, stomilowych butów (to nie literówka) i kanapek z serem topionym.

Wyprodukowano na PRL-owskich podzespołach ku chwale minionej epoki i nieprzemijającej pamięci. Nie jest to jednak pamięć czysto sentymentalna, choć dowody takiej plenią się w powieści zgodnie ze słowami jej motta. Epoka, której sam jestem schyłkowym zaledwie uczestnikiem, odmalowana została za pomocą detali, jakie każdego, kto je rozpozna, odeślą niezawodnie do intymnych znaczeń. Na mnie tak podziałała między innymi wspomniana w przelocie przez bohaterkę metalowa predomowska zapalniczka w kratkę. Innym za wehikuł czasu posłuży klisza fotograficzna „Foton” czy filumenistyczny cytat. Takich zaklinających rzeczywistość przedmiotów, słów i sytuacji jest w tej niewielkiej książeczce prawdziwe bogactwo. Dostęp do niego daje, rzecz jasna, klucz nostalgii.

"Każdemu powiedz: złom to surowiec", czyli "złomiarska fiksacja partyjnej propagandy".
„Każdemu powiedz: złom to surowiec”, czyli „złomiarska fiksacja partyjnej propagandy”.

Pozostaje on wszak jednym z całego pęku tych, które przydadzą się podczas śledzenia intrygi. Autorka solidnie podeszła do prac konserwatorskich nad tradycją młodzieżowej powieści firmowanej przez Nienackiego czy Bahdaja (zresztą wprost wymienionych) i naoliwiła wszystkie zamki tak, że klucze obracają się w nich bez zgrzytu. Ale to nie otwarty w ten sposób wątek przygodowy, wzbogacony później o kryminalny, jest najważniejszy. Towarzyszące mu dociekania prowadzą do istotniejszych dla całości faktów historycznych – przykładów międzywojennego i odrodzonego w latach 60. antysemityzmu oraz ideologicznych sideł, w jakie po wojnie wpadali pełni wiary we współtworzenie nowego trwałego ładu młodzi. Składające się na osobne rozdziały wyimki z życiorysów Lisieckiej i Wilczaka z autentyzmem oddają towarzyszące temu procesowi niuanse, wraz z brutalnymi powszedniościami czasów wojny, jakich doświadczyli bohaterowie.

Obok tych problemów, wchodzących w skład szerokiego planu epoki, trafiamy na godną uwagi ciekawostkę z dziejów rynku wydawniczego dwudziestolecia międzywojennego, wyzyskaną fabularnie z pomysłowością i znawstwem tematu. Pan Samochodzik (czy może raczej jego twórca) z szacunkiem otworzyłby przed autorką drzwi swojego wehikułu.

Emilia Walczak podczas takiej przejażdżki nie dałaby się jednak zupełnie owładnąć sentymentalnej iluzji PRL-owskiej arkadii. Dyscyplina pamięci przejawia się w małych rozliczeniach, a końcowy rozdział wynosi wszystkie poszlaki i wynikłe z nich perypetie do poziomu, na którym życiowa trzeźwość weryfikuje wymiar intymnych ocaleń i projekcji. Nie wyklucza to jednak reakcji zwrotnych. Otóż to – nie wyklucza.

Refleksja ta skrycie i powoli dojrzewa w wakacyjnym słońcu, którego durzącej optymistycznej mocy nikt nie jest w stanie zanegować. Autorka wie, jakich słów użyć, by wspomóc czytelnika w jej odczuwaniu. Są to skrupulatnie i z uczuciem dobrane drobiazgi językowe, które każdemu, kto zakosztował podobnych wczasów, ożywią kolory wspomnień i rozpalą tęsknoty nie gorzej niż zdjęcia i pocztówki. Do tego dochodzą dowcip, lekkość w odmalowywaniu nastrojów i błyskotliwe konstatacje na miarę następującej: „W paranormalnym świecie radiestezji każdy kij ma bowiem aż trzy końce”.

Podłoga była zasłana rozsypującymi się stosami książek, w kilku miejscach wciąż wznoszącymi się buńczucznie jak wieża Babel (cytat z powieści).
Podłoga była zasłana rozsypującymi się stosami książek, w kilku miejscach wciąż wznoszącymi się buńczucznie jak wieża Babel (cytat z powieści).

Ta mikropowieść kondensuje w sobie żelazną porcję biwakowej atmosfery, obyczajową wiarygodność, reporterską rzetelność, chwalebną językową czujność i promocję czytelnictwa (i nie chodzi tu jedynie o wymienionych już w oczywistym kontekście autorów). Wszyscy, którzy zdołali przyjść na świat w ubiegłowiecznym okresie wyżu demograficznego z górną granicą pierwszej połowy lat 80., bez problemu znajdą klucz do jej odczytania. Pozostałych do jego poszukiwania niech zachęcą jeśli nie moje słowa, to rozmiary samej książki – niewiele większej i grubszej od smartfona, od którego warto sobie zrobić te parogodzinne wakacje, by ją przeczytać. I życzę wam, żebyście jak ja po lekturze zapragnęli zwiedzić Kujawy, gdyż Z kluczem mimochodem staje się dla nich intrygującym folderem reklamowym.

Miejskiemu Centrum Kultury w Bydgoszczy serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Z kluczem
Wydawnictwo: Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy
Autor: Emilia Walczak
Typ: książka
Gatunek: obyczajowa/przygodowa
Data premiery: 01.05.2021
Liczba stron: 96

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.