Więcej

    Coraz bardziej schematycznie. Recenzja książki W labiryncie smoków

    W labiryncie smokow 1

    W labiryncie smoków to już czwarta część przygód Izabeli, lady Trent, i nie sposób pisać o niej bez odwołania do wcześniejszych. Choćby z powodu takiego, że dopiero w tym ujęciu widać wyraźniej problemy tego cyklu.

    Nie zabrzmiało to optymistycznie? Słusznie. Tę część uważam za jak na razie najsłabszą. Dość przykra konstatacja po Podróży „Bazyliszka”, w recenzji której odnotowałam tendencję wzrostową.

    Historia naturalna smoków, pierwsza w kolejności, była nie wybitnym może, ale przyjemnym czytadłem, z kilkoma niezłymi pomysłami, z nadzieją na przełamanie paru schematów. Dałam autorce szansę na tyle (skuszona też smokami i piękną szatą graficzną), że, jak widać, doczytuję cały cykl. Ale gdyby nie była to przedostatnia książka, pewnie zastanowiłabym się, czy warto.

    Pochwaliłam w recenzji Podróży… to, że pojawiło się więcej smoków, opisów obcych kultur, czyli tego, co poprzednio sprawiało problemy. Tutaj, mam wrażenie, gdzieś to znowu zniknęło – a może nawet nie tyle to, co zostało opisane w zupełnie nieangażujący sposób. Ta książka zabiera nas w podróż do Arabii, tutaj zwanej Achią – Brennan w opisach swoich krain niemal dokładnie kopiuje te istniejące w naszym świecie, mieliśmy więc już okazję zapoznać się kolejno z dziewiętnastowieczną Anglią, Bałkanami, Afryką, Chinami i Polinezją. Byłaby to okazja do przedstawienia albo interesujących wymyślonych przez siebie elementów pasujących do tej kultury, albo nawet zaprezentowania czytelnikowi zwyczajów z jego świata, o których laik z innego środowiska nie wie. Tymczasem jedyne, co mogę powiedzieć o Achii, że są tam jakieś skłócone ze sobą plemiona oraz wyznaje się kilka odłamów religii o egzotycznych nazwach – na co zresztą narzekałam już wcześniej, bo egzotyczne nazewnictwo w tych książkach jest wyłącznie po to, żeby być egzotyczne, i tylko wprowadza zamęt. O ile rozumiem niechęć do wykorzystywania nazw istniejących religii czy krain, o tyle nie wiem, czemu mają służyć dialogi w stylu „– Pojedźmy tam na początek calorisa. – Nie, lepiej pod koniec messisa”. Pani Brennan, mnie to nic nie mówi! Gdybym wiedziała, jaki to miesiąc albo chociaż miała jakiś słowniczek, mogłabym to odnieść do warunków klimatycznych, realiów, tak to tylko puste dźwięki.

    W labiryncie smokow 2

    Zresztą Izabela w ogóle ma tendencję do zbywania wielu słów sprawami „nie będę tym zanudzać czytelników moich pamiętników, trwało to długo i skończyło się tak i tak”. Chciałam napisać, że chwilami zahacza to o ekspozycję i lazy writing, ale po namyśle stwierdziłam, że nie zahacza, a po prostu nimi jest. Na dodatek mnóstwo tych spraw wcale by nie zanudzało, a dodało tej powieści jakiejś tło. Skandal obyczajowy po pośpiesznym ślubie, mizoginistyczne i klasistowskie scirlandzkie środowisko naukowe, konsekwencje wynalezienia procesu utrwalania smoczych kości – a tym samym dostępu do niezwykle trwałego i lekkiego materiału, co powinno skutkować tak zachwianiem stosunków międzynarodowych, jak i środowiskiem naturalnym – proces tłumaczenia starożytnych tekstów i próby zrozumienia nowego języka, szerzej pokazane stosunki Jacoba i Izabeli; kobiety, która się do macierzyństwa nie paliła i pierwsza przyznaje, że nie jest stworzona do tej roli i najlepszą matką, ale mimo to jakoś to dziecko kocha i się o nie troszczy – tego wszystkiego nie ma, dzieje się gdzieś poza kadrem, bo troskliwa lady Trent nie chce zanudzać czytelnika. No dziękuję.

    A przy tym wszystkim zabawne jest, jak to zupełnie nie wychodzi. Około 250 z 340 stron uświadomiłam sobie, że właściwie nie mam pojęcia, o czym czytam i jak autorka zdołała ich tyle zająć, bo dotychczasową akcję potrafiłabym streścić w jednym zdaniu i nie byłoby to zdanie na miarę Bram raju. Pod koniec akcja przyśpieszyła i nareszcie wydarzyło się coś ciekawego… ale tutaj pojawia się kolejny problem. Otóż te książki mają bardzo powtarzalną konstrukcję. Na ostatnich stronach każdej Izabela dokonuje jakiegoś niesamowitego odkrycia, ale, jak się okazuje w następnej części, nic z niego specjalnie jak na razie nie wynika, więc trzeba się przebijać przez kolejne strony przemyśleń i przygód, aż tradycyjnie na ostatnich dojdzie do kolejnego niesamowitego odkrycia.

    Ale największym problemem tego cyklu jest jego bohaterka. Nie chodzi mi o to, że zdaniem niektórych Izabela jest irytująca i nieodpowiedzialna. Już nawet nie o to, że jest egoistyczna i skupiona na sobie i swoich pragnieniach.

    Izabela się w ogóle nie rozwija.

    Od pierwszej części minęło paręnaście lat. Izabela zdążyła dorosnąć, wyjść za mąż, owdowieć, mieć dziecko, kolejnego męża, zaliczyć kilka wypraw w egzotyczne krainy, poznać obce kultury, nowych ludzi, doświadczyć wielu niebezpieczeństw, stać się znaną naukowczynią.

    I co? Nic. W żaden sposób to na nią nie wpłynęło. Wciąż zachowuje się dokładnie tak jak kiedyś. Zero refleksji, że ma dziecko i co się z nim stanie, jakiegoś poszerzenia horyzontów, zmiany nastawienia, już nawet nie mówię, że mniej lekkomyślnych decyzji, bo może to kwestia charakteru… już nawet nie wymagam dojrzewania, ale jakiejś zmiany! Jaki człowiek przez taki czas ciągle stoi w miejscu? Cóż, na pewno nie taki, o którym by się chciało czytać.

    W labiryncie smokow 3

    Izabela w kółko powtarza te same przemyślenia, na przykład dotyczące traktowania kobiet i postrzegania ich roli w społeczeństwie, a mnie trudno powstrzymać się przy tym od przewracania oczami, bo o ile oczywiście może to uwierać przez całe życie, to to są wnioski, do których powinna dojść lata temu albo wręcz rzecz, którą, żyjąc w takim a nie innym środowisku, powinna traktować jako naturalną. A nie się wiecznie nad tym rozczulać jak nastolatka (czy raczej, w czasach wiktoriańskich, młoda – a czasem i starsza – kobieta) odkrywająca prawa rządzące społeczeństwem czy feminizm.

    Biorąc pod uwagę, jak często przewija się ta kwestia, po pewnym czasie zaczyna też razić jej powtarzalność i naiwne ujęcie – bo o ile nie ma co umniejszać czyichś problemów poprzez sprowadzanie do „a bo dzieci w Afryce mają gorzej”, to Izabela nigdy nie pomyśli o tym, że i tak jest jednostką stosunkowo uprzywilejowaną. Najgorsze, co ją spotkało, to trochę lekceważenia i nieznaczne trudności na drodze do celu – bo wiecznie stawiała na swoim; kiedy ona realizowała swoje pasje naukowe i podróżowała po całym świecie oraz dostawała kolejne tytuły szlacheckie, kobiety w wiktoriańskiej Anglii/Scirlandii zaharowywały się w fabrykach czy umierały na multum chorób jako prostytutki. Nie postuluję oczywiście, żeby z lekkiego czytadełka zrobić książkę o poważnych problemach społecznych, ale w czwartym tomie z kolei zgrzyta już to płytkie podejście i wieczne powtarzanie „nie traktowano mnie poważnie ze względu na moją płeć”, „bo nie zachowywałam się jak inne kobiety” blabla. Hm, Izabelo, a może czas przemyśleć śmiałą tezę, że inne kobiety też nie są jak inne kobiety? Że ludzie są różni i nie jest się wyjątkowym płateczkiem śniegu?

    Tylko raz u bohaterki pojawia się jakaś refleksja w tym temacie – wstyd, że założyła, że lekarka kobieta będzie mniej kompetentna od mężczyzny.

    W labiryncie smokow 4

    Wątek romantyczny przyprawił mnie o zgrzytanie zębami, bo jego szkielet był jak żywcem wyjęty z harlekina. Uwaga, spoilery, jeśli chcecie uniknąć, przejdźcie do następnego akapitu! Oto on, poznany lata temu, jak szykował się do nurkowania bez koszuli, odnajduje się teraz jako wyrodny brat szejka (no powiedzcie, czy można się z tego nie śmiać, ja nie mogę, zbyt wiele dzieł z serii Romans z szejkiem swego czasu pochłonęłam), z jakiegoś nie do końca zrozumiałego dla mnie powodu czarna owca w rodzinie, szejk oczywiście na wstępie jej nie lubi i stara się ich izolować, ona zostaje porwana, chce uciec, ale on wcześniej ją ratuje, powstają o tym poematy, potem jeszcze chwyta jej truciciela (wątek otrucia to kolejny, który nie wiem, po co tam jest), pragną wyruszyć razem na wyprawę badawczą, ale nie mogą ze względów przyzwoitości, wiec ona mu się oświadcza, a potem zdaje sobie sprawę, co powiedziała, i nie jest pewna jego uczuć, ale on oczywiście bardzo chce…

    Nie jest to oczywiście opisane w tak kwiecisty sposób jak w harlekinach, nie uświadczycie tu rozpływania się nad pięknymi mięśniami herosa czy płonących żagwi, ale i tak westchnęłam ciężko, zwłaszcza kiedy porównałam to z naprawdę miłym wątkiem romantycznym z pierwszego tomu, szczęśliwym małżeństwem zawartym na skutek dzielenia wspólnej pasji, opartym na przyjaźni i zrozumieniu.

    W labiryncie smokow 5

    Przejdźmy może do tego, co w tej książce dobre – ale niestety nie będzie komplementem dla autorki, że na pierwszym miejscu wymienię piękną szatę graficzną. Okładki są tradycyjnie śliczne, ilustracje w środku też mają swój klimat i urok. Bardzo porządne jest też polskie tłumaczenie i redakcja (a niestety z tym bardzo różnie u Zysku bywa), jedyne, do czego mogę się przyczepić, to że kilka razy użyto słowa ilość zamiast liczba.

    A poza tym to naprawdę nie jest tak okropna książka, jak może wynikać z tej recenzji. Po prostu na ogół łatwiej mi pisać o wadach, a przy tej części wystąpiła u mnie kumulacja irytacji – na skutek właśnie powtarzalności pewnych mankamentów i dołożeniu nowych, kiedy po poprzedniej wydawało się, że będzie lepiej. Nie, to wciąż dość miłe czytadełko – ale tylko tyle. Lektura pociągowa. Jestem rozczarowana, bo miałam nadzieję na sporo więcej.

    Przyznam jednak, że z ciekawością czekam na ostatnią część. Izabela tyle razy zapowiadała czytelnikowi tak niesamowite finalne odkrycia, że nie wiem, czy końcowa odsłona jej przygód jest w stanie udźwignąć ciężar tak rozbudzonych oczekiwań, zwłaszcza że jak się już przekonaliśmy, lady Trent nie jest zbyt wiarygodną narratorką. Może jednak, kto wie, wtedy te wszystkie zapowiedzi narratora profetycznego nabiorą sensu, a seria zostanie godnie zwieńczona? Mam nadzieję, że choć w części się to uda.

    Podziękowania dla wydawnictwa Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

    Szczegóły:

    Tytuł: W labiryncie smoków. Pamiętnik Lady Trent
    Tytuł oryginalny: In the Labyrinth of Drakes (The Memoirs of Lady Trent)
    Autorka: Marie Brennan
    Tłumaczenie: Danuta Górska
    Wydawnictwo: Zysk i S-ka
    Gatunek: fantasy
    Liczba stron: 340
    Oprawa: miękka ze skrzydełkami
    ISBN: 978-83-8116-652-2

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + piękna szata graficzna
    + porządne tłumaczenie i redakcja

    Minusy:
    – zupełny brak rozwoju głównej bohaterki
    – zbywanie wielu kwestii paroma słowami
    – płytkie ukazanie obcych kultur
    – schematyczny wątek romantyczny

    Dodaj komentarz

    avatar
    Laura „Lilavati” Kusiak
    Laura „Lilavati” Kusiak
    Z pasji, wykształcenia i zawodu jestem redaktorką, korektorką i recenzentką, z usposobienia introwertyczką lubiącą ludzi. Wolny czas spędzam banalnie, ale z radością, czytając, zwiedzając, pisząc, oglądając. Uważam, że w życiu najważniejsze są dwie rzeczy: smoki i droidy. Chcę zostać następną księżniczką Disneya.