SIEĆ NERDHEIM:

Nastoletni superbohaterowie po cyberdopalaczach. Recenzja książki Triskel. Gwardia

KorektaJustin
Triskel. Gwardia - okładka książki
Triskel. Gwardia – okładka książki

Triskel. Gwardia to młodzieżowe superhero dysponujące kilkoma ciekawymi pomysłami. W świecie wykreowanym przez Krystynę Chodorowską znajdziemy złe imperium, drużynę nastoletnich herosów, równoległe wymiary, zaawansowane technologie i podejrzane korporacje. W tym całym fantastycznym zamieszaniu znajdzie się nawet miejsce na poruszenie kwestii słuszności walki narodowowyzwoleńczej, bezsensownej zemsty czy walki ze stereotypami. Szkoda, że większość elementów zostaje potraktowana bardzo powierzchownie.  

Sinead jest nastoletnią superbohaterką strzegącą prawa i porządku w Scald City – kosmopolitycznej metropolii, gdzie każdy jest wolny i równy. Dziewczyna ma nadludzkie moce, chwytliwy pseudonim oraz własnoręcznie skompletowany strój ukrywający jej tożsamość. Wprawdzie prywatnie zadaje się z innymi lokalnymi herosami, ale najwyraźniej ekwipunek ma podobne właściwości co loczek Clarka Kenta. Sinead za dnia stara się być przeciętną i aktywną społecznie nastolatką. Jednak gdy nad miastem wisi groźba niebezpieczeństwa, przywdziewa uniform, by wraz z Gwardią powstrzymywać terrorystów w egzoszkieletach, przestępców z Podmiasta czy genetycznie zmodyfikowane potwory. Pewnego dnia do dziewczyny powracają demony przeszłości. Nastolatka bowiem urodziła się w kraju okupowanym przez złowrogie Imperium. I chociaż udało jej się uciec do lepszego świata, dawne życie postanowiło o sobie przypomnieć. Do Scald City przybywa jej przyjaciel Duncan z misją zabicia imperialnego dygnitarza. Celem okazuje się osoba, którą Sinead jako członek Gwardii ma właśnie ochraniać.  

W książkowym debiucie Chodorowskiej dużo się dzieje. Autorka co chwilę zmienia zestaw atrakcji i z chęcią sięga po kolejne motywy znane fantastycznej literaturze młodzieżowej. Wszystko to głównie po to, aby jak najbardziej podkręcić tempo, a czytelnikowi dostarczyć prostej i energetycznej rozrywki. Pisarka w miksowaniu kolejnych znajomych elementów upatruje narzędzia pozwalającego na przełamywanie gatunkowych schematów. Widać, że przyświeca jej chęć stworzenia różnorodnego i zaskakującego świata, gdzie w każdej chwili z kanałów może wyskoczyć drużyna dojrzewających żółwi, u wybrzeży pojawić się atomowa gadzina, a inwazja obcych byłaby równie niespodziewana co kolejna zdrada w argentyńskiej telenoweli.  

Triskel klimaty dystopijne mieszają się z równoległymi wymiarami i szczyptą cyberpunku, by ostatecznie zamienić się w hardcorowe science fiction (z mocnym naciskiem na fiction). Na dodatek w świecie tym Atlantyda jest nad poziomem morza, obywatele jednego z państw wyhodowali sobie skrzydła, a w razie problemów do Gwardii dzwoni… burmistrz (Atomówki pozdrawiają, bo wiedzą, jak to jest być na szybkim wybieraniu). Gdyby w następnym rozdziale główna bohaterka spotkała swoich dziadków podróżujących w czasie w budce telefonicznej, to najprawdopodobniej nikogo by to już nie zdziwiło. Rozrywkowy charakter książki dodatkowo podkręcają liczne pomysły zaczerpnięte z superbohaterskiego kina akcji – napad na bank, walki w ciemnych zaułkach, ataki najemników na szklane wieżowce czy abordaż na supertajną łódź podwodną. Dzieje się dużo. Nawet bardzo dużo, a wszystko chociaż wyrwane z różnych bajek, jednak połączone w pozornie działającą całość. Wygląda to interesująco i na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem porządnym i luźnym punktem wyjścia do dobrej zabawy. Przyjemność z czytania psuje jednak fakt, że autorka obok większości elementów przebiega na tyle szybko, że możemy usłyszeć jedynie dźwięk łopoczącej na wietrze peleryny.  

W pierwszych rozdziałach Triskel. Gwardia oferuje jeszcze całkiem przyzwoity wątek główny. Historia, chociaż rozpoczyna się w nieco przekombinowany sposób, skupia się na kwestii walki o niepodległość oraz działań poza granicami prawa w imię wyższych wartości. Na pierwszy plan wysuwa się starcie poglądów między protagonistką a jej związanym z rebeliantami przyjacielem. W ten sposób w superbohaterską akcję zostają wplecione pytania o granice między dążeniem do sprawiedliwości a zwykłą zemstą pozbawioną korzyści. Tego typu tematy stanowią świetny dodatek do młodzieżowej przygodówki, w tym jednak przypadku nie dostają szansy, aby właściwie wybrzmieć. Wątek zostaje szybko rozwiązany za sprawą błyskawicznego pojedynku i niezbyt emocjonującego przemówienia. Zadanie wykonane, problem zamieciony pod kontener w zaułku, można iść dalej. Co czeka nas później? Książka już po chwili całkiem zmienia swój klimat, a sama historia zaczyna odpływać, jakby nawąchała się kosmicznego paliwa. Druga część Gwardii to przede wszystkim walka z międzywymiarowymi terrorystami i metafizycznym bytem, przekazującym swoją wolę pomiędzy równoległymi rzeczywistościami. To jest zwariowane. Pomysł brzmi nawet intrygująco, jednak pozbawiony jest chociażby odrobiny głębi. Prosty akcyjniak za wszelką cenę próbuje być niepowtarzalny, zapomina jednak o przekonującym wykonaniu. 

Triskel. Gwardia - okładka książki
Triskel. Gwardia – okładka książki

Przeskakiwanie między wątkami oraz powierzchowne traktowanie pojawiających się elementów jest w Triskel w zasadzie normą. Chodorowska owszem naładowała książkę ciekawymi pomysłami, ale po większości z nich jedynie pośpiesznie przepływa. Niemal na każdym kroku można odnieść wrażenie, że autorka w kreacji świata idzie na skróty, stawiając przy okazji na ilość, a nie jakość. Imperium ciemiężące ojczyznę Sinead jest złe, bo tak nakazuje konwencja i tyle. Noszą czarne uniformy, strzelają do niewinnych, biorą, co chcą i w ogóle źle im z oczu patrzy. Nie dowiemy się, czemu są tacy łasi na niepodległe ziemie ani czy ich wojskowy przywódca przypadkiem nie ma problemów z oddychaniem. Konflikt zarysowany na początku książki z czasem niemal całkiem traci na znaczeniu, mimo że początkowo wydaje się kluczowym punktem historii. 

Podobnie sytuacja ma się z innym motywem przewodnim. Niby mamy do czynienia z młodzieżową powieścią spod znaku superhero, jednak i tutaj czekają nas najprostsze rozwiązania, pozwalające później w dowolny sposób naciągać fabułę. Nadludzkie zdolności po prostu istnieją. Nie wiadomo skąd się wzięły i jak się uaktywniły. Nie ma gryzienia przez radioaktywne stawonogi, kąpieli w promieniach gamma, wpływu ciał niebieskich, naturalnych mutacji czy przerośniętej szyszynki. Supermoce sobie są, a skoro nie ograniczają je żadne ramy, nie muszą kłaniać się fizyce. Co za tym idzie, program wyrównywania szans Czarny Charakter+ nie będzie miał jak zadziałać. Co kilka rozdziałów okazuje się, że protagoniści posiadają nowe wariacje swojej mocy, nic nie jest w stanie wyrządzić im krzywdy, a w międzyczasie żadne słabości nie utrudnią im zadania. Efekt jest łatwy do przewidzenia – przygody bohaterów interesują nas coraz mniej, bo wiemy, że nie przegrają kolejnej walki włos im z głowy nie spadnie. Akcja tym samym staje się powtarzalna oraz mało przekonująca. Skrótowe podejście dostrzeżemy także w drobniejszych elementach książki: rebelianci walczący z Imperium noszą miano organizacji – pisanej małą, a nie wielką literą – natomiast nadanie trzem postaciom drugoplanowym tego samego imienia było już co najmniej dziwne. 

Średnio wypadają także bohaterowie. Sinead to zwykła dziewczyna o niezwykłych mocach, której brakuje charyzmy, błyskotliwości czy przynajmniej ciętego języka. Jedynym ciekawym elementem jej kreacji są relacje z Duncanem, oparte na różnych światopoglądach oraz trudnej przeszłości. Protagonistka traci na wyrazistości, gdy wątek rebelii zostaje zamknięty, czyli już na początku książki. Postaci drugoplanowe także nie zachwycają, a w ich profilach osobowościowych po raz kolejny dostrzeżemy sprytne wybiegi pozwalające podążać chyżo, ale na skróty. Skoro jeden z herosów jest mrukliwy, osnuty szczelnie aurą tajemniczości, a na dodatek nie wspomina o swojej przeszłości, to w zasadzie nie ma potrzeby o nim w ogóle pisać. Druga superbohaterka także podstawiona jest pod prosty schemat i zamiast stać się interesującą heroiną, zostaje sprowadzona do roli biednej nastolatki, która nie wie, w co ubrać się na randkę (mimo że jest ambasadorką swojego kraju badającą społeczeństwo i zwyczaje Scald City). Interesujący przypadek stanowi sam Duncan – w pierwszych rozdziałach sprawia wrażenie głównego bohatera, później przekazuje pałeczkę narratora Sinead, by następnie zostać potraktowanym jak marginalna postać z trzeciego planu, popychająca fabułę do następnego punktu. 

Triskel. Gwardia pozostawia spory niedosyt. W swoich założeniach książka stanowi ciekawą mieszankę – łączy znane motywy i nadaje im rozrywkowy charakter rodem z dynamicznego kina akcji. Niestety lektura szybko zamienia się w chaotyczny narracyjny przesyt. Pełno tu rozgrzebanych i pourywanych wątków, przeskoków, zagubionych postaci oraz powierzchownie przedstawionych elementów. Pewnie moglibyśmy się przy tym dobrze bawić, jednak najpierw musielibyśmy się w tym odnaleźć. A to naprawdę nie jest takie łatwe. 

Autor tekstu prowadzi na Facebooku stronę RuBryka Popkulturalna.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Triskel. Gwardia
Wydawnictwo: Uroboros
Autor: Krystyna Chodorowska
Data premiery: 20.06.2018
Gatunek: Urban fantasy, superhero, literatura młodzieżowa, science fiction

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.