SIEĆ NERDHEIM:

Koncert, którego nie da się wytrzymać, czy piękna aria operowa? Recenzja książki Pieśń Krwi Anthonego Ryana

Tak się prezentuje polskie wydanie debiutu Anthonego Ryana.
Tak się prezentuje polskie wydanie debiutu Anthonego Ryana.

Pieśń Krwi” zakupiłem, jak wiele z pozycji w mojej bibliotece, w ciemno. Nazwisko autora nigdy nie obiło mi się o uszy, nie widziałem jego osoby na żadnym portalu związanym z fantastyką. Jednak gdy ujrzałem opasły tom na półce, postanowiłem się nim zainteresować. Aby nie trzymać was dłużej w napięciu pytaniem postawionym w tytule, muszę powiedzieć, że to jeden z najlepszych zakupów, jakich kiedykolwiek dokonałem, wliczając w to te poczynione po jakichś rekomendacjach.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest protagonista tej powieści, czyli Vaelin Al. Sorna. Zostaje on oddany w młodym wieku do zakonu, gdzie szkoli się na wojownika znającego sztukę wojny od podstaw i na wskroś. Przechodzi tam surowy, bezwzględny wobec błędów i lenistwa trening. Jest testowany podczas licznych prób, poznaje współbraci w bitewnym rzemiośle, szkoli się w taktyce, pojedynkach i tak dalej. To wszystko stanowi pierwszą część książki, której dalsza część przybliża nam świat poza zakonem. Sam Vaelin to jeden z najlepiej napisanych bohaterów, z jakimi miałem do czynienia w którymkolwiek z mediów. Bardzo wiarygodny przez to, że zawsze postępuje zgodnie ze swoim kodeksem moralnym. Lojalny wobec określonych nim zasad oraz przełożonych, których rozkazy niestety przeciwstawiają się jego własnym osądom. Dbający w miarę możliwości o tych, którzy mu podlegają, co udowadnia podczas szeregu potyczek. Osobiście uwielbiam tę postać i cieszę się, że cała fabuła skupia się wokół niej.

Oczywiście poza głównym bohaterem obcujemy z całą plejadą postaci pobocznych i oni też potrafią sobą zainteresować, ale też tylko wtedy, gdy wokół nich nie ma Vaelina. Mimo to kilka postaci muszę tu wymienić jako moich faworytów. Jest to przykładowo Lyrna, czyli niezaprzeczalnie inteligentna córka króla Zjednoczonego Królestwa. Wie, że ojciec chce ją wykorzystać do celów politycznych, wydając ją za mąż za jakiegoś wpływowego szlachcica. Chce uniknąć tego losu za wszelką cenę, budując przy okazji wokół siebie siatkę popleczników, w tym adoratorów. Kolejną postacią godną wyróżnienia jest brat Caenis. Jego wiara jest silna, zahaczająca o fanatyzm. Zna on na wskroś całą historię Zjednoczonego Królestwa. Moralność tego bohatera definiuje wiara i trzyma się on jej wszystkimi siłami. Na koniec wspomnę jeszcze o samym królu, który ma władzę absolutną i umie ten fakt należycie wykorzystać. Wie dokładnie, jak uzyskać to, czego chce i ma konkretne plany co do zapewnienia swemu państwu dobrobytu. Do tego nie waha się kłamać, oszukiwać i wydawać rozkazów zabójstwa prowadzących do wojny, umie także wykorzystywać swoich poddanych w celu uzyskania maksymalnych korzyści. Mógłbym tutaj wymienić jeszcze parę innych osób, ale tekst rozrósłby się ponad miarę, więc tutaj się zatrzymam. Bohaterowie to naprawdę mocny punkt powieści i nie mam tutaj jej autorowi nic do wytknięcia.

Scenerie same w sobie nie zwracają na siebie uwagi. Stanowią tylko tło wydarzeń i pole do popisu dla postaci. Nie mogę tutaj wymienić żadnej wyróżniającej się lokacji. Poznajemy głównie tereny Królestwa, w tym stolicę, gdzie ma miejsce większość wydarzeń oraz tereny wokół zakonu, które są strefą wspomnianego wcześniej szkolenia. Wyruszamy także na tereny północne, będące siedzibą plemion kojarzących się z Celtami czy Piktami. Pod koniec książki mamy także okazję zobaczyć pustynne twierdze należące do Alpirańskiego Imperium rządzonego przez ukochanego cesarza. Generalnie niestety nie co liczyć na to, że opisy tych miejsc czy terenów wzbudzą zachwyt.  

Fabuła na początku skupia się wokół szkolenia i dorastania Vaelina. Mnie osobiście interesował przebieg treningu czy zmagania podczas prób. Były one bardzo zróżnicowane i każdorazowo sprawdzały inny zestaw umiejętności. Potem dostajemy też szczyptę magii, kampanie wojenne, dworskie intrygi, trochę romansu, dużo drobniejszych potyczek, a także wielkich bitew. Jest tutaj właściwie wszystko, czego możemy sobie życzyć od solidnej powieści heroic fantasy. Moje oczekiwania zostały spełnione z nawiązką. Nie miałem czasu na nudę ani jakiekolwiek narzekania.  Wsiąknąłem w opowiedzianą historię na dobre, zapomniałem o rzeczywistości i żyłem w świecie przedstawionym. Życzę wam, abyście doświadczyli tego samego podczas lektury Pieśni krwi.

Tył okładki sugeruje nam, że Anthony Ryan to mistrz słowa (konkretnie stwierdza to Mark Lawrence). Nie potrafię zaprzeczyć temu stwierdzeniu. Szkot pisze znakomicie i chwała mu za to. W pierwszej połowie powieści można odnieść mylne wrażenie, że to książka dla dojrzalszej młodzieży. Nie mamy za wiele przemocy czy poważniejszych dramatów osobistych, jest zaledwie odrobina romansu. Do tego obserwujemy, jak nasz protagonista dorasta i uczy się rządzących światem zasad. A te finalnie przedstawiają świat jako przepełnione brutalnością i egoizmem miejsce, gdzie nie ma ustalonych reguł, tylko każdy gra tak, aby jak najwięcej zgarnąć dla siebie. Adekwatnie do tego procesu zmienia się też styl narracji. Na początku wszystko rysuje się dość łagodnie, bez dosłowności. Wraz z rozwojem charakteru głównego bohatera zmienia się też opis jego działań. Język staje się bezpośredni, nie ma miejsca na metafory: jest tylko krew, pot, łzy, poświęcenie, ofiary i prawda prosto w oczy.

Cała powieść jest podzielona na pięć części. Każda z nich zaczyna się monologiem Vaelina z nielicznymi wtrąceniami będącymi pytaniami od kronikarza, który ma za zadanie spisać jego historię przed pojedynkiem. To starcie ma być właściwie egzekucją protagonisty, więc to swego rodzaju zeznanie przed śmiercią. Po tym krótkim wstępie następuje zmiana perspektywy na trzecioosobową i orientujemy się, że nasz bohater nie był do końca wiarygodny w swych zwierzeniach. Bardzo mi się podobał ten zabieg. Wprowadzenia stanowią podsumowanie tego, o czym będziemy zaraz czytać w znacznie szerszym ujęciu. Niby wiemy przez to, czego się spodziewać, ale i tak byłem niejednokrotnie zaskoczony przebiegiem wydarzeń.

Czy jest coś, co właściwie mógłbym zdecydowanie wytknąć Pieśni Krwi? Właściwie to nie znajduję nic konkretnego. Czuję, że cokolwiek bym w tym momencie napisał, byłoby to czepialstwo, doszukiwanie się czegoś na siłę. Dla mnie debiutanckie dzieło Anthonego Ryana to książka znakomita. Może nie znajdziemy tu jakichś oryginalnych motywów i czegoś, co nie byłoby wykorzystane przez zasłużonych autorów gatunku jak Erikson czy Sanderson (bitwy i militaria jak w Malazańskiej Księdze Poległych czy motyw szkolenia jak w sadze Archiwum Burzowego Światła), ale mimo wszystko jest to znakomicie przemyślana, skonstruowana i napisana w nienaganny sposób historia. Można się przyczepić tych niezbyt ciekawych lokacji, ale ostatecznie poziom opowiedzianej historii, pełnokrwistość bohaterów, tempo akcji sprawiają, że zapomina się o tym, gdzie właściwie to wszystko ma miejsce. Umiejscowienie wydarzeń czy postaci przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Szkot nie wymyślił  także koła na nowo, ale wykorzystał wszystkie składniki dobrej powieści w idealnych proporcjach i solidnie je wymieszał. Uważam, że książkę powinien przeczytać każdy, kto choć trochę interesuje się fantastyką, a zwłaszcza epic i dark fantasy.

SZCZEGÓŁY
Tytuł
: Pieśń Krwi
Autor: Anthony Ryan
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data Premiery: 15.10.2014
Gatunek:dark,epic,heroic fantasy
Liczba stron: 804
ISBN: 978-83-6138-649-0



Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

PODSUMOWANIE

Plusy:
+ przemyślany, ciekawy świat
+ konkretni, pełnokrwiści bohaterowie główni i poboczni
+ dobrze skonstruowana fabuła
+ styl dostosowany do historii
+ wprowadzenia do poszczególnych części powieści

Minusy:
– niezbyt ciekawe lokacje
– brak iskry nowatorstwa, geniuszu

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Krzysztof "Kazio_Wihura" Bęczkowski
Krzysztof "Kazio_Wihura" Bęczkowski
Niepoprawny optymista, do tego maniak fantastyki. Czyta i kupuje kompulsywnie wiele książek. Gra we wszelakie tytuły (przede wszystkim RPG, strategie, można tu też wymienić parę innych gatunków). Nie patrzy na datę wydania danego dzieła i pochłania wszystko, co ma na swej drodze. Przekroczył magiczną trzydziestkę. Po cichu liczy, że go ominie kryzys wieku średniego.