SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Bajka podrasowana do high fantasy. Recenzja książki Elantris

    KorektaLilavati
    Elantris - okładka książki
    Elantris – okładka książki

    Elantris ma w sobie wszystko, czego potrzebuje dobrze skrojone fantasy – nietypową magię, intrygujący świat, przekonujących bohaterów, ciekawie prowadzoną historię, masę ciekawych pomysłów oraz lekkie podejście do gatunkowych założeń. To świetny debiut oraz wejście w uniwersum Cosmere na pełnym Sandersonie.

    Młody amerykański pisarz to prawdziwy wariat, jeżeli chodzi o pisanie fantastyki. Nieustannie tworzy monstrualnych rozmiarów tomy równorzędnie prowadzonych cykli, łączy je w złożone i imponujące uniwersum, a następnie dorzuca do tego opasły zbiór opowiadań poszerzający każdą z serii. W przerwach od pisania wagowo niebezpiecznych tomiszczy… no cóż, pisze jeszcze więcej. Tak zupełnie dla zabawy tworzy przede wszystkim młodzieżową fantastykę, w której z lekkością i błyskotliwością odświeża klasyczne schematy, prowadzi dynamiczną akcję i wszystko ozdabia znajomymi elementami, gwarantując rozrywkę z najwyższej półki. Gdyby Martin wykazywał przynajmniej połowę tego entuzjazmu przy tworzeniu Pieśni lodu i ognia, to zakończenie serii znalibyśmy na długo, zanim Haringtonowi wyrosłyby pierwsze włosy pod nosem. Naprawdę fajnie być fanem Sandersona – nie sposób się przy nim nudzić, a zabawa z jego twórczością zawsze jest cudowna. Facet kocha pisanie, bawi się tym i nie zamierza sobie niczego odmawiać. Natomiast jego literacki debiut sprzed lat to wyśmienity pokaz jego głównych atutów.

    Elantris - okładka książki
    Elantris – okładka książki

    Tytułowe Elantris było niegdyś majestatycznym, niemal boskim miastem. Od wieków zamieszkiwali je ludzie dotknięci tajemniczym błogosławieństwem – niespodziewanym przypływem mocy naznacza zupełnie przypadkowych ludzi. Niezwykły dar przekształcał ich ciała i obdarzał niezwykłymi zdolnościami. Niespodziewanie stawali się Elantryjczykami – pięknymi i potężnymi nadludźmi. Samo miasto natomiast olśniewało swoim blaskiem, cudownościami i nieograniczoną potęgą. W jego murach nie było chorób, głodu ani rzeczy niemożliwych. Jak to jednak w powieściach fantasy bywa – krainy płyną mlekiem i miodem tylko na początku historii. Ktoś niespodziewanie odcina magiczne zasilanie i Elantris popada w ruinę, przepełniająca je moc znika, a jego mieszkańcy zmieniają się w na wpół martwe istoty cierpiące nieskończony ból i głód. Dawne błogosławieństwo nadal jednak dotyka „wybrańców”. Teraz jest jednak przekleństwem – klątwą wiecznego nieżycia w cierpieniu. Dziesięć lat po nieznanym kataklizmie Elantris nadal góruje nad zewnętrznym miastem niczym pomnik ponurego upadku… a życie w cieniu takiego kolosa nie należy do najłatwiejszych.

    Lista rzeczy, za które można cenić twórczość Sandersona, jest naprawdę spora. Niemal za każdym razem oferuje nam pomysłowe, ciekawe i złożone systemy magiczne, świetnie napisanych bohaterów, do których serce się wyrywa, lekkość narracji oraz subtelnie wplecioną odrobinę humoru. Najbardziej raduje jednak jego podejście do motywów i schematów rządzących w literaturze fantastycznej. Sanderson odświeża je, sprawnie modyfikuje i delikatnie się z nimi zabawia, nie dając się złapać w żadne gatunkowe koleiny. Tworzy on światy przedstawione na swój własny sposób i dobrze się przy tym bawi – a widać to już w Elantris. Podczas gdy w wielu książkach z objętościową nadwagą bohaterowie szkolą się w jakimś złym zakonie lub zbierają swoje drużyny, poszukują zaginionych artefaktów i przemierzają przy tym pół świata i całkiem spory kawałek podziemi – wiadomo, po przygodę trzeba się pofatygować, bo sama raczej nie przyjdzie – w Elantris większość wydarzeń toczy się w jednym mieście. To jednak jeszcze nie koniec zabaw i ciekawych pomysłów: główny zły charakter znajduje się gdzieś daleko poza odwiedzaną okolicą, historia przedstawiona jest za pomocą dynamicznego narracyjnego zabiegu, akcja rozkręca się od pałacowych intryg do scen rodem z komiksów superbohaterskich, a początek mocno przypomina bajkę podkręconą do poziomu high fantasy. W końcu głównymi bohaterami są tu dobry książę zamieniony w potwora, zaradna i niezależna księżniczka oraz… no dobra, złej macochy akurat nie ma, ale w tej roli świetnie sprawdzają się fanatyczni kapłani niezbyt miłosiernego boga. I naprawdę dają przy tym radę.

    Elantris - okładka książki
    Elantris – okładka książki

    Poza swobodnym przemieszczaniem się po motywach Sanderson uprzyjemnia nam czytanie przemyślanym i sprawnie poprowadzonym zabiegiem narracyjnym. Wydarzenia obserwujemy z perspektywy trzech różnych bohaterów: Raodena – wzorowego księcia o wielkim sercu, który został zamieniony w Elantryjczyka, Sarene – zaradnej, inteligentnej i błyskotliwej księżniczki, która znalazła się na dworze w obcym sobie kraju, oraz Hrathena – kapłana wysłanego z ważną misją przez złowrogiego Ostatniego Imperatora. I chociaż akcja Elantris toczy się na niewielkiej przestrzeni, a bohaterowie dość mocno są ze sobą powiązani, to każdy z wątków oferuje nam niemal zupełnie inny rodzaj historii. Radoen zmaga się z klątwą oraz wymagającym życiem w martwym mieście i próbuje rozwiązać tajemnicę niedziałającej magii i upadku Elantris, Sarene natomiast trafia w środek pałacowych intryg, próbuje zmienić ustrój kraju, przynosi ze sobą delikatną falę feminizmu oraz poważnie wkurza złego kapłana – i to tylko na rozgrzewkę. Hrathen w tym czasie cały czas knuje i obmyśla kolejne przewrotne plany, by bezkrwawo obalić władcę, zmienić obowiązującą religię i złożyć nienaruszone państwo swojemu bezwzględnemu władcy. Wątki te początkowo krążą wokół siebie i ledwo się o siebie ocierają. Z czasem jednak bohaterowie zaczynają na siebie oddziaływać, a historie wzajemnie się przeplatają, by w końcówce stopić się w widowiskową i dynamiczną całość. Zabieg ten jest świetnie przemyślany i sprawnie poprowadzony. Sanderson dodatkowo za jego pomocą nadaje opowieści wciągający rytm. Poszczególne wątki następują bowiem w ustalonej od początku kolejności i każdy kolejny rozdział należy do tej samej postaci. Ta konsekwentna powtarzalność sprawia, że zmiana tempa jest jeszcze bardziej odczuwalna i mocniej wciąga nas w opowiadaną historię.

     Elantris - okładka książki
    Elantris – okładka książki

    Mimo nagromadzenia wszystkich tych zabiegów akcja w Elantris dość długo stoi w miejscu. Takie zdanie w większości przypadków sprawiłoby, że opasłe fantasy miałoby się ochotę odłożyć na bok i grzecznie mu podziękować. Sanderson jednak potrafi tak umilić nam dość długo stonowaną akcję, że nie jesteśmy się w stanie na niego gniewać. Wolne początkowo tempo jest dla niego okazją do ekspozycji świata przedstawionego – prezentuje nam życie w upadłym mieście, pałacowe intrygi i fanatyzm religijny. Powoli odkrywa przed nami kolejne elementy swojego systemu magicznego i przedstawia nam bohaterów. Sanderson na takie dłużyzny może sobie śmiało pozwalać, bo czuje się w tym najlepiej. Opowiada nam o swoim fantastycznym świecie w sposób wciągający, lekki i pełen subtelnego humoru – intryguje kolejnymi pomysłami, dorzuca trochę współczesnych elementów i sprawia, że zakochujemy się w postaciach, za którymi po chwili bylibyśmy gotowi skoczyć w ogień (albo objęcia kilkusetstronicowej powieści). Stojąca w miejscu akcja zupełnie nie przeszkadza, a później i tak w nagrodę za cierpliwość dostaniemy naprawdę dużo. Zanim się zorientujemy, tempo wzrasta i wtedy dopiero zaczynają dziać się fantastyczne rzeczy – wątki się intensywnie przeplatają, kolejne przewroty fabularne pojawiają się z intensywnością pędzącego rollercoastera, między bohaterami iskrzy na różne sposoby, a finał oferuje akcję rodem z kina superbohaterskiego.

    O tekstach Sandersona można by pisać naprawdę długo i to zachwalając je w każdym aspekcie. Tak samo jest w przypadku Elantris. To świetny debiut i kawał porządnego fantasy – odświeżającego i intrygującego. Napisanego błyskotliwie, bez kompleksów i z sercem do gatunku. Sanderson bawi się fantastyką, czerpie z tego przyjemność i robi to naprawdę na ogromną skalę. Przy takim podejściu do pisania na głowę mogłyby mi spadać tysiącstronicowe cegły, a ja witałbym je zawsze z uśmiechem na ustach i otwartymi ramionami… zupełnie nie zważając na ryzyko obrażeń wewnętrznych.

    W skali od 1 od „Za górami, za lasami, było sobie porządne fantasy” – z czystym sercem należy się „Bajka superbohaterska w zbroi z fantastycznego fantasy”

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Elantris
    Wydawnictwo: MAG
    Autor: Brandon Sanderson
    Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
    Data premiery: 14.09.2016
    Gatunek: Fantasy

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + ciekawy zabieg narracyjny
    + przyjemnie narastające tempo wydarzeń
    + ciekawi, interesujący i intrygujący bohaterowie
    + lekki humor
    + zabawy gatunkowymi standardami
    + wciągająca historia
    + świetnie zazębiające się wątki
    + przemyślana podział perspektyw
    + lekki, przyjemny język

    Minusy:
    – wrażenie pustego świata

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Wojciech Bryk
    Wojciech Bryk
    Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x