SIEĆ NERDHEIM:

Ciocia Janina przyjeżdża po spadek i inne fabularne potworności. Recenzja książki Czerwone Słońce

KorektaJustin
Czerwone Słońce - okładka książki
Czerwone Słońce – okładka książki

W drugim tomie przygód Magdy, postrachu słowiańskich potworów, poprawił się nieco styl autorki. Niestety fabularny chaos, brak sensownego pomysłu na historię oraz nieustająca powtarzalność pozostają na posterunku, by nadal straszyć. I to skuteczniej, niż najgorsze potworności mieszkające w kaszubskich lasach. 

Magda – nastoletnia i po części samozwańcza łowczyni lokalnych potworów – powraca po rocznej nieobecności. Jak łatwo można było się domyślić z treści poprzedniego tomu, dziewczyna na podobieństwo swojego wujka także zostaje Żniwiarzem – duszą z nieznanych powodów zmuszoną do odradzania się w nowych ciałach, która przy okazji narzuca sobie misję walki z potworami. Nowo nabyte wysportowane ciało idealnie nadaje się do celu, jaki przyświeca obecnie dziewczynie. Chce ona odnaleźć istotę odpowiedzialną za jej przedwczesny zgon i zemścić się na niej. Problem w tym, że nikt nie wie, gdzie podziewa się wspomniany nikczemnik, jak go znaleźć, czym pokonać i czy w ogóle kręci się on wśród żywych – w końcu wydarzenia z poprzedniego tomu powinny wzbudzać taką wątpliwość. Sposobem na wyrwanie się ze ślepej uliczki jest tzw. metoda na braci Winchesterów, czyli przegląd lokalnej prasy i poszukiwanie nowych zleceń. Reszta jakoś sama się rozwiąże. W międzyczasie w miasteczku zaczynają dziać się dziwne rzeczy… z mgieł rodzinnej przeszłości wynurza się ciocia Janina pragnąca odzyskać rodowe srebra. Towarzyszą jej dwa złowieszcze i blade karki w błyszczącej audicy.  

Pierwszy tom serii o przygodach nastoletniej łowczyni słowiańskich potworów stanowił spore rozczarowanie. Pusta noc w podstawowych założeniach brzmiała niczym swojska fanowska fantazja na temat Supernatural. Młodzieżowa historia miała cały bagażnik wypchany po brzegi potencjałem na lekką zabawę, jednak autorka zdecydowała się do niego nie zaglądać. Niedopracowana książka owszem straszyła, jednak nie strzygami czy południcami, ale sztucznie prowadzonymi dialogami, jednowymiarowymi postaciami oraz pozbawionymi autentyczności zachowaniami. Na dodatek skromna fabuła nie dysponowała nawet szczątkową spójnością – bohaterowie raz po raz wyjeżdżali w teren, szybko rozprawiali się ze słowiańskim tałatajstwem i wracali do siebie, czasem tylko dla odmiany zahaczając o sąsiada. Opisy niemal identycznych walk oraz zestaw dwóch czy trzech powtarzających się potworów nużyły, a ekspozycja elementów fantastycznych ograniczała się zazwyczaj do jednego niezgrabnie wrzuconego zdania. Drugi tom to w zasadzie powtórka z rozrywki. Kosmetyczne poprawki nie są bowiem w stanie zatuszować głównego problemu, czyli wybrakowanej fabuły. 

Czerwone Słońce - okładka książki
Czerwone Słońce – okładka książki

Czerwone słońce stylistycznie prezentuje się jednak lepiej. Dialogi nie są już tak drętwe, dzięki czemu bohaterowie zaczynają powoli przypominać prawdziwych ludzi, a nie kosmiczne klony podszywające się pod miejscowych. Opisy codziennych sytuacji także przestały trącać Trudnymi sprawami, natomiast od zachowań postaci ręce nie opadają już z taką regularnością. Wszyscy za to zgodnie zaczęli być nieziemsko wręcz irytujący, dlatego też ból stawów zostaje zastąpiony zgrzytaniem zębami. Kolejny malutki plus należy się Czerwonemu słońcu za rozbicie historii na kilka perspektyw. Szczególnie że wątek opętanego w poprzednim tomie zmagającego się z przeszłością chłopaka stanowił interesujący materiał do rozbudowania. Od czasu do czasu wydarzenia śledzimy także oczami pomagiera czarnego charakteru ogarniającego bałagan przed powrotem szefa oraz… cioci Janiny powracającej do miasteczka w celu ostatecznego rozwiązania kwestii źle wyegzekwowanego testamentu jej siostry nieboszczki. Raczej nie powinno nikogo dziwić, że to właśnie ostatni wątek cieszył się największą (a zarazem przesadną) uwagą autorki. I tym oto sposobem po kilku rozdziałach skutecznie udało się wyegzorcyzmować biedny mały plusik.  

Na tym w zasadzie kończą się zalety drugiego tomu. Reszta niezmiennie trzyma poziom Pustej nocy, dzięki czemu dostajemy kolejną niedomagającą fabularnie powieść. Autorka nie potrafi wykorzystać potencjału historii i nawet nie stara się nadać jej odrobiny spójności. Czerwone słońce stoi w więc w miejscu, powtarza już poprzednio nadużyte zagrywki i razi nieporadnością. 

Czerwone Słońce - okładka książki
Czerwone Słońce – okładka książki

Fabuła, która już w Pustej nocy nie zaskakiwała nadmierną ilością warstw, tym razem jest wychudzona niczym co drugi upiorny przeciwnik Magdy. I chociaż naprawdę nie ma tu czego rozciągać, naginać i wyginać, to Hendel nie traci zapału do niemiłosiernego wręcz przedłużania głównej akcji. W urban fantasy wpuszczanie protagonistów na fałszywe tropy oraz w kolejne zadania poboczne jest w zasadzie gatunkową tradycją, jednak autorce Żniwiarza do takich zabaw zwyczajnie brakuje pomysłów. Na zmianę wykorzystuje schematyczne zapychacze lub w śmieszny sposób zatrzymuje fabularny postęp. W praktyce główna bohaterka chce wyegzorcyzmować swojego przeciwnika do tego stopnia, aby odbiło mu się potrawką z Chrztu Polski. Postawa godna pochwały. Możemy więc spodziewać się teraz poszukiwania kolejnych wskazówek, rozwiązywania zagadek, grzebania w zakurzonych księgach czy nawet przesłuchiwania demona przy użyciu hydromasażu z wody święconej. Nic z tych rzeczy.  

Nikt nie wie, gdzie szukać „tego złego”, a główna bohaterka nie chce porozmawiać z jedyną postacią, która mogłaby podrzucić jakiś trop, bo jest na nią obrażona. Nie jest to jednak żart na jeden akapit. Nie będzie z nią gadała i koniec. Biedny i bezradny wątek główny siada więc w kącie i czeka niemal do końca książki na swój moment. Czasem próbuje nieśmiało się poruszyć i dojść do głosu, ale autorka ucisza go za każdym razem coraz idiotyczniej prowadzonymi dialogami. Magda zaczyna powtarzać, że musi wyciągnąć z chłopaka jakieś informacje, bo ten ewentualnie coś ukrywa, ale gdy nadarza się ku temu okazja, postanawia po prostu zmienić temat. W końcu rodzaje pizzy w podrzędnej knajpie są ważniejsze niż walka z demonami. Detektywistyczny instynkt naprawdę godny pozazdroszczenia. 

Takich fabularnych zakrętów książka bierze jeszcze kilka. Autorka, zamiast urozmaicić wątek główny lub po prostu zacząć nam go opowiadać, dzielnie odwraca naszą uwagę i stara się nadać książce pozory dynamizmu – niestety, dzięki kilku perełkom na logikę jest już za późno. Dostajemy kolejne nieatrakcyjne wątki, które częściej irytują, niż intrygują – wspomniana wcześniej ciotka obiera strategię „dej, bo mnie się należy”, obłąkana dziewczyna przeżywa romans, który nawet się nie rozpoczął, a część postaci z poprzednich tomów pojawia się tylko po to, aby dostać aktualizację na temat powrotu Magdy z zaświatów.  

Czerwone Słońce - okładka książki
Czerwone Słońce – okładka książki

Numerem popisowym serii jest natomiast zapełnianie stron powtarzającymi się walkami z potworami, a w zasadzie wrzucanie ich byle gdzie i byle by były, żeby tylko przypomnieć, jaki to Żniwiarz chętnie czerpie z mitologii słowiasnkiej. Tak naprawdę ta nieco serialowa konwencja mogłaby być największą zaletą cyklu. Jednak polowanie po raz eny na tego samego potwora zaczęło nudzić już w poprzednim tomie, a teraz stało się zwyczajnie męczące. Natomiast dorzucenie jeszcze jednego pojedynku w samym środku zamykania głównego wątku jest już po prostu zagraniem niepoważnym. Brak oryginalności dotyka tu nawet doboru lokacji. Kolejne straszydło pojawiające się dokładnie na tym samym cmentarzu powinno zainteresować kurię. Jak tak dalej pójdzie, to do końca serii zupełnie zabraknie im wolnych kwater. 

Przy odrobinie wyrozumiałości dałoby się jeszcze przełknąć tę wtórność atrakcji. W końcu tam zabiją wieszczego, tu poharatają stadko brzydkich rusałek, a to znów coś im wyskoczy przed maskę – niby fajnie, różnorodnie i ciągle coś się dzieje. Problem w tym, że te elementy pozostawiają spory niedosyt, ponieważ pozbawione są interesującego tła. Za potworami nie kryją się żadne historie czy ludzkie dramaty, a ze zmagań z nimi nie wypływają żadne morały czy wskazówki. To tylko niedopracowane i mało atrakcyjne ozdobniki pełniące funkcję waty do wypychania wątku głównego. 

Jeszcze trudniej znaleźć w Czerwonym słońcu okazję do dobrej zabawy. Mimo prostoty całość nie przypomina młodzieżowej przygodówki czy choćby nieporadnego fanfiku kultowego serialu. Jest jedną wielką i średnio udaną próbą odwrócenia uwagi. Od czego dokładnie? Trudno powiedzieć. Sam pomysł na historię to w zasadzie samograj, który mógłby doczekać się piętnastu tomów, tuzina spin-offów i crossoveru z Percy Jacksonem, Heksalogią o wiedźmie i Kiśloversum. Tymczasem masa nieatrakcyjny wątków, powtarzalność oraz idiotyczne zachowanie bohaterów wbija kolejne kołki w naprawdę fajny materiał. Wygląda to, jakby autorka, zamiast zaplanować przygodę i dobrze się bawić, nieustannie improwizowała. Z bardzo słabym skutkiem. 

Autor tekstu prowadzi na Facebooku stronę RuBryka Popkulturalna.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Czerwone Słońce
Cykl: Żniwiarz
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Autor: Paulina Hendel
Data premiery: 27.09.2017
Gatunek: Fantasy, literatura młodzieżowa

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.