SIEĆ NERDHEIM:

Dzisiaj jestem duży, wczoraj byłem mały. Recenzja komiksu Wyjątkowe chwile ze sztucznymi brawami

Zanurzenie czy wynurzenie?
Zanurzenie czy wynurzenie?

Gianni Pacinotti, czyli Gipi, to jeden z twórców tej kategorii, którzy mają prawo podpisywać się pod dewizą „mniej znaczy więcej”. Odpowiadające jej dzieła można zasypywać superlatywami i mieć przy tym narastające poczucie oddalania się od istoty ich treści. Jestem w takiej właśnie sytuacji, gdy muszę zaciągnąć hamulec, bo wszelkie dobitne i spiętrzone wyrazy uznania, choć szczere, mogą zburzyć konstrukcję, przy użyciu której włoski rysownik i scenarzysta prowadzi nas do pojęcia „wyjątkowości” – zarówno tytułowych chwil, jak i własnej pracy.

Jej elementy każdy, kto zetknął się już z innymi komiksami Gipiego, rozpozna bez trudu: fragmentaryczna i niechronologiczna narracja z dużą ilością urozmaiconych przerywników (wspomnienia, dygresje, symboliczna przestrzeń stanów wewnętrznych), rozbudowany i nieoczywisty portret psychologiczny bohatera, sytuacje kwestionującepodłoże ludzkich intencjii wiwisekcja niby oczywistych, bo rodzinnych, relacji. Wyjątkowe chwile ze sztucznymi brawami pośród wydanych w Polsce albumów artysty znajdują się blisko S. oraz Pewnej historii, przy czym z ostatnim tytułem łączy je dodatkowo osoba bohatera, a właściwie jego personalia. Bo czy Silvano Landi to ta sama postać, czy może wykorzystywany przez autora eponim (źródłosłów imienia to „las”), symbolizujący ogólniejszy rodzaj pogmatwanej kondycji artysty i człowieka? U Gipiego można się spodziewać i takich subtelności.

Jest zatem Silvano Landi – stand-uper po pięćdziesiątce, którego umierająca matka znajduje się w hospicjum. Z każdą wizytą u niej mężczyzna czuje narastającą pustkę, wywołaną czymś jeszcze poza nadchodzącą śmiercią matki. Przynajmniej tak to sobie sam próbuje tłumaczyć, przerażony formą własnych, niespodziewanie obcych reakcji na tę krańcową sytuację. Emocjonalne zagubienie sprzyja wyłuskiwaniu wspomnień i scalaniu ich w dowody na rzecz życiowego fiaska; dowody łączone naraz z lekceważeniem i goryczą, podług paradoksalnej logiki smutnego komika. Pomiędzy cyniczny i rozżalony głos tak prowadzonego samosądu wkrada się trzeci, należący do niewidocznego, zimnokrwistego sprawozdawcy, którego wypowiedziom, komentującym tok myśli i projekcje Silvana, towarzyszy zazwyczaj dystansujące wskazanie: „W praktyce…”. I czwarty, wychodzący z ust chłopca, który z pewnością nie pochodzi ze świata żywych, choć dowodzi żywotności okresu dzieciństwa w rozpaczliwych tęsknotach Silvana. I jeszcze głos telewizyjnego dokumentu o Szeregowcu Ryanie. I radiowej wypowiedzi polityka w sprawie imigrantów. I jeszcze kilka innych, cichszych, wytłumionych odległością w czasie i przestrzeni.

Kosmonauta czy nurek?
Kosmonauta czy nurek?

Te podstawowe punkty odniesienia Gipi wykorzystuje, by pamięć bohatera i dręczący go stan oblec również w wewnętrzne metafory. Jedną z nich stanowi kosmos z międzyplanetarną skalą, eksplorowany przez załogę kosmonautów, dawnych kolegów Silvana, drugą – prehistoria ludzkiego gatunku na Ziemi, z pierwotnym zakresem instynktu przetrwania. Z pierwszą łączy się zagrożenie pochłonięcia przez wir „czerni”, z drugą – pozbawienie szans na ojcostwo. Obie zaś paraliżują mężczyznę perspektywą zaniku – pamięci i genów. I do obu przekrada się nierozumiejące powagi sytuacji wspomniane dziecko. A może rozumiejące właśnie szkodliwość tej neurotycznej, samoudręczającej i jednocześnie egotycznej postawy?

Znów zaciągam hamulec, by nie zapędzić się w analizy kolejnych obrazów, w których prostej, archetypowej aranżacji i dokonującym się mimochodem przenikaniu Gipi jest mistrzem. Wystarczy odnieść się do wodnej symboliki czy problemu „odgrywania uczuć” zarysowanego przy okazji oglądanego przez bohatera dokumentu o aktorach wcielających się w role żołnierzy. Komik Silvano przystaje milcząco nad wodą, prowokuje krzykiem niebo, wznosi cierpko-gorzkie toasty za ludzkość (premiowanymi przedstawicielami tejże są m.in. Joseph Goebbels i Simo Häyhä, fiński snajper z czasów wojny zimowej), obnaża się emocjonalnie w ramach stand-upowych występów oraz przed przypadkowymi ludźmi, gmatwa w manewrowaniu zaworami wyznania i wyparcia. To człowiek zarazem godny pożałowania i współczucia. Najkrócej mówiąc: zrozpaczony.

Ta rozprawa z fałszującymi obraz rzeczywistości (tej aktualnej i tej minionej) skłonnościami psychiki jest mozolna i bolesna. Przynajmniej w teorii cierpienia, której praktykiem stał się Silvano. Obok niej istnieje też inna, omijająca owo „kosmiczne błoto” praktyka, a jej proste wymagania bezlitośnie przypierają do muru mężczyznę podczas każdej próby wyłączenia „świetlistego dziecka” z wewnętrznego dialogu. Ono zaś nie jest kolejną zafałszowaną projekcją – w tym przypadku beztroski i niewinności; tego typu banałów u Gipiego nie znajdziecie.

Mit genezyjski czy mit dzieciństwa?
Mit genezyjski czy mit dzieciństwa?

Zresztą wszystkie rozwiązania, jakie autor opracował, mierząc się z jednym z podstawowych (i łatwych do strywializowania) tematów, swoją celność zawdzięczają połączeniu delikatności i surowości (które to już kontrastowe zestawienie w tej recenzji?). W warstwie graficznej jest to równie zdecydowany podział na wydrapane cienką kreską kontury (wątek „kosmonautyczny” oraz kilka retrospekcji są wyłącznie czarno-białe) i akwarelowe plamy, zapewniające nie tylko wizualną głębię. Artysta dozuje nastrój środkami plastycznymi z organicznym wyczuciem – wystarcza mu mały akcent kolorystyczny, by zmienić lub podkreślić emocjonalny ton opowieści. Wymaga przy tym czujności czytelnika, gdy splata plany narracyjne w sąsiedztwie kilku kadrów. Podobnie jak w przytoczonych na wstępie tytułach, Gipi wykorzystuje technikę rysunku i gamę kolorów do wyodrębnienia wątków, czym zdecydowanie ułatwia orientację w przerywanej wielokrotnie strukturze opowieści.

Podobnie też po raz kolejny nie numeruje stron, a dodatkowo Wyjątkowe chwile… złożył z 20 rozdziałów o stałej liczbie pięciu plansz każdy (nie licząc trzech plansz otwierającego komiks wstępu). Ta dyscyplina formalna imponuje tym bardziej, gdy spojrzymy na ogromną rozpiętość dynamiki zaprezentowanej przez autora w obrębie tak wydzielonych fragmentów/chwil i sposób, w jaki współgrają one ze sobą w momentach styku. Te zaś nie następują gwałtownie po sobie, bo oddziela je od siebie równie regularny dystans trzech białych stron, z których środkowa zawiera wypisany niewielkimi literami tytuł rozdziału.

Zatrzymuję się przy tym operowaniu pustą przestrzenią kartki, gdyż zgrała się u mnie z potrzebą oddechu następującą po każdej z przeczytanych cząstek historii Silvana. I oddech ten – wbrew podanemu rygorowi objętości – rwał się wraz z nią. I było to czysto fizyczne doznanie, angażujące zróżnicowane emocje, co tylko uświadomiło mi przy kolejnej lekturze, że nie wiem, jak by się one splątały, gdyby nie owe białe strony wygładzające momenty przejścia. Gipi wiedział, co robi; i to nie celem zmanipulowania czytelnika.

Woda czy ogień?
Woda czy ogień?

„Film wciąga, nie pozwala pomyśleć, komiks jest przystankiem w czasie, ma w sobie coś z seansu spirytystycznego. Jest w innej relacji z czytelnikiem, zniewala go inaczej, fascynując poprzez rodzaj śmiertelnego bezruchu” – tak o swojej fascynacji komiksem mówił inny Włoch, Federico Fellini. Gipi, będąc również filmowcem i używając zbliżonej do wielkiego reżysera poetyki wspomnienia, podobnie zdaje sobie sprawę z bliskości i odmienności tych sztuk. Nasyca więc sceny swoich dzieł emocjami tak, że stają się właśnie „przystankami w czasie”, po których można powiedzieć „Więc tak to się dzieje? UPS…”. Byle nie UGPS. A czemu? Gipi wam wyjaśni.

Wydawnictwu Timof serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Wyjątkowe chwile ze sztucznymi brawami
Wydawnictwo: Timof Comics
Scenariusz i rysunki: Gipi
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Typ: komiks
Gatunek: obyczajowy/dramat
Data premiery: 27.08.2021
Liczba stron: 176
ISBN: 9788366347694

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.