SIEĆ NERDHEIM:

Serce nie wasal? Recenzja komiksu Usagi Yojimbo. Powrót

Ten też peleryniarz?
Ten też peleryniarz?

Ile to już par waraji zdarł Usagi podczas swojej bezpańskiej włóczęgi? Ilu przeciwników, zarówno fechmistrzów godnych jego umiejętności, jak i aroganckich rębajłów zostawił martwych pośród pyłu tej niekończącej się drogi? Ile razy mijane krajobrazy przywoływały w nim wspomnienie rodzinnej wioski? Nie, nie dokonujcie teraz nerwowych obliczeń, to nie nerdowski egzamin do loży psychofanów antropomorficznego samuraja. Nie statystyka, a retoryka. Bo jakoś trzeba zacząć omówienie kolejnego tomu serii, której walorów nie sposób zamknąć w buchalteryjnych kolumienkach.

Jeżeli jednak w kimś te pytania rozbudziły rachmistrzowskie ambicje, to spokojna głowa – Powrót dostarczy mu danych do aktualizacji. Mnie zapewnił przy tym inny powrót, mianowicie do rozmyślań nad najświeższą zmianą w przemierzanym śladami Usagiego świecie, czyli jego koloryzacją. Ale do tej kwestii powrócę później – priorytetowym powrotem jest wszak ten w ojczyste rejony bohatera, podległe dziś Panu Hikijemu, odpowiedzialnemu za śmierć ich wcześniejszego właściciela, Pana Mifune, którego znak na zniszczonym kimonie wciąż wiernie nosi Usagi.

I ten właśnie mon, klanowe godło, widoczny dla każdego dowód oddania, połączy trzy składające się na Powrót opowieści. W pierwszej (Tatami) nie przysporzy jeszcze długouchemu wyraźnych kłopotów; Usagi, jak to już bywa, włączy się spontanicznie w walkę – tym razem wspomagając obronę orszaku napadniętego przez znany mu klan ninja Neko. Ich zadaniem zaś, czym realizują intrygę Pana Hikijego, jest przeszkodzić w transporcie tradycyjnych mat, które mają uświetnić ceremonię herbacianą z udziałem wysłannika szoguna. W następnym miasteczku (i zarazem następnej historii) mon ściąga na naszego ronina uwagę grupy samurajów noszących znak nowego pana tych ziem. Honor Usagiego nie uznaje wszak tego zwierzchnictwa, więc możecie się domyślić, jak kończy się akcja zaczepna w wykonaniu tych, którzy czują za sobą przewagę własnego boiska… przynajmniej do pewnego stopnia, bo w jej efekcie biały królik trafia właśnie w to miejsce, jakie świadomie chciał ominąć – do rodzinnej wioski. I tutaj, w tytułowym Powrocie, łączą się kwestie wasalskich i sercowych powinności.

A gdzie chleb i sól?
A gdzie chleb i sól?

Wybaczcie, ale o tej przygodzie, zajmującej połowę objętości tomu, nie napiszę nic więcej ponad to, że pojawiają się w niej wszyscy, którzy są odpowiedzialni za formowanie ducha i takoż duchowe rozterki Usagiego – dawna (nie przedawniona) miłość, Mariko, dawny przyjaciel (a obecnie mąż Mariko), Kenichi, dawny (i dozgonny) sensei, Katsuichi oraz dawno nie widziany Jotaro (syn Mariko i… kto nie czytał, temu wielokropek i tak zdradzi zbyt wiele). Zaś mgłę przeszłości zagęści dodatkowo jeden z dawnych towarzyszy broni, Kato, weteran bitwy na równinie Adachi, od której rozpoczęła się bezpańska kariera Usagiego.

Sakai rozpisał tę część swojej sagi momentami kapitalnie, momentami nieco na skróty i naiwnie (finał środkowej opowieści). Kwestia samurajskiej lojalności wobec Pana Mifune doczekała się dosyć dramatycznego dialogu w postawach Usagiego i Kato (wspaniałym preludium do niej jest finał Tatami z udziałem innego samuraja), ale właśnie tylko „dosyć”, gdyż antagoniście zabrakło charyzmy, jaką emanował choćby generał Fuji w Daisho (1998 r.). Wpływ na to ma również sam rysunek – Kato wygląda jak jeden z wielu szeregowo uśmiercanych napastników, stąd nawet jego obecność w Tatami, chociaż połączona z niejasną zapowiedzią ponownego spotkania,nie wyróżnia go odpowiednio. Z przywołanym Daisho łączy się też motyw odebranych mieczy i zestawiając wywołane tym wydarzeniem starcia, trudno przy lekturze Powrotu nie mieć niedosytu.

Kto shurikenem wojuje...
Kto shurikenem wojuje…

Ponadto jako czytelnicy znamy już charakter Usagiego na tyle dobrze, że wszelki suspens dotyczący jego prawości jest nieprawdopodobny, stąd kluczowy dla tytułowej opowieści twist da się bez wysiłku przewidzieć. Jeśli dołożyć do tego tempo wydarzeń w jej końcowej części (odbija się to w bardziej uproszczonym kadrowaniu względem podobnie epickich charakterem scen w dziejach serii) to wizyta królika w rodzinnej wiosce sprawia wrażenie nie aż tak istotnej i to pomimo kilku bezbłędnie wplecionych weń retrospekcji. Ale cóż – może to po prostu jeszcze nie pora na powroty niosące rozwiązania? Może to raczej kolejna lekcja pokory od sensei Sakaiego, której sens dopiero zrozumiem?

Może i tak odkryje się przede mną kiedyś celowość owej wzmiankowanej już koloryzacji? Bowiem teraz ów nowy standard wydawniczy zaczął mi wadzić. Tak, pamiętam, co pisałem podczas recenzowania Bunraku; cóż, skoro wszystkie pola, jakie doznały uszczerbku wskutek wprowadzenia barw, eksponują mi swoje zubożenie coraz mocniej.Nie ma już tyle miejsca na rozpuszczanie i tężenie emocji w bieli. Giną czystość towarzyszącej im przestrzeni i subtelność krajobrazu. Przeważa efekt „kolorowanki” jako zabiegu wtórnego wobec pierwotnej spójności.

Tę burzy mi ponadto jeszcze parę drobiazgów. Sakai wykazuje świadomość wielopokoleniowej już egzystencji Usagiego na rynku, wkładając w dialogi postaci objaśnienia stopni relacji między bohaterami, poczynione chyba wyłącznie z myślą o tych, którzy po ten właśnie zeszyt sięgnęliby bez znajomości sporej wszak biblioteki wcześniejszych. I znów – tracą na tym ci, którzy tych wskazówek nie potrzebują. Podobnie z ukosa patrzę na posłowia będące ściągawką z ważnych dla kultury Japonii pojęć, zawsze umiejętnie wplecionych w fabułę komiksu . Do tej pory (mam nadzieję, że mnie pamięć nie myli) pisał je sam Sakai, a w tym tomie o tatami i o mon wykład robi Ruth Wold. Poczułem się tak, jakby ulubionego nauczyciela nagle zastąpił nie mniej kompetentny, ale jednak inny. Jakby naraz Sakai zaczął rozdzielać, niby w niewielkim stopniu i w dobrej wierze, autorskość swojego dzieła.

Oszczędny chłopak!
Oszczędny chłopak!

Niezręcznie mi, bo Powrót zawiera przecież wszystko to, czym seria Sakaiego zaskarbia sobie wciąż pozytywne uczucia (bo czy mogłaby wzbudzać inne?) czytelników na całym świecie, od sympatii do uwielbienia, przy czym sam lokuję się w górnym rejestrze tych deklaracji. Pełne autentyzmu postaci, mistrzowskie wiązanie wątków, tematyczne i gatunkowe urozmaicenie fabuły, historyczną rzetelność, tło kulturowe, wytrawny styl oraz niesłabnącą autorską pasję. I to imponujące wyczucie, z jakim zmienia emocjonalny strumień historii, zostawiając nas z obietnicą kolejnych wrażeń. I tutaj czuję się przez sensei Sakaiego doceniony, bo tylko znajomość dotychczasowej fabuły sagi pozwala się domyśleć, kogo zamierza odwiedzić Usagi, gdy na koniec tomu mówi o swoim „drugim nauczycielu”. Ach, cóż to będzie za spotkanie! Już nie mogę się doczekać! Tak, tak… Jak zwykle.

Wydawnictwu Egmont serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Usagi Yojimbo. Powrót
Wydawnictwo: Egmont
Scenariusz i rysunki: Stan Sakai
Kolory: Tom Luth
Tłumaczenie: Jarosław Grzędowicz
Typ: komiks
Gatunek: przygodowy/fantasy
Data premiery: 23.02.2022
Liczba stron: 200
ISBN: 9788328149076

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
Ile to już par waraji zdarł Usagi podczas swojej bezpańskiej włóczęgi? Ilu przeciwników, zarówno fechmistrzów godnych jego umiejętności, jak i aroganckich rębajłów zostawił martwych pośród pyłu tej niekończącej się drogi? Ile razy mijane krajobrazy przywoływały w nim wspomnienie rodzinnej wioski? Nie, nie dokonujcie teraz...Serce nie wasal? Recenzja komiksu Usagi Yojimbo. Powrót
Enable Notifications    OK No thanks