Więcej

    Kosa w oko. Recenzja komiksu The Goon tom 1

    The Goon 1 Okładka

    The Goon to, nie owijając w bawełnę, kwintesencja tego, czego oczekuję od komiksu (powiedzmy) rozrywkowego. Rozpoznawalny styl graficzny, potwory, radosna brutalność i możliwie oszczędne, choć wyraźnie obecne wątki introspekcyjne. Obok Hellboya, który te same składniki oferuje w nieco innych proporcjach, Zbir wydaje mi się kolejnym tytułem perfekcyjnie dopasowanym do mojego gustu i cierpliwości w śledzeniu dłuższych fabuł. To niesamowite, że naprawdę do tej pory nigdy go nie czytałem. Umówmy się, o silnorękim łachmycie stworzonym przez Erica Powella trudno nie słyszeć, gdy chociaż trochę kiełkuje nam w głowie nasionko zainteresowania komiksem. Coś tam podłapałem od znajomków, coś wpadło mi w oko podczas wizyty w sklepie komiksowym, coś innego z kolei wyczytałem na jakiejś wiki. Przez zbiorcze wydanie od Non Stop Comics nie mogłem ciągnąć dalej tego leniwego malkontenctwa.

    Co to była za podróż! Ledwie zacząłem lekturę, a już przestałem się dziwować, czemu autor wyłapał za tę serię aż pięć nagród Eisnera. Pierwszy tom otwierają materiały wydane przez Powella jeszcze przed adopcją tytułu do Dark Horse i ciągnie się aż do perypetii stworzonych pięć lat później. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie wiecie, kim jest Zbir, śpieszę z wyjaśnieniem: jest ucieleśnieniem destrukcji pogrążonym w lekko humorystycznej dekadencji. Osiłkiem na usługach trzęsącego okolicą mafioza Labrazio (choć nie do końca) i amatorskim łowcą potworów, dzięki któremu tylko pół miasta jest opanowane przez zombiaki produkowane masowo w wyniku działalności parchatego antagonisty – zwykle zwanego po prostu Kapłanem.

    The Goon 01 01

    Na przestrzeni prawie pięciuset stron obserwujemy z okazjonalnym obrzydzeniem (ale takim pozytywnym!), jak Zbir i jego najlepszy przyjaciel Franky prezentują swoją wypaczoną definicję uczciwej walki coraz to dziwniejszym zastępom mniej lub bardziej nadnaturalnych brzydali. Lanie dostaje cuchnący Rybi Pete, tysiące przegniłych truposzy, uwielbiający ciasto małpiskunks, a nawet bezkształtne monstrum żywcem wyrwane z prozy samotnika z Providence. Pięść muskularnego zakapiora nie oszczędza żadnej gęby, a kosa jego kumpla szczodrze dźga przeróżne gałki oczne. Dzięki licznym retrospekcjom przy okazji tych luźno powiązanych bijatyk możemy poznać dramatyczną przeszłość Zbira i początek znajomości z jego wiernym druhem, co nadaje postaciom odrobinę głębi, ale w zupełnie naturalny, tylko lekko sentymentalny sposób.

    Przyjemność z czytania Goona wynika z bardzo wielu czynników. Pierwsze skrzypce gra tutaj epizodyczny charakter przeważającej większości historii – grube tomiszcze jest zbiorem samodzielnych opowieści, do których śmiało można wracać w dowolnej kolejności. Nawet retrospekcje, choć zdecydowanie uzupełniają się wzajemnie, nie są przedstawione w do końca chronologicznym układzie. Ponowne sięganie do tych wątków dodatkowo ułatwia ich specyficzny klimat. Pomimo złowrogiej aury nadmorskiego miasta, którego przegniłe fundamenty skrywają liczne inspiracje prozą Lovecrafta, akcja przesiąknięta jest charakterystycznym czarnym humorem. Tutaj menele są niemalże odrębnym gatunkiem, Wilkołak jest największym mięczakiem w ekipie, a elfy Świętego Mikołaja żywią czysto gastryczną miłość do dzieci. Żywot Zbira zatopiony jest w barwnym (pomimo szarości całej palety) absurdzie, który dodatkowo koloryzuje kontrastująca powaga fragmentów rozwodzących się nad smutkiem czającym się w duszy brutalnego wielkoluda.

    The Goon 01 02

    Pod koniec tomu, po krótkiej metaforze o charakterze fekalnym, Franky zwraca się bezpośrednio do pretensjonalnych krytyków komiksowych: „Czasami dowcip o głupolu, babrającym się we własnych odchodach i dostającym kulkę w twarz to po prostu dowcip o głupolu, babrającym się we własnych odchodach i dostającym kulkę w twarz! (sic!)”. No i pomijając te wspomniane wyżej nieśmiałe wglądy w psychikę bohaterów, nie jestem w stanie lepiej określić, jaką pozycją jest The Goon. Nastawienie na czystą rozrywkę i karykaturalne wyśmianie jak największej ilości klisz całego horror fiction wyszło Ericowi Powellowi znakomicie. Jeśli oczekujecie od komiksu czegoś więcej, to raczej trafiliście pod zły adres, ale wszyscy zaproszeni świadomi charakteru imprezy z pewnością ubawią się tu po pachy. Będą mieli z kim, bo dawno nie miałem okazji czytać o menażerii z jednej strony tak antypatycznej, a z drugiej tak niesamowicie ciekawej i różnorodnej.

    Niemalże doskonale prezentuje się też wizualna strona tej groteski. Przyznam niechętnie, że minimalnie bardziej przypadł mi do gustu najwcześniejszy styl rysunku autora. Większa szczegółowość, objawiająca się też w postaci zdecydowanie dokładniej nakreślonej brzydoty wszystkich postaci, dosyć szybko poszła w odstawkę. Może i troszkę zbyt wyraźnie widać inspiracje stylem Mike’a Mignoli, a paskudna facjata Zbira nie budzi żadnej sympatii, ale ten poziom brudnej bezkompromisowości idealnie pasował do przedstawionego świata. W przeciągu następnych kilku lat obserwujemy, jak Powell zaczyna rysować bardziej wygładzone kształty i rezygnuje z nadmiaru czerni. Tym, co pozostaje, jest talent do przekuwania autorskiej radości z tworzenia w paradoksalnie pełne życia kadry i większe ilustracje o perfekcyjnej kompozycji. Słabsze graficznie momenty przewijają się przez tom niemalże niezauważalnie i toną w ekstremalnie łatwym w odbiorze, humorystycznym freak show. Jeśli ten zajeżdżający rybim olejem tort potrzebuje jeszcze wisienki, to niech będzie nią gościnny występ wspomnianego już twórcy Hellboya.

    The Goon 01 03

    Osobny akapit należy się jakości wydania. The Goon dołącza do zbioru tych pozycji, którymi można komuś zrobić fizyczną krzywdę. Twarda, biała oprawa i wyposażenie w dodatkową obwolutę, z której przez osobiste preferencje na półce zrezygnowałem, są niezaprzeczalnymi znakami jakości. Oprócz poszczególnych okładek zdobiących przejścia między kolejnymi rozdziałami, dostajemy również grubo ponad 30 stron tego, co kolekcjonerskie tygryski lubią najbardziej – materiałów dodatkowych. Dzięki licznym szkicom możemy chociaż trochę prześledzić, jak w głowie autora stopniowo rodziły się te wszystkie chore pomysły. Tłumaczenie również nie budzi większych zastrzeżeń, a niektóre niuanse mogły sprawić problem w przekładzie – szczególnie pochwalam pozostawienie oryginalnego tytułu! Ubolewam tylko nad faktem, że mój egzemplarz delikatnie rozkleił się przy końcu, ale strona nie wypadła, integralność została ocalona i przy umiarkowanie ostrożnym czytaniu chyba tak pozostanie. Solidna robota, za którą Non Stop Comics zdecydowanie należy się pochwała.

    No, muszę przyznać, że nie poszedłem pod prąd. Nie wykazałem się nawet najmniejszą chęcią buntu przeciwko licznym zachwytom, jakie na całym świecie płyną w stronę tego komiksu. Fajnie jest czasem postarać się wcielić w pretensjonalnego buca, który przez potrzebę wyrażania swojej oryginalności z nikim się nie zgadza, a w wyniku tej zgryźliwości wskazuje faktyczne słabostki powszechnie opiewanego dzieła. Dałoby się coś takiego zrobić, można na Goona całkiem słusznie narzekać, bo (w zależności od oczekiwań) nic nie jest idealne. Po co jednak psuć sobie zabawę? Doszukując się dziury w całym, odebrałbym sobie radość z świetnie napisanej, samoświadomej historii, w której tony humoru nie zgrzytają w kontakcie z mroczną, paranormalną atmosferą. Dzięki temu miałem okazję rozpocząć przygodę z komiksem słusznie uznawanym za jedną z obowiązkowych pozycji na półce każdego miłośnika medium. Śmiało kupujcie, postawcie gdzieś w zasięgu ręki, a jak zaatakują żywe trupy (albo ryboludzie), to przynajmniej będzie czym zmiażdżyć ich kruche czaszki.

    Serdecznie dziękujemy wydawnictwu Non Stop Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: The Goon tom 1
    Wydawnictwo: Dark Horse Comics / Non Stop Comics
    Autorzy: Eric Powell
    Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
    Typ: komiks
    Data premiery: 07.12.2018
    Liczba stron: 496

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + niezobowiązująca narracja
    + humor
    + elementy nadnaturalne
    + rysunki
    + jakość wydania

    Minusy:
    – hmm, pozycja nie dla każdego?

    Dodaj komentarz

    avatar
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).