SIEĆ NERDHEIM:

Nie budźcie mnie! Recenzja komiksu Sandman. Uwertura

Okładka kapitalna, ale chyba poprzednie wydanie miało lepszą.

Ale faza, ja pierdzielę! Różnie to bywa z kultowymi komiksami. Ostatnio przy nadrabianiu klasyków częściej byłem rozczarowany, telepatyczne klaskanie w stronę autorów zdarzało się rzadziej. Gaimanowi za tego Sandmana klaszczę mentalnie tak mocno, że mi się uszy trzęsą. Tak, to kolejna rzecz, której jakimś cudem wcześniej nie czytałem, pomimo tematycznego umiejscowienia w samym centrum mojego grajdołka zainteresowań. Po wstępnym rozeznaniu obawiałem się, że Sandman. Uwertura rozwali mi zwoje ogromną dawką poplątanej, nieprzystępnej pretensjonalności. Gaiman jednak, w przeciwieństwie do części tuzów z przerostem ambicji, najwyraźniej faktycznie potrafi (albo potrafił?) pisać.

Najpierw ostrzeżenie, które możecie olać, jeśli znacie już trzon fabularny tej serii albo na przestrzeni lat nie udało wam się uniknąć spoilerów zdradzających jej zakończenie (jak mnie), Uwertura to niby prolog, ale lepiej ją przeczytać na końcu. O czym to jest? Kto to wie! Na pewno nie ja. Ogólny zarys sytuacji pewnie znacie. Jest sobie Sen z Przedwiecznych, the original gothic daddy. Tenże Sen ma problem, bo jeden z jego aspektów nagle spłonął, co się dziać nie powinno. Poszukując odpowiedzi, wędruje przez poryte, barwne krainy i spotyka multum pokręconych istot (w większości wersje samego siebie). Po obgadaniu sprawy z samymi sobami i innymi personifikacjami konceptów niefizycznych Morfeusz odkrywa, że świat się kończy. Nic wielkiego.

A book in a book? Preposterous! (zabieg w sumie banalny w porównaniu do reszty komiksu).

Wielki za to jest wyczyn Gaimana (i nie tylko jego, ale o tym później). Wielu autorów tak odklejona od rzeczywistości fabuła by przerosła. Nie ma co tu gdybać, recenzowałem ostatnio Niewidzialnych Granta Morrisona i u niego psychodela, choć fabularnie była zdecydowanie bardziej przyziemna, totalnie zakręciła się w spiralę mylącego chaosu. Narracja w Sandman. Uwertura nie powinna sprawić żadnego problemu nawet ludziom rozpraszającym się łatwiej od nakoksowanej surykatki. Poziom przemyślenia i złożoność świata wykreowanego przez Gaimana powalają na kolana, w tym albumie mamy do czynienia jedynie z jego cząstką, a różnorodność wątków i motywów i tak mogłaby z łatwością przytłoczyć. Tak jednak nie jest, bo w onirycznej wędrówce poszczególne etapy fantazyjnego strumienia świadomości następują po sobie płynnie, w łatwo przyswajalny sposób.

Niesamowite jest też to, jak intrygująca jest ta opowieść osadzona w górnych warstwach baśniowej stratosfery. Choć nie powinno się jej teoretycznie czytać przed główną serią, to ogromnie pobudza apetyt na poznanie reszty historii i przypuszczam, że równie skutecznie dopisuje do tej reszty kąski smakowite dla czytelników bardziej rozeznanych. Trudno jest czasem zagłębić się w abstrakcyjne bajania o niedolach istot tak odległych od nudnego everymana, jak to tylko możliwe. Gaiman ułatwia nam to, budując kalejdoskopowy cyrk na fundamencie znanej nam niemalże instynktownie gnozy i powszechnie rozumianej mitologii. Wiemy, kim jest Sen, pluralizm jego postaci też jest sensowny, a i inne metafizyczne treści przechodzą bez popity. Może i nie jest to komiks dla was, jeśli twardo tuptacie po nudnym gruncie, ale w takim przypadku naprawdę szczerze wam współczuję. To dzieło z jednej strony monumentalne i wzniosłe, a z drugiej niemożliwie aż przyjemne w odbiorze.

Kadry się panu rozlały.

Nawet najsprawniej napisany scenariusz nie byłby jednak w stanie ograniczyć mózgotrzepności tych wszystkich motywów bez szatańsko udanej warstwy graficznej. Ja w ogóle nie wiem, jakim cudem powstały te niesamowitości (chociaż materiały dodatkowe starają nam się to wyjaśnić, propsuję!). Wyobrażam sobie analogiczną sytuację, w której architekci i inżynierowie przedstawiają budowniczym szalony plan konstrukcji gmachu o nieeuklidesowej formie. Wykonawcy następnie naginają prawa fizyki, rzucają pozornie losowo na kupę fragmenty słynnych budowli wyrwanych z różnych punktów czasoprzestrzeni, tu wysadzą bombę nuklearną dla efektu, tam wypełnią całe pomieszczenie budyniem, bo tak. Po wszystkim przychodzi pomysłodawca, bez problemu porusza się po poplątanych korytarzach i kiwając z aprobatą głową stwierdza: „Tak, dokładnie o to mi chodziło.”

J. H. Williams III to bowiem artysta tak kompletny, że po sklonowaniu go spokojnie moglibyśmy oddelegować 70% innych rysowników do pracy w fast foodach, a medium komiksowemu wyszłoby to tylko na dobre. Nie wiem, czy widziałem kiedykolwiek tak kapitalnie zilustrowany album. Wygląda to tak, jakby kilku/kilkunastu świetnych twórców połączyło się w częściowy hivemind i przygotowało wspólnie spójną warstwę graficzną, w ogóle nie rezygnując ze swoich charakterystycznych stylistyk, ale za to porzucając prawie całkowicie standardowy wygląd i rozkład kadrów. Są fragmenty przypominające dzieła Dave’a McKeana i Sienkiewicza, są wyraźne hołdy dla Moebiusa, jest pulpowa komiksowość, kubizm, chyba nawet art nouveau i popowa psychodelia. Przypuszczam, że dla niektórych czytelników takie od sasa do lasa może być przytłaczające, ale Williams naprawdę te wszystkie przeskoki poczynia z konkretnych powodów. Nie ma chwil, w których atmosfera nie pasuje do akurat prezentowanej sceny. Dodatkowo kolorystykę wykończył absolutny mistrz tego fachu czyli Dave Stewart, a jakby to wszystko było zbyt małym powodem do opadu szczęki, w tomie zawarte są również czterostronicowe rozkładówki. Rzadko dostajemy takie perełki.

Jakie kadry?

Na koniec, ale też w miejscu bardzo widocznym, wyrażam podziw dla roboty Pauliny Braiter. Tłumaczenie wymysłów Gaimana nie mogło być zadaniem łatwym, a jego doskonałe wykonanie jest ogromnie istotne w zachowaniu przystępności tego tytułu. To, bez owijania w bawełnę (owijanie było wcześniej), szczytowe osiągnięcie w dziejach komiksu. Fabularna petarda i graficzna tona trotylu. Taka opinia, jak to opinie mają w parszywym zwyczaju, jest oczywiście całkowicie subiektywna, ale nawet jeśli moje argumenty rozmijają się z waszymi osobistymi preferencjami, wciąż zachęcam do osobistego zmierzenia się z Sandmanem. Jest spora szansa, że tak jak i ja zostaniecie wciągnięci w świat snu i po wszystkim z trudnością przyjdzie wam pogodzenie się z pospolitością rzeczywistości.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Sandman. Uwertura
Wydawnictwo: Egmont
Scenariusz: Neil Gaiman
Rysunki: J. H. Williams III, Dave Stewart
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Typ: komiks
Gatunek: fantasy
Data premiery: 28.11.2022
Liczba stron: 240
EAN: 9788328157088

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).
Ale faza, ja pierdzielę! Różnie to bywa z kultowymi komiksami. Ostatnio przy nadrabianiu klasyków częściej byłem rozczarowany, telepatyczne klaskanie w stronę autorów zdarzało się rzadziej. Gaimanowi za tego Sandmana klaszczę mentalnie tak mocno, że mi się uszy trzęsą. Tak, to kolejna rzecz, której jakimś...Nie budźcie mnie! Recenzja komiksu Sandman. Uwertura
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki