SIEĆ NERDHEIM:

To ja go tnę! Recenzja komiksu Kowboj z Szaolin: Pierwsza podróż

Okładka to symboliczna metafora zawartego wewnątrz mordobicia.

Stara chata po środku niczego. Ze ścian odstają deski nadgryzione zębem czasu i smaganiami pustynnego wiatru. Każda z nich opowiada jakąś historię, tu zauważycie muchę rozgniecioną lata temu przez parę namiętnych kochanków, gdzie indziej ułamany fragment noża łowcy nagród, który polował na ukrywającego się w ruinie złodzieja materiałów wybuchowych. Ujęcie mocno nakręca oczekiwania, promienie Słońca i kadrowanie jednoznacznie sugerują, że za chwile przez jedyne oszklone okno konstrukcji ktoś przeleci z impetem, lecz nie! Fantazyjnie odziana postać przebija się przez spróchniałe drzwi, a za nią dwudziestu oprychów. Na ciele każdego z nich historia ich życia, wypisana za pomocą tuszu, zmarszczek i blizn. Ich ubrania przyozdabiają liczne osobiste dodatki, każdy ma wyraźny personalny zatarg z protagonistą. Szybko oddają się pierwotnym instynktom w niemalże intymnym, brutalnym tańcu. Ostrza, wystrzały, piruety, rąk łamanie i mózg na ścianie. Zanim resztki drzwi opadną z zawiasów, wszyscy (poza głównym bohaterem) są martwi, pocięci na plastry grubości szynki iberyjskiej kupowanej od święta. Dlaczego to się wydarzyło? A kogo to interesuje, rozpierdziel jest kapitalny.

Dym spod kopyt i trupy, kwintesencja.

Takiej sceny w Kowboju z Szaolin nie ma, ale totalnie mogłaby być i niewiele by to zmieniło. Mojej wizji zabrakło jedynie jakiegoś, kolokwialnie mówiąc, motywu z dupy typu stawonoga-nazisty czy pustynnych demonów z kompleksami. Tytułowy bohater ma bowiem jakieś tło fabularne, ma jakieś rozterki, a jego wędrówkę przerywają różne indywidua motywowane konkretnymi animozjami. W większości wypadków nie dowiemy się jednak, o co do końca chodzi, a i teraźniejsze wydarzenia nie będą miały większego sensu. Głównym zadaniem wątków jest prowadzenie bohatera i jego gadającego osła po sznurku dziwacznych miejsc i rzucanie kuriozalnych postaci pod jego nogi. Postaci, które w zdecydowanej większości potraktuje ostrzem swojego miecza, z kunsztem i finezją godną, no, kowboja z Szaolin.

Głupie to wszystko totalnie i pretekstowe. Fabularnie Kowboj z Szaolin przypomina strumień świadomości po zażyciu zbyt dużej ilości psylocybiny podczas wieczoru filmowego wypełnionego dziełami Quentina Tarantino, Johna Woo i przypadkowymi westernami – dokładnie w tej kolejności, zgodnie z rosnącym poziomem intoksykacji. Arbitralne charaktery i genezy postaci są tu lekko prześmiewczym paliwem brutalnego chaosu. Powiedziałbym, że napędzają eskalującą akcję, ale ta właściwie od samego początku utrzymuje to samo, porażające tempo. Całkowicie możliwym jest fakt, że po prostu usprawiedliwiam sobie radość z debilizmu nienarażającego szarych komórek na zbytnią gimnastykę, ale w Kowboju z Szaolin konkretniejszy scenariusz tylko by przeszkadzał. Przy tym szczątkowym (i często zabawnym) konstrukcie można skupić się na najważniejszym.

Jest na co patrzeć.

Nie oszukujmy się – jeśli zrobicie choćby minimalne rozeznanie przed sypnięciem kasą w stronę Wydawnictwa KBOOM (a warto to zrobić), to motywować was będą głównie rysunki Geofa Darrowa. To on jest kowbojem z Szaolin ilustracji, ninja-Jedi ołówka, nowym modelem Robocopa złożonym z części zamiennych Chucka Norrisa jeśli chodzi o szczegółowość na każdej płaszczyźnie warstwy graficznej. Oglądanie tego komiksu to taka zabawa w „Gdzie jest Wally”, ale Wallym są tu dymające się gdzieś w tle psy i baloniki z prezerwatyw. Staranność, z jaką Darrow kreśli nawet najmniej istotne elementy i indywidua jest czasem wręcz przytłaczająca, ale dzięki umiejętnej kompozycji i sprawnej sekwencyjności czytanie pozostaje doświadczeniem przyjemnym i niesamowicie wciągającym. Wielokrotnie chwaliłem artystów, to jednak jest już jakaś przesada trudna do ogarnięcia rozumem i właśnie w tej swobodnej zabawie wytworami wyobraźni konkretniejsza fabuła mogłaby rysownikowi przeszkodzić. A tak mamy gargantuicznego miasto-jaszczura i przecinanie rekina piłą łańcuchową wzdłuż. Wspominałem już, że Kowboj z Szaolin jest mocno brutalny? No to wspominam. Tak przy okazji, koniecznie wyszukajcie sobie też projekty, jakie Darrow naklepał do filmowego Matrixa – cyberpunkowa, biotechnologiczna uczta dla oczu.

Absolutnie jest na co patrzeć.

Na fali skrajnego zadowolenia prawie stwierdziłbym, że dawno nie czytałem tak dobrego komiksu. Bądźmy jednak szczerzy – czytania tutaj zbyt wiele nie stwierdzono, bzdury totalne, oglądania starczy za to na wielogodzinne sesje zachęcające do częstych powrotów. Zdarza mi się polecać niezaznajomionym z medium osobom tytuły, choć nienawidzę tego słowa, ambitne. Komiksy o dojrzałej i głębokiej fabule, przykłady dekonstrukcji lub wnikliwej analizy poważnych problemów. Kowboja z Szaolin też będę polecał – tylko po to, by pokazać inną stronę tej formy wyrazu. Bardziej pierwotny przykład działania obrazków w narracji i jednocześnie dzieło po prostu wypełnione po brzegi kapitalnie narysowanymi paskudztwami. To co dalej? Hard Boiled? Coś innego z Kowbojem? Big Guy i Rusty? Biorę wszystko.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Kowboj z Szaolin: Pierwsza podróż
Wydawnictwo: Wydawnictwo KBOOM
Scenariusz: Geof Darrow
Rysunki:  Geof Darrow
Tłumaczenie: Marceli Szpak
Typ: Komiks
Gatunek: kryminał, przygodowy
Liczba stron: 200
Data premiery: czerwiec 2021

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).