SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Gdzie detektywów siódemka, tam… Recenzja komiksu Klub Detektywów

    Tajemnica na horyzoncie!
    Tajemnica na horyzoncie!

    Wykluło się na Wyspach Brytyjskich nieco tajemniczych organizacji, oj wykluło. Masoneria, okultyzm, ezoteryka… za co to się nie weźmie człowiek znużony stałością oferty klubów dla dżentelmenów, zagrożony wyspiarskim spleenem, a przy tym pragnący zaspokoić słuszną potrzebę elitarności. Nie ma jak Tajemne Bractwo! I Londyńska mgła też zyskuje nagle bardziej mistyczne (pun intended) niż meteorologiczne znaczenie. Choć są i tacy, którzy tajemnicę rozumieją bardziej utylitarnie i wręcz nie dopuszczają jej do zbyt bliskiego sąsiedztwa z nadprzyrodzonym. To pisarze powieści detektywistycznych i kryminalnych. I oni też ufundowali w Londynie a.d. 1930 własny, do dziś zresztą działający klub. A imię jego jest Klub Detektywów.

    Opowiada nam o nim sąsiad Brytyjczyków z przeciwległego brzegu kanału La Manche, Jean Harambat, w komiksie o jakże oczywistym tytule Klub Detektywów. Przenosi nas za jego sprawą do roku 1936, kiedy to na nowego członka klubu zaprzysiężony zostaje po raz pierwszy obcokrajowiec – Amerykanin John Dickson Carr. Nie znacie? To może bardziej znajomo brzmią dla was nazwiska Dorothy L. Sayers, A.E.W. Masona, Emmy Orczy, Ronalda Knoxa? Nie? G.K. Chesterton? Hmm… Agatha Christie? No, nareszcie!

    Czy to nie biedny Yorrick?
    Czy to nie biedny Yorrick?

    Dobrze, ze mnie też żaden historyk brytyjskiej powieści detektywistycznej, stąd i moja reakcja na zaprezentowane grono była identyczna z powyższą. Ale to nie szkodzi, bo historia, której bohaterami jest wymieniona siódemka autentycznych pisarzy i pisarek, nie wymaga dogłębnej znajomości ich dorobku. Harambat pozwala sobie postawić specjalistów od tworzenia tajemnic przed zadaniem z puli tych, jakie dotychczas z całą pomysłowością przydzielali bohaterom własnych powieści. Doprowadzi ich do niego zaproszenie od obdarzonego irytującym śmiechem miliardera, który chce członkom klubu zaprezentować przyszłość nie tylko literatury (i nie tylko gatunkowej), ale całej ludzkości, a to za sprawą robota, będącego w stanie rozwikłać każdą zagadkę kryminalną. Jednak gdy na miejscu dochodzi do faktycznej zbrodni, nie wszyscy goście przyjmują werdykt maszyny jako słuszny. Niestety, indywidualne teorie niespecjalnie godzą się ze zbiorową praktyką.

    Zacna to krotochwila, drogi czytelniku. Harambat do jej ułożenia wykorzystał multum klisz gatunkowych: wyspa należąca do zbzikowanego krezusa, chmurny naukowiec, będący na jego garnuszku, azjatycki służący, kucharz z przeszłością, nareszcie salonowa piękność, czyli żona ekscentrycznego bogacza… I tę zgraną talię wzbogacił przewrotnie nadkompletem znaczonych asów, bo tak można rozumieć konfrontację pisarzy z realną sytuacją detektywistyczną. Nie da się tej sensacyjnej rozgrywki śledzić całkowicie poważnie, a to za sprawą karykaturalnego wyodrębnienia cech charakteru (i literackiej praktyki) każdego z wymienionych autorów. Łączy ich wszak, rzecz jasna poza klubową przynależnością, słynne brytyjskie poczucie humoru, oparte na błyskotliwych ripostach (brawa dla tłumacza!), powściągliwości emocjonalnej i komizmie prowokowanym przez etykietę. Ironiczne uwagi dotyczą nie tylko kolegów po fachu, ale też wspólnego poletka twórczości („Jeżeli moje książki przeżyją mnie choć o sześć miesięcy, uznam to za duży sukces”, mówi komiksowa Dorothy L. Sayers). Ten dystans nadaje dużo lekkości i jest wymowny jako komentarz do samej idei powieści detektywistycznej jako gry, która rządzą umowne w ostatecznym rozrachunku zasady.

    Money makes the world go round, wrrr, wrrr...
    Money makes the world go round, wrrr, wrrr…

    Właśnie rozumienia granic, jakie wyznaczają zasady, dotyczy główny spór ideologiczny, prowadzony pomiędzy humanistą i liderem klubu, G. K. Chestertonem, a miliarderem Ghyllem, orędownikiem cyfry i technologii. Robot Eric (historycznie autentyczny wynalazek epoki) reprezentuje tutaj ówczesne stadium zagadnienia rozwoju sztucznej inteligencji i urzeczywistniające się współcześnie prognozy na temat degradacji cywilizacji podległej rozleniwiającym (zwłaszcza umysłowo) udogodnieniom, pragnieniu wieczności i użycia.

    Brzmi poważnie? Raczej tylko ponadczasowo. Harambat z dużą swobodą poza materiałem anegdotycznym i autotematycznym mimochodem powraca w dialogach z tematem, najprościej mówiąc, życia i człowieka jako jego radosnego piewcy. Taką postawę wyraża sobą właśnie imć Chesterton – wraz z Agathą Christie w owym „nadkomplecie znaczonych asów” są wyraźnie parą jokerów. Ich obserwacje i komentarze to pełen dowcipu pojedynek z zachowaniem całej (oczywiście niewyrażonej) sympatii i uznania, czego pełnię odsłania urzekający epilog.

    Poprzedza go wszak fabuła, którą najlepiej diagnozuje okazjonalny narrator. Otóż to właśnie, narrator. Obok kadrów pojawiają się czasami partie tekstu, stylistycznie oddającego ducha prezentowanej epoki, a jego autor pozostaje do pewnego momentu intrygującą niewiadomą. To kolejny detal składający się na bogate zaplecze wykorzystanych konwencji, z których moją ulubioną jest ta związana z pojawieniem się oficjalnych służb śledczych, czyli Inspektora Widgeona. Ale to nie jemu należy przypisać obiecany cytat referujący akcję: „Sprawa ta, nawiasem mówiąc, wspinała się już, moim skromnym zdaniem, na wyżyny dziwności”.

    RUR - Rozum Ustąpi Robotom?
    RUR – Rozum Ustąpi Robotom?

    W tej wspinaczce nie napotkacie, drodzy czytelnicy, wielu punktów widokowych. Chciałem rzec – kreska jest uproszczona, o gazetowo satyrycznym rodowodzie, kolor położony sprawnie, z delikatnym gradientem, wszystko razem dobrze współgra z pastiszowym charakterem całości. Za to bezpośredni wgląd w plastyczny gust epoki umożliwiają wewnętrzne strony okładki, będące kolażem oryginalnych fotografii i karykatur bohaterów komiksu oraz okładek ich powieści.

    I nie tylko w tym miłym oku zamęcie przypomnieni przez Jeana Harambata autorzy złotego wieku „detective novel” sprawiają wrażenie żywych i kolorowych postaci. Osobiście czuję się zachęcony do nawiązania bliższej znajomości z ich dziełami, by móc zweryfikować sąd Baronowej Emmy Orczy: „O talencie autora można mówić najwcześniej 15 lat po jego śmierci”. Zaiste, zacna to krotochwila, Panie Harambat!

    Wydawnictwu Marginesy winienem wyrazy podziękowania za sposobność uraczenia się ową dzięki udostępnieniu egzemplarza recenzenckiego.

    SZCZEGÓŁY:
    Tytuł: Klub detektywów
    Wydawnictwo: Marginesy
    Scenariusz i rysunki: Jean Harambat
    Tłumaczenie: Paweł Łapiński
    Typ: komiks
    Gatunek: detektywistyczny
    Data premiery: 08.07.2020
    Liczba stron: 136

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    +pyszna zabawa konwencją i kliszami
    +duża doza (brytyjskiego) humoru
    +przypomnienie autorów zasłużonych dla gatunku
    +przyjemna grafika
    +nienachalne dygresje

    Minusy:
    -małe szanse na samodzielne rozwikłanie tajemnicy przez czytelnika

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Łukasz
    Łukasz "Justin" Łęcki
    Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x