SIEĆ NERDHEIM:

W cieniu ojca, historii i przeznaczenia. Recenzja komiksu Mroczne sekrety Olimpu

I Prometeusza nie minie katusza.
I Prometeusza nie minie katusza.

Kulturotwórczej roli mitologii greckiej dla nowożytnej Europy nie trzeba potwierdzać. I choć dziś nieporównanie większy zasięg mają wszelkie popkulturowe emanacje antyku, przemieszane wespół z innymi kulturami w superbohaterskich uniwersach, to znajomość tradycyjnego kształtu panteonu i mitów nigdy nie straci na ważności. Nigdy, powtórzę z dobitnością, z którą zgodziłyby się i zwyczajowo pokrętne orzeczenia helleńskich wyroczni. Duch takich ciążących nad przyszłością proroctw unosi się nad Mrocznymi sekretami Olimpu, komiksem autorów z półwyspu nie Peloponeskiego, a z zachodniej półkuli ziemskiej – Kolumbijczyka Rodriga Lucia (scenariusz) i Argentyńczyka Carlosa Dearmasa (rysunki).

Latynosi swoją pracą potwierdzili kilka kanonicznych prawd z dziedziny mitoznawstwa: że mit jest związany z historią, że jest narzędziem heroizacji, że jest zarówno ekspansywny jak i podlega zawłaszczeniom w kulturowych konfrontacjach i że, na ciemności Erebu, ślepie Polifema i maczugę Heraklesa, jest nade wszystko fascynującą opowieścią o ubóstwionych ludzkich namiętnościach, kompleksach i ambicjach. Te zaś zostały już epoki temu rozdzielone w postaci charakterologicznych przymiotów między poszczególnych mieszkańców Olimpu w sposób zapewniający tragiczną trwałość konfliktów. Duma, pycha, arogancja, zazdrość, spiskowe sojusze i zdrady – olimpijskie puchary kipią nektarem suto zaprawionym żółcią i jadem.

Lucio zdecydował się odpieczętować dla czytelników amforę z taką właśnie zawartością. Płyną z niej potoki pokoleniowych win, owoc fermentu buntu i żądzy władzy, kuszących, despotycznych aktów przyspieszenia sukcesji. W mitologicznym porządku odpowiada to łańcuchowi ojcobójców, którego ostatnie ogniwo stanowi Zeus. I to jest moment, kiedy swój mitologiczno-historyczny wykład podejmuje scenarzysta. W roli pretendentów do tronu stawia Aresa i Atenę – bóstwa patronujące sztuce wojennej, choć o odmiennych temperamentach, co pozostanie kluczowe dla następującej później interpretacji ludzkich dziejów.

Antyczny Hall of Fame.
Antyczny Hall of Fame.

W skrócie przenosi ona boski spór na plan historyczny, obejmujący kolejność zmian na politycznej, terytorialnej i kulturowej arenie starć starożytnych imperiów. Owładnięty żądzą obalenia ojca Ares próbuje realizować swoje zamiary kolejno poprzez działania mitycznego protoplasty Rzymian Eneasza, Aleksandra Macedońskiego i Scypiona Afrykańskiego, czego finał stanowi zapowiedź dominacji Rzymu w świecie starożytnym, równoznaczna z przyszłym „ubóstwieniem” ludzkich przywódców. Cóż, my wiemy już co nieco o trwałości takich triumfów, co nie wyeliminowało wszak spośród ludzkich przypadłości pokus związanych z władzą i strategią podboju, rzekomą koniecznością wojny obiecującej trwały, ostateczny pokój.

W tej próbie wykorzystania dostępnej nam wiedzy na temat antyku oraz poddania jej próbie scalenia z wykorzystaniem mitologicznej metafory scenarzysta moim zdaniem przeliczył się z pojemnością zastosowanego naczynia. Owszem, udało mu się przelać doń porcję treści, ale to, co obficie przelało się przez brzegi, pozostawiło mnie w kłopotliwym wrażeniu hojności i straty. Bez wiedzy źródłowej, której minimum wyznaczają kanoniczna dla Polaków Mitologia Jana Parandowskiego i ułomki wiadomości na temat historii antyku sprzed okresu Cesarstwa Rzymskiego (czyli bycie psychofanem Asteriksa niewiele tu zmienia poza kontekstem Delenda Carthago!), nietrudno o mętlik. Wprawdzie Lucio zadbał o prezentację uczestników (poprzedzające komiks plansze zgrabnie stylizowane na świątynne galerie rzeźb) oraz zachował chronologię wydarzeń, ale wobec tempa akcji i ilości nieuchronnych szczegółów, których istotność można ocenić jedynie z zastrzeżeniem wymienionych warunków, objawia się całe możliwe ryzyko skrótów, streszczeń czy leksykonowych opracowań.

Smoke on the water... No dobra, bardziej fire.
Smoke on the water… No dobra, bardziej fire.

Grecka tragedia posługiwała się zasadą jedności czasu, miejsca i akcji. Jeśli potraktujemy tę zgodność z perspektywy olimpijskich nieśmiertelnych, to fakt – ów dramat znosi granice tysiącleci, terytoriów, pojedynczych życiorysów. Jednak dla mnie będąca główną siłą napędową Mrocznych sekretów zaciekłość Aresa nie daje całości odpowiedniego napięcia. Nie uprawomocnia też tytułowej liczby mnogiej, gdyż wysuwa na główny plan właśnie jeden wątek, nie proponując czytelnikowi żadnych dodatkowych reinterpretacji czy choćby wykorzystania mniej popularnych wariantów mitów. Siłą rzeczy pozostali bogowie, z Gromowładnym włącznie, zmieniają się w statystów i to niewątpliwie łączy ich ze śmiertelnikami w wyładowaniach monomanii boga wojny. Brak mi wyrazistości w zasięgu działań potwierdzających właściwą mitom boskość ludzkich i ludzkość boskich bohaterów. Pożądany – i stosowany przez Lucię – patos staje się powierzchowny.

Widać bowiem, że scenarzysta próbuje zachować wzniosłość przy pomocy niezbędnego dla antycznej duchowości pojęcia przeznaczenia, które staje się przewidywalną wymówką dla wszystkich zawirowań. Wrażenie to wzmaga obecność Edypa snującego się w potępieńczej pielgrzymce przez epoki wzorem Żyda Wiecznego Tułacza. Przeklęty król Teb to kolejna postać kończąca zaledwie jako figura podpowiadająca ogrom bogactwa i skomplikowania treści przebijającej z ambitnego, ryzykownego i ostatecznie kłopotliwego w ocenie pomysłu Lucia.

Oto palec boży!
Oto palec boży!

Od takiej konfuzji wolna pozostaje za to praca Carlosa Dearmasa. Artysta w estetycznym wyborze opowiada się zdecydowanie nie po stronie Apolla, a Dionizosa – jego rysunki to szalony, orgiastyczny, ekstatyczny taniec pośród rozdrapujących przestrzeń światłocieni. Pęczniejące kłębowiska, dalekosiężne smukłości i monumentalne sploty linii, zaklinanie wieszczych oparów, bitewnego ognia i spowijających gęsto szczyt Olimpu obłoków; Dearmas wyszarpuje nam z piersi oddech, składa jego lwią część w ofierze bogom sztuki, a resztki pozwala zebrać, byśmy mogli trwać porażeni impetem obrazów. Poziomy układ stron potęguje wrażenie panoramiczności (a może i formalnie nawiązuje do 300 Franka Millera?), za to przy gęstszym i równie dynamicznym jak rysunek (uderzeniowe skróty perspektywy, mozaika detali) rozkładzie kadrów zdarzyło mi się stracić orientację w kolejności odczytywania dymków. Jednak absolutnie to graficzne rozwiązania decydują o epickim nastroju Mrocznych sekretów Olimpu.

Odpowiadają też za zmysłowość tytułowej tonacji. Wirtuozerię cieniowania uzupełnia oszałamiająca kolorystyka – kładziona płasko i głównie monochromatycznie. Nawet najjaskrawsze akcenty pracują na wrażenie ciągłej asysty głębokiego mroku, pierwotnej materii świata, skrywającej o wiele więcej niż wylizuje z jej bezmiaru światło. Monochromy ujawniają powinowactwo żywiołów i kruszców będących symboliczną miarą minionych epok, przy czym nie mają w sobie nic z posągowej patyny świątyń i opadłego pyłu pól bitewnych, a są żrącym, gęstym, lepkim koncentratem emocji. Słodkie trucizny – łykasz i paradoksalnie czujesz, że żyjesz. A Mandioca wie, jak serwować taki farmakon – edycja potwierdza standardy z najwyższej półki, a czarny, kartonowy slipcase przyjemnie zapowiada emocje związane z graficzną zawartością.

Gdzieś w Macedonii, jakiś Aleksander.
Gdzieś w Macedonii, jakiś Aleksander.

Nie odbierajcie mojego utyskiwania pod adresem scenariusza jako zarzutu obciążającego całość odbioru. Nawet dalsze dygresje, których i tak już poczyniłem zbyt wiele, nie pozwoliłyby mi jednoznacznie ocenić charakteru mitologiczno-historycznej rozprawy Rodriga Lucia. Pozostaję jednak nieskończenie bardziej rad z takiej prezentacji/wykorzystania dziedzictwa antyku niż jak to ma miejsce w przypadku np. The Eternals. A możliwości zaspokojenia lekturowego niedosytu jest dosyć. Za to jestem pewien, że przypominając sobie którąkolwiek ze starożytnych awantur, będzie się we mnie wżerać jak koszula Dejaniry chęć ujrzenia jej zilustrowanej przez Carlosa Dearmasa.

Wydawnictwu Mandioca serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Mroczne sekrety Olimpu
Wydawnictwo: Mandioca
Scenariusz: Rodrigo Lucio
Rysunki: Carlos Dearmas
Tłumaczenie: Jakub Jankowski
Typ: komiks
Gatunek: fantastyka/mitologia
Data premiery: 26.10.2021
Liczba stron: 104
ISBN:  9788396023452
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
Kulturotwórczej roli mitologii greckiej dla nowożytnej Europy nie trzeba potwierdzać. I choć dziś nieporównanie większy zasięg mają wszelkie popkulturowe emanacje antyku, przemieszane wespół z innymi kulturami w superbohaterskich uniwersach, to znajomość tradycyjnego kształtu panteonu i mitów nigdy nie straci na ważności. Nigdy, powtórzę z...W cieniu ojca, historii i przeznaczenia. Recenzja komiksu Mroczne sekrety Olimpu
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki