SIEĆ NERDHEIM:

Więcej

    Będzie już tej męki. Recenzja komiksu Jessica Jones. Martwy Punkt

    No co by nie gadać, okładka fajna.

    Powracanie do kultowych serii bardzo często okazują się klapą, zwłaszcza gdy głównym powodem takiej wycieczki jest potencjał mamonogenny. Brian Michael Bendis jakimś cudem uniknął klęski, urządzając sobie po latach zmotywowane nadchodzącym serialem odcinanie kuponów od bardzo słusznie chwalonego Alias – rozpoczęta w 2016 roku, nowa Jessica Jones może i nie wywoływała emocjonalnego opadu szczęki, ale pokazała, że niegdyś kultowy autor potrafi jeszcze wyskrobać coś porządnego i całkiem dobrze ogarnia, co jest w tej postaci najciekawsze. Po osiemnastu zeszytach przyszła jednak pora na zmiany, więc stery od panów Bendisa i Gaydosa przejęły Kelly Thompson i Mattia de Iuis. Przy takich zmianach nigdy nie spodziewam się po komiksie zbyt wiele i ta ostrożność w większości przypadków ratuje mnie przed srogim rozczarowaniem.

    Chciałbym na początek napisać, że Jessice wiedzie się dobrze, ale u pani superdetektyw raczej zawsze wspólnie funkcjonowały zasady z kupą w wiatraku i wiatrem w oczy. Martwy Punkt zaczyna się więc całkiem grubaśnie – powtarzająca się później retrospekcja z punktu widzenia nieznanego porywacza przeplata się z wątkiem, w którym czołowa dama netfliksowego Marvela odnajduje w swoim biurze jeszcze parujące z nowego otworu zwłoki byłej klientki. Podejrzanie szybko na miejsce wpadają również mundurowi, zakuwają bohaterkę w kajdanki i stawiają w stan oskarżenia. Na szczęście sprawa jest skrajnie tajemnicza, a policja niezmiennie nie powala kompetencją, więc po szybkiej interwencji Matta Murdocka można zająć się naglącą potrzebą oczyszczenia swojego imienia. Praktycznie od razu okaże się jednak, że tym razem afera jest zaskakująco pokręcona, nawet jak na standardy świata zaludnionego przez bogów, magów i narcystycznych socjopatów w futurystycznych pancerzach.

    Praca po godzinach nie popłaca.

    Zdecydowanie nie jest to poziom Alias, ale nie mogę też powiedzieć, żeby scenariusz Kelly Thompson wypadał gorzej od ostatnich podrygów kreatywności Bendisa. Jessica Jones. Martwy Punkt to przede wszystkim komiks stawiający sobie zupełnie nowe cele. Próżno szukać tutaj rozwodzenia się nad bólem przeszywającym protagonistkę, pomimo licznych problemów trauma zdaje się nie odciskać już tak ogromnego piętna nad jej codziennością. Zaryzykuję i zabrzmię pewnie jak buc, ale założeniem autorki było chyba zerwanie z dramatyczną martyrologią. Jessica nie męczy buły i nie obnaża tak często swojego pokaleczonego wnętrza – dużo chętniej pokazuje za to swój zaczepny charakter i detektywistyczny talent.

    Dla wielu osób powyższy przeskok skupienia narracyjnego może być wadą i w sumie mi również z początku przeszkadzał. Przyzwyczaiłem się bowiem do tej psychologicznej głębi, która (po dłuższym zastanowieniu) zaczynała już zakrawać na eksploatację ciężkich przeżyć i ich skutków. Fabuła Martwego Punktu jest za to po prostu przyjemna w odbiorze. Wprowadza interesującą intrygę, nawet jeśli jej rozwiązanie opiera się całkowicie na nierealnej rzeczywistości przedstawionego świata. Doskonale gra chemią między bohaterkami i korzysta z pomysłów uznawanych przez wielu autorów za zbyt karkołomne. Nie będę walił spoilerami, ale przedstawienie niektórych mocy we względnie przyziemnym ujęciu kryminalnym nie jest łatwym zadaniem. Kelly Thompson nie zawiodła – o ile jej ambicją było napisanie strawnej historii, która generując prostą frajdę, zaangażuje jednocześnie dobrze napisanymi postaciami.

    Jeden z wielu zwrotów akcji.

    Podobna zmiana zaszła w rysunkach. Michael Gaydos tworzył naprawdę niepowtarzalny klimat. Realistyczne kształty oraz mimika, ujęte w gęstą czerń wszechobecnych cieni i gęste kontury, doskonale współgrały z pełnym udręki charakterem poprzedniego runu. Martwy Punkt wizualnie zdecydowanie bardziej zbliża się do klasycznego trykociarstwa. Nawet jeśli, poza jedną sceną, stron nie zalewa tona kolorowych getrów, to wyraźnie więcej czuć tutaj faktycznego Marvela. Muskuły Luke’a Cage’a ledwo mieszczą się w żółtej koszulce, a i sama Jessica nawet przywdziewa na chwilę błyszczący spandeks. Jest mniej kameralnie, ale bardziej dynamicznie – smutny minimalizm stonowanych barw zastępuje efektowne, wielowarstwowe cieniowanie komputerowe. Zwykle bym na to narzekał, ale Mattia de Iulis nakłada kolory z rozsądkiem, a nadawanie odpowiedniej faktury ubraniom wychodzi jej po prostu kapitalnie. Potrafi też sprawnie prowadzić narrację kadrami i choć pod tym względem zbytnio nie szaleje, to nie trzyma się też kurczowo bezpiecznych banałów. Warstwa wizualna Martwego Punktu zrównuje się więc z fabularną, jest po prostu przyjemna i łatwa w odbiorze.

    Rzadko mi się to zdarza, ale tym razem najwyraźniej niepotrzebnie zaniżyłem swoje oczekiwania. Jessica Jones. Martwy Punkt, przynajmniej pod względem banalnej przyjemności z lektury, przypadła mi do gustu nawet bardziej od odgrzewanego miętolenia poprzednich sukcesów w wykonaniu Bendisa. Można oczywiście narzekać na pewne spłycenie mrocznej warstwy psychologicznej, ale Kelly Thompson udało się pokazać bohaterkę od nieco innej strony – tym razem mamy do czynienia z kobietą, która zamiast skupiać się na mentalnych bliznach, dąży do naprawienia błędów i prze usilnie naprzód. Zdecydowanie można ją polubić w sposób, który nie jest już napędzany współczuciem. Ciągłe katowanie bohaterów dramatami sprzedaje się zdecydowanie dobrze, ale mi osobiście przydał się trochę lżejszy materiał. Cieszy mnie, że Jessica też mogła na chwilę odetchnąć – zakończenie sugeruje bowiem ponowne wrzucenie wspomnianych już fekaliów w również wspomniany wcześniej wiatrak.

    Wzorowe superbohaterskie lądowanie.

    Serdecznie dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

    Tytuł: Jessica Jones. Martwy Punkt
    Wydawnictwo: Mucha Comics
    Autorzy: Kelly Thompson, Mattia de Iulis
    Tłumaczenie: Marek Starosta
    Typ: komiks
    Data premiery: 20.05.2020
    Liczba stron: 136

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + nieco inne spojrzenie na Jessikę
    + charyzma postaci
    + bardzo fajne rysunki

    Minusy:
    – więcej superhero, mniej głębi

    komentarze

    guest
    To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    Zobacz wszystkie kometarze
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).

    0
    Podziel się swoją opiniąx
    ()
    x