SIEĆ NERDHEIM:

Fioletowa trauma. Recenzja komiksu Jessica Jones: Fioletowa córka

Jessica poza okładką jest mniej podobna do tej serialowej.

„Twórcy docenionego przez krytykę i czytelników albumu Jessica Jones: Martwy Punkt powracają!” – to ja, to o mnie piszą na tyłach tego komiksu! Jam zarówno czytelnik i krytyk, a doceniłem właściwie wszystkie albumy kontynuujące często niewesołe życie marvelowej pani detektyw po zdecydowanie dołujących wątkach z Alias. Nieco niżej w tym samym miejscu czytamy też, że Fioletowa Córka (jakoś bzdurnie to brzmi po naszemu) „podważa wszystko, co myśleliśmy, że wiemy” o Jessice. To już niestety spora egzaltacja.

Biedna Jessica mogła ostatnio nieco odpocząć od purpurowych cieni swojej przeszłości. Niestety wielkie traumy mają to do siebie, że często wyściubiają łeb z zakamarków wtedy, kiedy nie jesteśmy na to gotowi. Pewnego dnia, jak sugeruje tytuł, córa pani Jones staje się fioletowa, co naturalnie przywołuje okropne wspomnienia, ból i ogromny gniew. Gniew, który szybko zmienia się w siłę napędową dla pogoni za odpowiedziami. Okazuje się, że parszywe działania Purple Mana pozostawiły na świecie wiele odcisków. Dłubanie między nimi niesie jednak ze sobą w cholerę zagrożeń, nie tylko namacalnych – rozgrzebywanie ledwo zasklepionych ran wystawi na próbę także życie rodzinne bohaterki.

Fajna gra tym cieniem na ostatnim kadrze.

Nie wiem właściwie, jak mam się odnieść do powrotu tematyki maglującej psychiczne blizny pozostawione na sercu Jessiki przez Killgrave’a. To w sumie tania zagrywka, bardzo łatwy sposób na wbicie opowieści w rejony depresyjnej głębi i na granie uczuciami czytelnika. Mamy dotkliwie skrzywdzoną postać i kibicujemy jej w walce o uwolnienie się z łańcuchów narzuconych przez agresora. W walce, którą już przecież raz wygrała i bardzo cieszyło mnie obserwowanie innych stron jej charakteru, tych podkreślających siłę – pokazujących, jak zajebiście twardą babką jest w trudnych okolicznościach. Nie wszystko musiało obracać się wokół jej przeżyć, przecież rozwój empatii jest jednym z oczywistych skutków skuteczności każdej terapii.

Błagam tylko, nie zrozumcie mnie źle. Jessica w Fioletowej Córce nadal jest niesamowicie harda, skutki jej przejść nie są spłycane, ostatecznie też ponownie udaje jej się stanąć na piedestale kontroli nad własnym życiem. Cieszyłem się po prostu, że Martwy Punkt odciął się od nut bardzo oklepanych dla historii tej postaci. Kelly Thompson pokazała, jak popchnąć wątki w kierunek odmienny od proponowanego wcześniej przez Bendisa i gdy poczuła się z postacią trochę pewniej, chyba postanowiła spróbować przebić poprzednika w jego mrocznej grze. Nie jestem pewny, czy wyszło – jest mniej dramatycznie, między furią i bezsilnością prześwituje więcej nadziei i wewnętrznej siły. Może i to pokazuje jakąś konsekwencję względem poprzedniego albumu, ale wolałbym zobaczyć te pozytywy w kontekście nowych okoliczności. Odwoływanie się do bezpiecznych, znanych i słusznie budzących mocne reakcje tematów kolejny raz z rzędu zawsze będzie trącało eksploatacją. Jessica nie potrzebuje tego paskudnego MacGuffina.

Luke wydaje mi się jakiś mniej umięśniony w tym komiksie. Prawie realny!

Całe to narzekanie dotyczy jednak właściwie tylko jednego faktu – dużego, no bo to przecież fundament fabuły, ale nie jedynego istotnego. Kelly Thompson potrafi pisać i Fioletową Córkę czyta się dobrze, może nawet troszkę zbyt lekko. Relacja Jessiki i Luke’a Cage’a, nawet w trudnych okolicznościach, jest pełna naturalnego uroku. Scenarzystka wyciąga z lore uniwersum przeróżne postacie, w niewymuszony sposób osadza je w swojej historii i obdarza przynajmniej minimalnymi objawami wyjątkowej osobowości. No i jeszcze dzieciaki Killgrave’a, totalny nightmare fuel, o nich akurat chętnie poczytałbym więcej.

Nawet jeśli brakuje mi kreski Michaela Gaydosa (przynajmniej od kiedy przekonałem się do jego zalanego cieniami tracingu), Mattia de Iulis coraz bardziej przekonuje mnie do swojego stylu. Bardzo plastyczne porozumienie między realizmem i trykociarską dynamiką jest czytelne i przyciąga wzrok. Nie przepadam za cyfrowym efekciarstwem, ale gładko prowadzone cieniowanie nie męczy wzroku. Dzięki stosunkowo mocnym konturom i sprawnej narracji to wszystko nie wpada też w rejony męczących, statycznych kserokopii zdjęć. Wizualnie powalające są znowu faktury ubrań. Rysownik mistrzowsko ogarnia labirynty zagięć materiału, połysk światła na skórze i tekstury. Bliżej mojego gustu jest co prawda bardziej umowny, retro-kreskówkowy fragment hipnotycznej psychodeli wyczarowany przez Filipe Andrade, ale jak na reprezentanta zwykle hejtowanej przeze mnie szkoły ilustracji, główny kreślący naprawdę odwalił kawał dobrej roboty.

Sassy.

Rozczarował mnie nowy (choć odgrzany) kierunek fabularny tej serii, ale sam poziom realizacji pomysłów jest przynajmniej zadowalający. Następcy kultowego Alias póki co nie schodzą poniżej pewnego poziomu i nawet jeśli jest to poziom jedynie zachowawczego, sumiennie wymuskanego standardu, to zdecydowanie nadal górna półka skostniałego regału z superhero. Dobra propozycja nie tylko dla miłośników postaci, ale i ogólnie tych nielicznych uparciuchów, którzy z jakiegoś powodu nadal lubią trykoty i to jak te komiksy wykorzystują (tym razem sprawnie) trudną tematykę do wywoływania emocji. Fioletowa Córka dostarczy im tylko kolejnych argumentów do trwania w tym zaprzeczeniu trywialności spandeksowej tematyki. Mam nadzieję, że nikt nie weźmie tej elitarystycznej parafrazy na poważnie.

Tytuł: Jessica Jones. Martwy Punkt
Wydawnictwo: Mucha Comics
Autorzy: Kelly Thompson, Mattia de Iulis, Filipe Andrade
Tłumaczenie: Marek Starosta
Typ: komiks
Data premiery: 22.09.2020
Liczba stron: 136

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).