SIEĆ NERDHEIM:

Twój mózg na narkotykach. Recenzja komiksu Flex Mentallo. Człowiek Mięśniowej Tajemnicy

Ta, okładka dobrze streszcza zawartość.

Grant Morrison, jaki jest, każdy widzi. Odklejony od rzeczywistości, skrajnie kreatywny, często naćpany, jeszcze częściej raczej pretensjonalny. To przez scenarzystów jego typu nie możemy po prostu usiąść spokojnie z komiksem w rękach i popijając piwko cieszyć się dobrze napisaną, prostą rozrywką. Nie, w jego przypadku trzeba przypomnieć sobie definicję takich słów jak „metafikcja” oraz „subwersja” a browara zastąpić grzybową herbatką. Gdy niektórzy, by wyrazić swoje ubolewania nad stanem ukochanego medium, piszą eseje, Morrison ubiera przemyślenia w najbardziej sobie znaną formę wyrazu – komiks będący przeciwieństwem dosłowności, dzieło natchnione i absolutnie nieprzystępne dla przypadkowego odbiorcy.

Tytułowy Flex Mentallo to istota, która swoje fikcyjne miejsce mogła odnaleźć chyba tylko na kartach komiksu. Osiłek zrodzony na potrzeby Doom Patrolu przejętego w 1989 roku przez Morrisona to parodia, karykatura kulturystycznych reklam ukazujących się w klasycznych komiksach od lat czterdziestych. To bohater plaży, który oklepaną już moc kontrolowania rzeczywistości urozmaica władając nią dzięki odpowiedniemu napinaniu pokaźnych mięśni. W miniserii Człowiek Mięśniowej Tajemnicy ta przyziemna geneza odchodzi jednak na dalszy plan – tu Flex jest dziełem teoretycznie zmarłego Wally’ego Sage’a, konstruktem świadomym swojej fikcyjności. Nie przeszkadza mu to w byciu jednocześnie pełnoprawną postacią z wyrazistym charakterem, herosem pragnącym ratować świat. Tak się składa, że światu akurat coś takiego się przyda, bo niepozorna draka z bombami utrzymanymi w kreskówkowej stylistyce szybko doprowadzi do wycieczki w krainę wspomnień i jakimś cudem zagrozi również integralności całego świata, Poliwersum w tym przypadku.

Brakuje tylko deszczu u 30 dymków narratora. Skan z wersji anglojęzycznej.

Bo widzicie, ta pokręcona fabuła o zwodniczo przygodowym wydźwięku to tylko jedna z wielu warstw tej miniserii. Tak na samej powierzchni Flex wędruje sobie w poszukiwaniu swojego dawnego kumpla, Faktu (Fakta?). Brnie przy okazji w coraz mniej zrozumiałe rejony walącej się rzeczywistości. Czemu ta rzeczywistość się wali? Niby trudno stwierdzić, ale może ma to jakiś związek z powierzchownym wątkiem numer dwa – urywkiem z życia wspomnianego wcześniej Wally’ego Sage’a, którego narkotyczna rozmowa z telefoniczną linią wsparcia przeplata się z trykociarską fantazją. Pogrążony w rozpaczy, zrezygnowany rockman odpływa w niebyt, wspominając utraconą młodość, wyrażając tęsknotę za prostotą, kolorowymi pomysłami i superbohaterami o nieskazitelnej moralności. Można odnieść wrażenie, że oba wątki rozgrywają się w tym samym czasie, ale przynajmniej pod względem prostej chronologii raczej tak nie jest.

Interpretacja całego dzieła jest bowiem dosyć prosta, o ile przytoczona wcześniej metafikcja nie jest dla was pojęciem całkowicie obcym. Z drugiej strony nawet patrzenie na całość pod kątem analizy wątków gnostycznych może być tu zbyt powierzchowne. Morrison stworzył komiks mający za zadanie tylko i wyłącznie komentować inne komiksy, a konkretniej postępującą eskalację peleryniarstwa w przesadną powagę i mrok. Sage jest jego awatarem, ubolewa nad utraconą niewinnością, prostą radością i możliwością czerpania z niczym nieskrępowanej fantazji. Flex Mentallo staje się uosobieniem tych wartości, co w sumie jest zabawne biorąc pod uwagę jego pierwotną, karykaturalną rolę. Heros przebija się przez etapy charakteryzujące kolejno znane wszystkim epoki trykotowej fikcji (wiecie, złota era, srebrna era itd.) i ostatecznie musi zmierzyć się z głównym kruszycielem naiwnego status quo. Staram się uniknąć spoilerów, ale tożsamość (i wiek) tej postaci idealnie tłumaczy zamiary Morrisona.

Niespodzianka, to nie Strażnicy. Skan z wersji anglojęzycznej.

Czy autor ma słuszność? W sumie tak, w latach 90. superbohaterom trochę za mocno odkleiło się w stronę smolistego patosu, ale to właściwie nie ma żadnego znaczenia. To jego opinia i ważne jest to, jak trafnie ją wyraża. Na pierwszy rzut oka Flex Mentallo. Człowiek Mięśniowej Tajemnicy to pozbawiony sensownej struktury absurd, ale nie trzeba przesadnie głęboko kopać, by dostrzec bezpośrednie komentarze na temat kondycji naszego ukochanego medium. Włochaty adonis drepcze od prostej zagadki, przez dojrzalszy chłód miejskich zaułków i wręcz ordynarny hedonizm, by w końcu dotrzeć do modernistycznej abstrakcji, gdzie ta ostatnia ma być chyba renesansem utęsknionego triumfu wyobraźni. Morrison ma tu oczywiście bardzo wysokie mniemanie o sobie, ale wytyka przemiany, które po prostu są niezaprzeczalnym faktem. Robi to przy okazji unikając tak naprawdę brnięcia w dekonstrukcję. To krytyka bezpośrednia, dosłowna i u podstaw oparta na godnej pochwały chęci przypomnienia czytelnikom o magii wypełniającej niegdyś kadry komiksów.

A skoro o kadrach mowa, na ołówkach działał tu Frank Quietly chyba u szczytu swojej formy. Chłop nadal jest mistrzem szczegółowości i kompozycji ujęć, ale wydaje mi się, że ostatnio coraz bardziej gra na jedno kopyto. Na stronach Flexa Mentallo jego styl trzymał doskonałą równowagę między różnorodnością i rozpoznawalnością. Wszystkie twarze są całkowicie wyjątkowe, cieszą bogatą mimiką choć nie gonią za okazjonalnie obecną karykaturalnością sylwetek. Poszczególne ilustracje to parada zmian perspektywy, formy i układu kadrów, który też wyrywa się z klasycznych ram wtedy, gdy jest to potrzebne. Tła zachwycają szczegółami, a stonowane kolory Petera Doherty’ego ujednolicają klimat i nadają mu powagi, choć trochę za mocno wpisują się w kanon krytykowany przez ten tytuł. To chyba najlepszy Quietly, jakiego widziałem.

Nie pamiętam tego skyboxa w Bloodborne. Skan z wersji anglojęzycznej.

Zdecydowanie nie polecam Człowieka Mięśniowej Tajemnicy każdemu. To pełen żalu esej Morrisona dla niepoznaki nieudolnie przebrany za psychodeliczne trykociarstwo, rzecz totalnie odległa od dzieł typu nowego Green Lantern, niedosłowna, osobista i zbudowana od podstaw na założeniach przebijającej czwartą ścianę metafikcji. Nie da się tego czytać bez znajomości kontekstu, nie da się tego docenić bez minimalnego choćby rozeznania na osi czasu pierwszoligowego superbohaterstwa. Flex nieprzypadkowo wypełzł z Doom Patrolu, by na łamach własnej miniserii realizować w pełni rozpoczęte tam zabiegi. Nieprzypadkowo też (przynajmniej mam taką nadzieję) komiks ten jest według samego autora pierwszą częścią trylogii, na którą składają się również całkowicie porąbane The Invisibles (już niedługo u nas!) i The Filth. Spodziewajcie się eskalacji dziwności, a jeśli pragniecie po prostu poczytać o muskularnych nadludziach bijących kosmitów po mordach, trzymajcie się od tych komiksów z daleka. Doczekaliśmy się bowiem, przynajmniej częściowo, renesansu tak bardzo opłakiwanej przez Morrisona radochy. Korzystajcie, póki możecie, bo po trendach już wyraźnie widać, że historia zatacza koło.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Flex Mentallo. Człowiek Mięśniowej Tajemnicy
Wydawnictwo: Egmont
Autorzy: Grant Morrison, Frank Quietly
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Data premiery: 24.11.2021
Liczba stron: 128
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).
Twój mózg na narkotykach. Recenzja komiksu Flex Mentallo. Człowiek Mięśniowej Tajemnicy Grant Morrison, jaki jest, każdy widzi. Odklejony od rzeczywistości, skrajnie kreatywny, często naćpany, jeszcze częściej raczej pretensjonalny. To przez scenarzystów jego typu nie możemy po prostu usiąść spokojnie z komiksem w rękach i popijając piwko cieszyć się dobrze napisaną, prostą rozrywką. Nie, w jego...
Enable Notifications    OK No thanks