SIEĆ NERDHEIM:

Rakszas – to brzmi dumnie. Recenzja komiksu Dziki Ląd

Maska śmierci szkarłatnej?
Maska śmierci szkarłatnej?

Krwiopijca. Pod tym określeniem w świecie folkloru i popkultury znajdziemy wampira. W świecie popytu i podaży – wyzyskiwacza. Też na „w”. Gospodarczy kontekst niewiele sobie robi z tych emanacji wampirycznej aury, które z romantycznym rozdarciem przedstawiają pułapkę nieśmiertelności, przełamanie erotycznego tabu czy melancholię nocnej egzystencji. Krwiopijca – samo wypowiedzenie tego słowa składa wargi w grymas znaczeniowo nacechowany gniewem, wzburzeniem wstrzymywanym przez zaporę ściśniętych zębów. Wzburzeniem najczęściej bezsilnym wobec samego krwiopijcy, który z kolei bezwzględnie odsłania przed ofiarą swoje zęby i intencje. Chaps, gryz, mlask, cmokt, mmm… Więcej!!!

Ram V, scenarzysta Dzikiego Lądu, łączy w swoim dziele oba wymienione znaczenia „krwiopijstwa”. Wątkom czysto wierzeniowym towarzyszy kwestia kolonialnej ekspansji, konfrontacja kulturowa obejmuje zarówno wizerunek wampira, jak i pojęcie cywilizacji. Analogia ta rozwija się nad wyraz spójnie, biorąc pod uwagę, że towarzyszą jej motywy mocno związane z gotycyzującą opowieścią grozy, a miejscem akcji są XVIII-wieczne Indie w przededniu imperialnej brytyjskiej dominacji.

Oh, I'm an alien, I'm a legal alien, I'm an Englishman on Savage Shores...
Oh, I’m an alien, I’m a legal alien, I’m an Englishman on Savage Shores…

Do Wybrzeża Malabarskiego przybija statek z Anglii. Z pokładu na ląd schodzi lord Alain Pierrefont, londyński wampir, na którym orientalną wycieczkę wymusiła demaskacja jego krwiożerczej natury przez zaciekłego łowcę potworów, Zachariaha Sturna. Trafia na dwór małoletniego księcia Zamorynów, Wikrama, gdzie zza maski przygląda mu się milcząco tajemniczy towarzysz księcia, Biszan. Nocą Pierrefont wskakuje na rumaka i udaje się na degustację lokalnych specjałów, by rankiem wrócić do pałacu jedynie dzięki znanemu wszystkim furmanom instynktowi konia, który pozwala opuścić na piersi zamroczoną, tfu, zmęczoną głowę i beztrosko drzemać. Tylko że głowa lorda opadła znacznie niżej i nie wygląda na to, by mogła dać impuls do przebudzenia reszcie ciała. Śmierć przedstawiciela Korony staje się argumentem w sprawie poszerzenia wpływów Kompanii Wschodnioindyjskiej, ale Pierrefont był jednak przede wszystkim protegowanym głowy wampirzej arystokracji. Hrabia Irre Grano fatyguje się zatem do Indii osobiście, wiążąc zagadkę śmierci swojego faworyta z osobą Sturna. Faktycznie, poprzednik Van Helsinga też ma już za sobą rejs do Kalikatu, jednak i przed nim nowe tereny zdążyły odsłonić drugie oblicze. Konflikt na każdej płaszczyźnie jest nieunikniony.

Motyw wampiryzmu w Dzikim Lądzie towarzyszy wszystkim z nich i szczęśliwie nie daje się sprowadzić do frazesu o chciwych najeźdźcach stających naprzeciw dumnych autochtonów oraz symbolicznego starcia między przedstawicielami pradawnych sił, czerpiącymi swoją moc z krwi. Wyimki z historii i mitologii Indii współtworzą fabułę w równym stopniu, co postaci. Pośród nich znajdziemy zaś zarówno fikcyjne, jak i historyczne, przy czym nie prowadzi to do alternatywnych wersji dziejowych wydarzeń (choć taką szansę przez moment stwarza i to z dobrym efektem). Ich przebiegowi towarzyszą – jak pod każdą szerokością geograficzną – sojusze i zdrady, ale i z tych sytuacji wyłania się uniwersalny topos ojczystej ziemi jako miejsca duchowej identyfikacji i pojęcie wspólnej, zagrożonej tradycji. O Brytyjczykach trzeźwy w ocenie sułtan Hajdar Ali, który sam do władzy doszedł drogą bezwzględnego podboju, mówi wprost: „Oni nie walczą za to, w co wierzą, Zamorynie. Robią to dla zysku, a tego głodu nie sposób zaspokoić”. A jaki głód powoduje adresatem cytowanych słów, nieśmiertelnym rakszasem?

Noc? Kły? Zaraz, zaraz, czy to nie moja kwestia?
Noc? Kły? Zaraz, zaraz, czy to nie moja kwestia?

Scenarzysta w postaci Biszana zawarł wszystkie wątki związane z europejskim, utrwalonym przez Stokera, wyobrażeniem wampirzych bolączek (nieśmiertelność, miłość, wyobcowanie) i zaproponował jeśli nie ich intrygujące rozwiązanie, to przynajmniej złagodzenie. Odbywa się to z przekonującą szlachetnością, przy delikatnej emanacji wedyjskiej filozofii, podczas gdy przedmiotem rozważań pozostaje różne ujęcie tytułowej „dzikości”. Na marginesie podania o stworzeniu rakszasów Ram V przypomina o ogólnokulturowym wymiarze samej czynności powtarzania opowieści. A przy tym dostajemy sprawny, wyostrzony (i to nie wyłącznie celem pastiszu) przegląd klisz fabularnych, jak wątek pogromcy potworów, wampirycznej kochanki, magicznych właściwości krwi i ziemi.

Dla zachowania płynności samej opowieści oraz jej zintymizowania część narracji zawarto w listach pisanych przez bohaterów. Zabieg ten towarzyszy początkowi każdego z pięciu rozdziałów, odpowiadających zeszytowej edycji tytułu, i sprawdza się kapitalnie. Każdorazowo mamy też do czynienia z innym piszącym oraz tematem, co niweluje wrażenie pustki pomiędzy wydarzeniami, zmienia chwilowo perspektywę czytelnika, pozwala równolegle na niezależną narrację graficzną, nadaje całości niewątpliwie literacki charakter (poniekąd odsyłając nas również tym epistolograficznym wątkiem do Draculi), ale przede wszystkim rozbudowuje psychologię postaci, odsłania głębię ich relacji, krótko mówiąc – uwiarygadnia emocje i realia. Za te ostatnie odpowiedzialny jest również „Protokół z poczynań chwalebnej Kompanii Wschodnioindyjskiej”, dający okazję wglądu w niechwalebną historię imperialnej polityki Korony. Bo twórcy Dzikiego Lądunie pozostawiają tutaj wątpliwości, a ich pochodzenie pozwala się w tym domyślać bardziej osobistej perspektywy.

Nietoperz, znaczy się - szczur lądowy na pokładzie.
Nietoperz, znaczy się – szczur lądowy na pokładzie.

Wizję Rama V, urodzonego w Indiach, a obecnie zamieszkałego w Londynie, w kadry przeniósł Sumit Kumar, rysownik z Dehli. Jednak jego przyzwoita, bliska frankofońskiej szkole kreska nie przysłużyłaby się należycie historii bez wsparcia kolorysty, Vittorio Astone. Nieznany szerzej Włoch wypełnił tła soczyście, uwydatniając zróżnicowane nastroje scen odcieniami pełnymi przetarć i gradientów. Barwy, niezależnie od tego, jakiej porze dnia czy zjawiskom atmosferycznym towarzyszą (i jakiemu miejscu, bo odwiedzamy też Londyn), są pełne tężejącego światła i wytrąconego zeń fosforyzującego pyłu. Ta niesamowicie pobudzona, żywa głębia kradnie wręcz uwagę postaciom, którym służy za tło. Co ciekawe – przy regularnym układzie kadrów (często symetrycznym względem sąsiadującej strony) zakłócające wrażenie zrobiły na mnie nieliczne splashe, choć same w sobie jak najbardziej udane. Podobnie „dezintegrująco” zadziałały ujęcia scen walk, wykrzykniki i onomatopeje. Ten typ podkreślanej krzywizną i rozmyciem dynamiki po prostu mi tutaj nie odpowiada. Za to Kumar pięknie rehabilituje się (przy wsparciu Astone) w bogatej galerii okładek.

Wkraczając w głąb Dzikiego lądu, możecie liczyć na fachowe przewodnictwo Rama V (szczerze polecam uwadze polskich czytelników oraz wydawców inne dokonania tego wszechstronnego gatunkowo scenarzysty, jak choćby Grafity’s Wall) i żar spływający z palety kolorysty. I na tyleż horrorową, co honorową rozprawę z krwiopijczym synonimem imperialnego wyzysku. I na nieuniknioną refleksję dotyczącą wielu znaczeń utraty.

Wydawnictwu Lost In Time serdecznie dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Dziki Ląd
Wydawnictwo: Lost In Time
Scenariusz: Ram V
Rysunki: Sumit Kumar
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Typ: komiks
Gatunek: groza
Data premiery: 25.05.2020
Liczba stron: 176

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.