SIEĆ NERDHEIM:

Schron pod Golgotą. Recenzja komiksu Dom Pokuty

To powinno wystarczyć za rekomendację.

Mamy u siebie również recenzję wersji oryginalnej, poczytajcie sobie tutaj.

Jakże ja uwielbiam paskudztwo! Turpistycznie odchyły nie muszą jednak oznaczać wypięcia się na porządną estetykę, więc dzieła zamykające obskurność w nawiasie perfekcyjnej kompozycji są dla mnie niczym karmazynowa ambrozja. Jeśli w dodatku do galerii ilustracji balansujących na granicy brzydoty i wizualnego cudu doczepi się przynajmniej znośna warstwa fabularna, to już naprawdę muszę sięgnąć do głębi swojego czepialstwa, by nie zatracić się w bezkrytycznym zachwycie. Dawno nie miałem okazji doświadczyć tego problemu na skutek lektury komiksu wydanego po naszemu, a Domowi Pokuty prawie udało się zrobić ze mnie oszalałego fanboja niemalże od razu po uchyleniu pierwszej strony.

Kojarzycie rodzinę Winchesterów? Nie tych z Supernatural, chociaż i tutaj nazwisko nie jest wyborem przypadkowym. Chodzi o ludzi, których firma od XIX wieku zaopatrywała Stany Zjednoczone w napędzane prochem narzędzia do robienia kuku bliźniemu. Otóż była sobie w tej rodzinie pani imieniem Sarah. Pani, która nieszczęśliwym zrządzeniem losu straciła większość rodziny i w efekcie odziedziczyła obrzydliwą ilość pieniędzy. Zamiast oddać się ekstrawaganckiemu trwonieniu majątku, Sarah wpadła w studnię swoich bolączek psychicznych i w fascynację okultyzmem. Zaczęła budować dom i ten właśnie dom (a konkretnie jego nieustająca budowa) miał zapewnić jej bezpieczeństwo przed zemstą duchów nieszczęśników ustrzelonych za pomocą śmiercionośnych wyrobów jej rodu. No i właśnie o tym Peter J. Tomasi napisał komiks, mniej więcej. Materiał źródłowy jest tu bowiem jedynie siłą napędową mrocznej baśni o potępieńczej udręce i odkupieniu.

Spokój ducha ołowiem czaszkę przemierzającym niezaburzon.

Może, tak dla odmiany, zacznę tego, co widać na pierwszy rzut oka. Jakbym nie chwalił i nie głaskał Tomasiego po tej jego kreatywnej główce (zasłużył wielce) największym magnesem na potencjalnego odbiorcę w Domu Pokuty wydaje mi się być kreska Iana Bertrama. Do realizmu tu bardzo daleko, na całe szczęście, wygrywa wyjątkowy styl i wyjątkowo zręczna antyestetyka. Gość niepokojąco dobrze odnajduje się w kreśleniu tryskającej krwią przemocy, eksponując mocne elementy ilustracji przemyślaną kompozycją. To miejscami karykaturalna pokraczność, a miejscami zapierające dech w piersi większe plansze – idealny konsensus między pozornie minimalistyczną niedbałością i pieczołowicie wydłubaną zbieraniną kresek. Jak Frank Quietly, gdyby w mroczniejszym momencie życia puściły mu jakiekolwiek artystyczne hamulce. Bertram udowadnia, że wylewające się z truchła trzewia można ukazać w estetycznie zachwycający sposób. Dużą rolę odgrywają też świetne (jak zwykle) kolory Dave’a Stewarta. To chyba głównie dzięki nim te wszechobecne macki da się odebrać jako niosący grozę motyw przewodni, a nie banalną powtórkę wyciągniętą z zakurzonego kąta popkulturowej szafki.

Właśnie, jak to jest z tą grozą? Dom Pokuty to teoretycznie horror, a ja już niejednokrotnie pisałem, że straszenie komiksem jest ekstremalnie trudne. Niestety, jeśli chcieliście telepać galotami przed zerknięciem na kolejną stronę, to czeka was srogie rozczarowanie. Możecie za to oczekiwać (poza przyjemnym oczopląsem) całkiem fajnej fabularyzacji smutnej historii prawdziwej Sary Winchester. Za zbędny uważam wątek, powiedzmy, romantyczny, ale jego rozwój i zwieńczenie czynią go bardziej znośnym. Bo to właśnie o odkupieniu win jest ten komiks, o rehabilitacji czynów teoretycznie niewybaczalnych i zatraceniu, które dotyka ludzi zasługujących na lepszy los. Dzięki dwójce głównych bohaterów, w rytmie delikatnie antyprzemocowej, brniemy w mistycyzm mutualnego wsparcia w obliczu przytłaczającej przeszłości. Wszelkie elementy nadnaturalne są tu tylko tłem, wszechobecną zmorą symbolicznie czającą się w mroku na moment ludzkiej słabości. Tak postanawiam to interpretować i wtedy, według mnie, fabuła Domu Pokuty działa najlepiej.

Wypadki chodzą po ludziach, gdy ludzie chodzą po kratkach.

Problem dostrzegam w bardziej przyziemnych elementach opowieści. Romantyzacja narracji wymusiła pewne uproszczenia i nie wszystko można zgonić na efekt obserwowania wydarzeń z perspektywy jednostek o wysoce zaburzonym sposobie postrzegania rzeczywistości. Pracownicy nieustannie stawiający pokręcony budynek zachowują się niemalże jak wierni wyznawcy swojego żywiciela, faktyczny postęp wydarzeń zdaje się jednocześnie okrojony i rozwleczony, a słuszną krytykę broni palnej potraktowano tak bardzo po łebkach, że równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być. Jasne, ten element był właściwie niezbędny ze względu na kontekst prawdziwej historii, a wszelkie skróty jedynie służą ujednoliceniu celu i klimatu narracji. Dom Pokuty po prostu wie, o czym chce opowiadać, ale trudno oprzeć się wrażeniu niedosytu. Można było wycisnąć z tego nieco więcej konkretnych wniosków.

Warto brać? O cholera i to jak! Czepiam się drobiazgów, które dla entuzjastów takiej formy, pozbawionych wyuczonej konieczności doszukiwania się dziury w całym, pozostaną całkowicie nieodczuwalne. Dla nich Dom Pokuty pozostanie przepięknie wydanym (znów pokłony dla Wydawnictwa KBOOM) archiwum potępieńczej wędrówki w głąb karmazynowego podszycia świata, przesyconego widmami przemocy, poczuciem winy i paradoksalnymi przebłyskami nadziei. Nie horror, a osobista tragedia, więc i mocna dramatyzacja tła historycznego wydaje się całkowicie usprawiedliwiona. Nawet jeśli nie pochłonie was fabuła, to zróbcie sobie prezent i pozwólcie swoim patrzałkom nacieszyć się nieco groteskowym pokazem komiksowego piękna i kompozycyjnego rzemiosła najwyższej próby. Dom Pokuty to w każdym aspekcie po prostu kwintesencja wyważenia i dobrego smaku, pomimo stron wręcz ociekających tętniczą czerwienią.

Niech mnie kule biją jeśli to nie jest okropnie piękne.
SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Dom Pokuty
Wydawnictwo: KBOOM
Scenariusz: Peter J. Tomasi
Rysunki: Ian Bertram, Dave Stewart
Tłumaczenie: Marceli Szpak i Piotr Czarnota
Typ: Komiks
Gatunek: horror
Data premiery: 07.12.2020
Liczba stron: 176

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).