SIEĆ NERDHEIM:

Niby mój robal, ale jakiś inny. Recenzja gry Worms Rumble

Kiedy Team17 wydało Worms Rumble, miałem dokładnie to samo uczucie, które towarzyszyło mi w 2015 roku podczas premiery Overlord: Fellowship of Evil. Na pewno też to znacie: tytuł taki sam, niby kontynuacja serii, którą lubisz, ale to nie ta sama gra. Tym razem nie zawiodłem się aż tak bardzo, jak wtedy, ale wciąż wolałbym dostać robale bliższe swoim korzeniom.

Robale po rozwałce zawsze wydają się zadowolone.

Wormsy, które w turowych potyczkach ciskały w siebie Super Owcami, popychały przeciwnika paluchem i zsyłały napalm na wrogie pozycje, były jedną z moich ulubionych gier, zwłaszcza kiedy wpadali koledzy z podstawówki i na jednym PC mogliśmy powalczyć między sobą o tytuł mistrza robali. Wiem, że nie był to szczyt growego rzemiosła, ale nawet dziś czuję sentyment i z frajdą do nich wracam. Worms Rumble to zupełnie inna gra, jednak pobrzmiewa w niej echo poprzednich części. Wraca wiele broni, twórcy zachowali także humorystyczną otoczkę i styl graficzny, które od dawna towarzyszył serii.

Szeroki wachlarz broni to rzecz podstawowa w każdej odsłonie serii.

Pomimo całego mojego sceptycyzmu, ciężko było mi nie uśmiechnąć się pod nosem, kiedy pierwszy raz w Zadymie wpadł mi w ręce Święty Granat, chyba najbardziej kultowa broń w historii Wormsów. Bazooka, kij baseballowy, wybuchowe banany – powraca wszystko, co znacie i kochacie, chociaż wielu zabawek brakuje, a niektóre nie są już tak śmiercionośne, jak kiedyś. Balans przemówił, obrażenia zadawane przez część narzędzi zagłady musiał zostać zmienione na potrzeby trybu sieciowego. Szkoda, bo przez to niektóre mega–śmiercionośnie–zabawne bronie stały się tylko „fajne”.

Sam nie wiem ile razy zastrzelił mnie ten skubaniec

Gdyby pozostano przy turowym charakterze rozgrywki, byłoby to nie tylko odczuwalne, ale także irytujące. Za sprawą przejścia na tryb starcia w czasie rzeczywistym, pełen efektownych wybuchów i dynamicznej wymiany ognia, nie kłuje to tak mocno w oczy. Zwyczajnie nie ma czasu, żeby się nad tym za długo zastanawiać, bo jakiś pocisk może nas szybko sprzątnąć z powierzchni planszy. Pomimo tego, że mapy są spore, co chwilę napotykamy innego gracza, więc przez większość meczów nie zdarzyło mi się narzekać na nudę czy brak akcji. Jedyny zarzut, jaki mam do projektu poziomów, to zrezygnowanie z destrukcji otoczenia, która trwale związała się z serią. Nadal możemy niszczyć wybrane obiekty, ale jest to tak bardzo nieistotne, że równie dobrze mogło się obyć bez tego. To potknięcie rekompensuje nieco fakt, że oprócz tradycyjnego sposobu na pokonywanie obranej trasy, mamy do dyspozycji przedmioty (np. znany plecak odrzutowy), windy czy szyby wentylacyjne.

Mapy są wielopoziomowe i duże. Naprawdę duże.

Trybów rozgrywki nie ma wielu, ale każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Standardowy deathmatch jest trybem domyślnym i dostarczył mi najwięcej frajdy. Ponadto mam wrażenie, że najbardziej pasuje do gry. Możemy także grać w robalowe battle royale w wariancie solo lub drużynowym. Jeżeli i to się nam znudzi, zawsze można spróbować swoich sił w Laboratorium. Oferuje ono eksperymentalne tryby rozgrywki, zmieniające się co jakiś czas, więc to tutaj doświadczymy największych powiewów świeżości.

Deathmatch to mój ulubiony tryb.

Nasz układ nagrody twórcy podsycają możliwością zdobywania wormsowej waluty oraz kolejnych poziomów nie tylko robala, ale także broni. Fani personalizacji będą mogli zmienić kolor robaka, jego oczy i usta, zafundować mu nakrycie głowy oraz narzucić coś na twarz. Kolejne poziomy dają nam dostęp do nowych opcji modyfikacji wyglądu. Trzeba nastawić się, że nie odblokujemy wszystkiego w dwie godziny.

Personalizacja postaci w grach to zawsze fajny dodatek.

Grałem tylko i wyłącznie z włączonym trybem międzyplatformowym, tak że ciężko ocenić mi matchmatching podczas gry w obrębie jednej platformy. Jeżeli na takie natraficie, polecam przełączyć się od razu na cross play, ponieważ nie miałem tutaj żadnych kłopotów. Lobby wypełniało się błyskawicznie, nie odczuwałem także różnicy w tym, kto grał na jakim sprzęcie. Sam z padem w ręce kilka razy wylądowałem w najlepszej trójce, myszka i klawiatura nie dają tutaj wyraźnej przewagi.

Worms Rumble warto dać szansę, ale to nie stare Wormsy i trzeba się z tym liczyć. Osobiście wolałbym coś bardziej zbliżonego do oryginału, ale nie spisuję nowej części na straty. Obawiam się jednak, że zawartość dostępna w grze nie utrzyma przy sobie dużej bazy graczy. Jeżeli miałbym zgadywać, jakich odbiorców będzie najwięcej, powiedziałbym, że takich jak ja. Wracających do marki okazjonalnie, bo akurat nie ma w co pograć albo mających tylko kilka minut na szybki niewymagający meczyk, zanim wyjdą z domu.

SZCZEGÓŁY
Tytuł: Worms Rumble
Platformy: PS4, PS5, PC
Producent: Team17
Wydawca: Team17
Data Premiery: 01.12.2020
Recenzowany egzemplarz: PS4

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Janusz "Kocilla" Walaszek
Miłośnik psów, koni i sportów walki, który uwielbia leniwe wieczory przy grach planszowych lub z padem w dłoni. Otwarty na każdą książkę, jednak otwarcie faworyzuje polską literaturę fantastyczną. Oddany fan Blizzard Entertainment oraz uniwersum Warcraft. Gdyby mógł wybrać najlepsze miejsce na planecie, zdecydowanie byłyby to rodzime góry. Do dziś nie przyjmuje do wiadomości, że nie może pogłaskać każdego zwierzaka w zasięgu wzroku.