SIEĆ NERDHEIM:

Realna paranoja. Recenzja komiksu Departament prawdy, tom 2: Miasto na wzgórzu

Okładka Simmondsa, jak zwykle, niepokojąco piękna.

Moja recenzja pierwszego tomu Departamentu prawdy była w połowie zachwytem nad genialnym komiksem, a w połowie takim archiwum osobistych wątów na temat teorii spiskowych i ich zwolenników. Dzięki ogarnięciu sobie tego katharsis odpowiednio wcześnie, teraz, przy części drugiej, mogę skupić się na wyjaśnianiu, czemu dzieło Jamesa Tyniona pozostaje jedną z najlepszych pozycji przeczytanych przeze mnie w tym roku. Może nawet uda mi się powstrzymać przed ciągłym wspominaniem o tym, jak smutne i szkodliwe jest brnięcie w durny denializm jedynie w celu uspokojenia swoich nieskomplikowanych myśli.

Agent Cole Turner, nowy narybek tytułowej, tajnej agencji rządowej do spraw dla niektórych czasem zbyt wiarygodnych, wpada coraz głębiej w króliczą norę. Strasznie oklepane określenie, ale tutaj pasuje idealnie – nawet gdy akcja grzęźnie obiema nogami w bagienku ogromnej ekspozycji, intryga ma tę stagnację głęboko w rzyci i zapada się w owe bagno coraz głębiej. W tym tomie poznajemy Hawka Harrisa (którego totalnie w potencjalnej ekranizacji powinien zagrać Scott Glenn). Gość to ostateczny fachman w departamencie, mistrz snucia światowej narracji za pomocą pozornie małych zagrań, zawodowy odkręcacz fekalnych batów konspiracji, a przy okazji antypatyczna menda. Przez pryzmat jego doświadczeń, podczas polowania na jedną z najbardziej znanych kryptyd świata, dowiemy się znowu więcej na temat zasad rządzących tym dziwnym światem.

Spokojnie, tego tekstu między kadrami nie trzeba czytać.

Nie mam tu nawet na myśli świata przedstawionego w komiksie, tłumaczenia tego pragmatycznego dziada niby pozwalają nam lepiej zrozumieć dziwne realia Departamentu prawdy, ale z drugiej strony mówią też przerażająco wiele na temat naszego chorego grajdołka. Geniusz fabularnej konstrukcji tego komiksu polega na tym, że objaśniając, jak to w ramach fikcji ludzkie wyobrażenia stają się prawdą, sam lawiruje niepokojąco blisko faktów. Pod płaszczykiem science-fiction kryje się inteligentnie i sprawnie podany wykład na temat wpływu propagandy i ludzkich wierzeń na kształt naszej codzienności. Niektóre słowa można tu nawet interpretować dosłownie, całkiem pomijając aspekty wyrwane żywcem z Archiwum X, a nadal pozostanie w nich sporo sensu.

Tynion zręcznie przypomina również nawet sceptycznemu czytelnikowi mechanizmy, przez które teoretycznie kretyńskie wymysły trafiają do powszechnej świadomości. Na skrzydłach uniwersalnej symboliki i łopatologicznie logicznych powiązań rodzi się obraz świata daleki od prawdy tylko w teorii, w praktyce jednak mający wpływ na postrzeganie licznych problemów naszej zgubionej planetki. Dalej lecimy więc w narrację, która nie jest jednoznacznie krytyczna wobec ludzi szukających alternatywnych rozwiązań dla skomplikowanych problemów. Nie ma tu gówniarskiego hejtu, jest za to zrozumienie złożonego procesu i jego podatnych na sugestię ofiar. Nieco poboczny wątek rodziny zniszczonej przez dziedziczną obsesję na punkcie Wielkiej Stopy spełnia tu tę samą rolę, co historia umęczonej matki z tomu pierwszego. Przekłada wielkie, patetyczne zagadnienia na grunt osobisty, bliższy czytelnikowi. 

Tego tekstu w tle też czytać nie trzeba, ale w sumie trochę można.

Nie jest jednak idealnie, tempo nieco zwalnia, a cały story arc zawarty w tym tomie ma wyraźnie przejściowy charakter. Rola Cole’a sprowadza się do reprezentowania odbiorcy, bo bez obecności protagonisty Hawk mógłby gadać bezpośrednio do nas, a to w sumie wybiło by nieco hermetycznego klimatu z całej zabawy. Dowiadujemy się co prawda więcej na temat porytego dzieciństwa młodego agenta i imponującego rozmiaru jego członka (bardzo ważna informacja), ale niewiele w tym jego udziału. Zdecydowanie najgorszym elementem Miasta na wzgórzu są rozsiane po całym albumie ręcznie pisane fragmenty listu, który do swojego syna pisze ojciec ogarnięty kryptydową obsesją. Mocno osobista i poruszająca rzecz, teoretycznie, ale miałem czasem problem z zebraniem chęci na przebicie się przez te strony i niewyraźna, bazgrolska czcionka na usyfionym tle nic a nic nie pomogła. Nie mam za to żadnego kłopotu z chyba najpowszechniej wytykaną w internecie cechą tego tomu – ekspozycją. Niby nie znoszę stron zawalonych tekstem, a praktycznie połowa albumu to dymki wykładające nam w szczegółowy sposób to, jak stopniowo banialuki wplatają się w status quo. Nie jest to jednak gadanina pusta i bezcelowa, nie czuję, że mój czas zmarnowano, wszystko składa się w zadowalającą, intrygującą całość. Przede wszystkim cały monolog jest doskonale napisany i przybliża nam również jedną z bardziej interesujących postaci. Człowieka, który zaskakuje nas potężnym twistem, gdy fabuła znów zaczyna przeć do przodu. W Mieście na wzgórzu nie dzieje się wiele, ale gdy już ustaje cisza przed burzą, to pioruny trzepią po czerepach.

Mało subtelne.

Martin Simmonds w swoich rysunkach nadal uparcie bawi się w budowanie kapliczek dla Billa Sienkiewicza i w sumie słowo „ilustracja” pasuje tutaj idealnie. Kadry w tym komiksie nie są wyraźnym przełożeniem wydarzeń na wizualną narrację. To bardziej ulotne zobrazowanie ledwo widocznej rzeczywistości, która tonie w morzu emocji i przemyśleń z pewnością zalewających głowę protagonisty. To cudownie estetyczny pierdolnik, burza rozmazanych kształtów i kolaży, w których niby łatwo się pogubić, ale w sumie niczemu to nie szkodzi. Jedne z paradoksalnie najlepszych rysunków, jakie widziałem ostatnio w tym medium, wciąż służą w Departamencie prawdy za tło do kapitalnej historii zawartej w dymkach. Nie martwcie się, gdy dzieje się coś istotnego w sferze wizualnej, twórcy zadbają o to, byście oderwali wzrok od literek. Dzięki temu nie uważam genialnej pracy artysty za zmarnowaną. Konsekwentnie podkręca klimat świetnej opowieści poszarpanymi, ekspresyjnymi wizjami z granic onirycznej fantazji i ogromem wyrazistych barw. Gdy jednak poświęcicie chwilę na przyjrzenie się jedynie warstwie graficznej, szczena wam opadnie. Prawie nie da się zauważyć kulejącej w tym wszystkim sekwencyjności.

Jeśli mielibyście w tym roku zdecydować się tylko na jeden komiks, może nie zasugerowałbym Departamentu prawdy, ale jeśli miałaby to być jedna seria, to nie wyobrażam sobie lepszego wyboru. Co prawda nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, ale jeżeli dotychczasowy poziom tej historii o czymkolwiek świadczy, to mamy do czynienia ze zdecydowanym szczytem półki. James Tynion podjął się trudnego tematu i zrobił z niego elegancką, porywającą i inteligentnie ujętą perełkę, według mnie coś, co za kilkanaście lat będzie uznawane za klasyk. Przy bezbłędnie dopasowanej warstwie graficznej i nieustannie rozwijającej się fabule dostajemy dzieło po prostu kompletne. Do ideału troszkę tu brakuje, ale wystarczy pominąć kilka stron i bum, nagle ocena leci jedno oczko w górę.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Departament prawdy, tom 2: Miasto na wzgórzu
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Scenariusz: James Tynion IV
Rysunki: Martin Simmonds
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Typ: komiks
Gatunek: kryminał, thriller, science-fiction
Data premiery: 29.06.2022
Liczba stron: 162
ISBN: 978-83-8230-276-9
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki