SIEĆ NERDHEIM:

Sadystyczna przyjemność. Recenzja komiksu Carnage: Czerń, Biel i Krew

Okładka / źródło: muchacomics.com

Jestem wielkim fanem Venoma, więc obok Carnage’a nie przejdę obojętnie. W sumie łączą ich więzy „krwi”. Swój pierwszy kontakt z tym psychopatycznym symbiotem miałem już jako dzieciak za sprawą animowanej serii Spider-Man, będącej w Polsce kultową produkcją, istnym znakiem towarowym lat 90. Podbiła ona serca ówczesnych miłośników superhero oraz „wychowała” nowe pokolenie entuzjastów komiksu (w tym mnie).

Pamiętam do dziś, jak postać czerwono-czarnego antagonisty wzbudzała we mnie jednocześnie strach oraz fascynację. Co ją wyróżniało spośród innych czarnych charakterów, z którymi na co dzień zmagał się Spider-Man? Na pewno niepohamowana żądza krwi. Sam symbiot miał już mordercze zapędy (zresztą który z przedstawicieli tego kosmicznego gatunku ich nie posiada, niech pierwszy rzuci meteorytem), lecz gdy tylko połączył się ze swoim nosicielem Cletusem Kassadym (psycholem w czystej postaci), mógł w pełnej krasie oddać się iście morderczej fantazji.

Czas mijał. Wiele postaci świata komiksu przechodziła metamorfozy, innym zmieniała się geneza, a tylko niewielki procent pozostał taki, jaki był od samego początku. Wśród tej nienaruszonej śmietanki pozostał właśnie Carnage. Ale czy na pewno?

…ale to jest właśnie klimat morskich opowieści! /źródło: muchacomics.com

Carnage: Czerń, Biel i Krew stanowi doskonały przykład, jak opowiedzieć historię symbiotu na różne sposoby. Omawiana pozycja to zbiór kilku scenariuszy. Choć łączy je jedna i ta sama postać, to jednak tło historii nie jest już takie jednorodne. Czy ten eksperyment się powiódł? I tak, i nie. Jak to już bywa przy zbiorczych tomach, odkryć w nich można prawdziwe perełki, do których powraca się z uśmiechem na twarzy. Zdarza się też trafić na istny szrot pozostawiający niesmak i animowany znak „WTF?!” nad naszą głową.

Nie będę pisać o wszystkich zawartych w Carnage: Czerń, Biel i Krew historiach. Skupię się na trzech (jednej kiepskiej i dwóch, które przypadły mi do gustu), aby nakreślić, czego się można spodziewać.

Na pierwszy ogień poleci Konwent autorstwa Alyssy Wong. O ile kwestia wizualna (rysunki Gerarda Sandovala) jest poprawna, o tyle sam koncept jest no… słaby. Wyobraźcie sobie, że na Comic Conie pewna grupa fanatycznych wyznawców odprawia znane tylko sobie rytuały po to, aby przyzwać samego Carnage’a. Jeśli całość miała być oczkiem puszczonym w stronę miłośników cosplayu, to wyszło tak średniawo. No nie kupuję tego…

Kolejną historią tym razem w klimatach marynistycznych jest Morze krwi. Sam pomysł wydaje się nieco naciągany, bo akcja rozgrywa się mniej więcej w czasach, gdy piracki fach wydawał się być najbardziej dochodowy. I tu jest podobnie. Karla Pacheco wzięła na warsztat marynistyczne historie. Ale jak tu wcisnąć Carnage’a? Otóż główna postać całego zbioru para się rozbojem i dość krwawo obchodzi się ze swoją załogą, dając upust swym sadystycznym popędom. Lecz na horyzoncie pojawia się ktoś, kto da mu radę. Chyba już wiecie kto? Wizja Pacheco przypadła mi do gustu z dwóch powodów. Po pierwsze uwielbiam opowieści powiązane z morzem. Po drugie z rysunków Chrisa Mooneyhama aż kipi realizmem, a zapach jodu, krwi i zbutwiałego drewna wylewa się z kadrów.

I na koniec prawdziwy brylancik zatytułowany Carnage to ty. Historia, która swoją techniczną stronę opiera na coraz bardziej popularnych książkach paragrafowych. Aby wczuć się w klimat historii, potrzebna będzie jedna sześcienna kostka. Ale po co? Otóż pomysłodawca scenariusza – Al Ewing – wraz z rysownikiem Johnem McCrea wpadli na genialny plan usytuowania czytelnika w roli Carnage’a. Przy pomocy rzutów kostką przemieszczamy się pomiędzy planszami i wczuwamy w zdarzenia. Przyznaję, że akurat ta wizja przypadła mi najbardziej do gustu nie tylko ze względu na oryginalność, ale również kreskę. Jest tu wiele ciekawych rozwiązań, z którymi nie spotkałem się w żadnym innym komiksie. Wyobraźcie sobie choćby wyrywanie kręgosłupa hybrydzie będącej połączeniem żyrafy i człowieka. No głowa mała!

Czy te oczy mogą kłamać? / źródło: muchacomics.com

Carnage: Czerń, Biel i Krew, jak wskazuje tytuł, wydany został w tonacji trójkolorowej, podobnie jak inny tom opowiadający o losach Rosomaka. Każdy z nich ze sobą kontrastuje, a elementy czerwieni nadają historiom iście krwawy charakter. Nie wiem czy to hołd złożony Frankowi Millerowi czy The White Stripes, ale przyznaję, że całość robi wrażenie.

I na koniec podsumowanie. Pomimo kilku cringe’owych historii tom jest warty uwagi. Fantastyczne wydanie w twardej oprawie, udana kreska, mistrzowska gra trzema kolorami i kilka naprawdę zacnych pomysłów czynią ten album godnym uwagi. „Let there be carnage!”

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Carnage: Krew, Biel i Krew
Wydawnictwo: Mucha Comics / Marvel
Scenariusz: Tini Howard, Benjamin Percy, Al Ewing, Donny Cates, Chip Zdarsky, Ram V, Dan Slott, Karla Pacheco, Alyssa Wong, Ryan Stegman, Declan Shalvey, Ed Brisson
Rysunki: Ken Lashley, Sara Pichelli, Mattia Iacono, John McCrea, Kyle Hotz, Marco Checchetto, Javier Fernandez, Greg Smallwood, Chris Mooneyham, Gerardo Sandoval, Victor Nava, Joe Bennett, Stephen Mooney, Scott Hepburn
Kolory: Juan Fernandez, Mattia Iacono, Rachelle Rosenberg, Erick Arciniega, Andres Mossa
Typ: komiks
Gatunek: horror, superhero
Data premiery: 03.12.2021
Liczba stron: 152

spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz „Kisiel” Krzeszowiec
Łukasz „Kisiel” Krzeszowiec
Rocznik ’88. Fan komiksu, dobrej książki i filmu. Lubi posłuchać ostrzejszych brzmień. Swój gust muzyczny przyprawia klasyką oraz muzyką elektroniczną. Nie znosi owijania w bawełnę i jak ognia unika „niepracującej szlachty” czy „absolwentów szkół robienia hałasu”. W wolnych chwilach poluje na prawdziwe pokemony, włócząc się z wędką wzdłuż brzegów Królowej Rzek, zdradzając ją chwilami z innymi ciekami i bajorami. Nieuleczalny fanatyk włoskiego futbolu (wierny kibic Interu Mediolan). Wielbiciel dobrego piwa i whisky. Czasem popełnia recenzje, by innym razem nabazgrolić coś z zupełnie innej beczki. Podczas ostatniego remontu w jego domu, jeden z majstrów stwierdził, że ma nierówno pod sufitem.
Jestem wielkim fanem Venoma, więc obok Carnage’a nie przejdę obojętnie. W sumie łączą ich więzy „krwi”. Swój pierwszy kontakt z tym psychopatycznym symbiotem miałem już jako dzieciak za sprawą animowanej serii Spider-Man, będącej w Polsce kultową produkcją, istnym znakiem towarowym lat 90. Podbiła ona...Sadystyczna przyjemność. Recenzja komiksu Carnage: Czerń, Biel i Krew
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki