SIEĆ NERDHEIM:

Valiant Zombies. Recenzja komiksu Bloodshot U.S.A.

Zaskakująco pasuje ten symbol, nie?

Może to dlatego, że dopiero co czytałem DCEased, ale Bloodshot U.S.A. z automatu wygenerowało mi w mózgowiu dwa pytania: „Czy Valiant też chce pobawić się w kopię Marvel Zombies“ i „Czy jakimś cudem taka kalka wychodzi dobrze?”. Ta teoria naśladownictwa nie jest w sumie taka bezsensowna – przecież pisana przez Jeffa Lemire seria, przynajmniej do tej pory, otwarcie czerpała inspiracje z mocno rozstrzelonego tematycznie wachlarza klasyków. Po przeklejeniu na swoją modłę punktów zwrotnych trzech dekad kina akcji wzięli się po prostu za nieco bardziej scentralizowaną fabularnie wersję tego, co trykociarskie tygryski lubią najbardziej – eventu dotyczącego przynajmniej kilku najważniejszych bohaterów uniwersum. Hura?

Podejście Valianta do tej okropnej tendencji (oczywiście żartowałem z tym tygryskowym uwielbieniem) określam jako bardziej scentralizowane, bo nadal głównie chodzi przecież o Bloodshota. Tego głównego Bloodshota się znaczy – ostatnio okazało się bowiem, że bladoskórych maszyn do zadań średnio pokojowych jest cała gromadka. Wymęczony przygodami na tropikalnej wyspie Ray Garrison dryfuje powoli w stronę cywilizacji, wciąż w towarzystwie swoich nieco bardziej prototypowych kumpli. Piękny rejs tratwostatkiem przerywa im Ninjak. Nie ma czasu na umieranie z głodu na środku oceanu. Włodarze projektu „Duch“, czyli buce odpowiedzialne za odebranie Rayowi szans na spędzanie niedziel na wygodnym fotelu z klapkami na girach, postanowili zarazić Nowy Jork wirusem zmieniającym ludzi w mniej rozumne kopie głównego bohatera. Złole to tu naprawdę specjaliści od fatalnych pomysłów.

Mała ekspozycja.

Przecież nie będzie dla nikogo specjalnym spoilerem fakt, że epicki plan wywołania kontrolowanej zarazy okazuje się trudny do kontrolowania. Złoczyńcy zbyt tępi, by skutecznie funkcjonować to jeden z grzeszków Bloodshota, pokłosie wciąż bardzo mocno spandeksowego charakteru tej serii. Oczywiście ma to swoje plusy, takie dostrzegalne głównie dla miłośników superbohaterszczyzny – wincyj ciekawych postaci, wincyj sieczki, niewymagającej fabuły i niszczenia infrastruktury najbardziej znienawidzonego przez ubezpieczycieli (przynajmniej w fikcyjnych uniwersach) miasta Stanów Zjednoczonych. Wszystkie znamiona solidnego komiksu o heroicznych cudakach odhaczone, drobne żarciki i zaskakująco angażujący wątek romantyczny też. Fajnie, że pierwszoplanowy twardziel nie rzuca słów (takich z serduszka płynących) na wiatr.

Czarny piątek?

No ale jak to jest z tymi zombiakami? Żywych trupów w końcu tu nie ma, po ulicach Wielkiego Jabłka nie pałętają się hordy kuśtykających, nadgryzionych zgniłków. Mamy za to zarazę, która z każdego przechodnia może zrobić amalgamat pazurzastego Kanadyjczyka i byłego żołnierza, co to mu rodzinę mafia zabiła. Wszyscy sojusznicy mogą stać się wrogami, sytuacja pogarsza się z każdą sekundą, napięcie rośnie! Problem w tym, że właśnie nie rośnie – ten pomysł na rozwój potrzebowałby zdecydowanie więcej miejsca, a Bloodshot U.S.A. to album raczej chudziutki. W życiu bym nie przypuszczał, że powiem coś takiego, ale naprawdę tym razem przydałoby się dodać kapkę rozmachu i uczynić główny punkt fabuły bardziej odczuwalnym w skali świata przedstawionego. Wcześniejsze tomy nieco lepiej realizowały swoje gimmicki. 

Przynajmniej Doug Braithwaite znalazł swoje miejsce – biadoliłem, że jego kreska nie pasuje do kosmicznego charakteru serii X-O Manowar, decyzyjne łby najwyraźniej przeczytały moją recenzję i wrzuciły artystę w realia betonowej dżungli. Dziękuję bardzo za uznanie, nadal nie do końca mi się podoba. Dobrze wykonana robota, zadowalająca dynamika i raczej bezbłędna architektura kadrów nie rekompensują trykociarskiej sztampy i bardzo niepewnie prowadzonych konturów. Końcóweczkę albumu kreślił co prawda doskonały Renato Guedes, ale i on najwyraźniej traci sporo swojej doskonałości, gdy nie może ilustracji robić od początku do końca samodzielnie. Serio – niezła, wyrazista stylówa, ciekawa gra perspektywą i kompozycja, ale do jego roboty z trzeciego tomu X-O Manowar absolutnie nie ma startu. Tam kadry były małymi, akwarelowymi arcydziełami, tu ktoś je wcisnął w harde linie i wypełnił sztucznymi kolorami na kompie. Fajnie jest, ale mogło być dużo lepiej.

Pięciu pancernych i pies, wersja z tratwą.

Bloodshot U.S.A. to z jednej strony powtórka z rozrywki, a z drugiej lekki spadek jakości. Intensywność generującej frajdę akcji spada przez decentralizację wątków, która jednocześnie jest zbyt mała, byśmy mogli mówić o jakimś szczególnie epickim kałszkwale. Równie głośno grają tutaj wszystkie cechy porządnego superhero, jak i wady tego gatunku, co marnuje trochę talenty niektórych twórców. Na całe szczęście na okładce (i w środku) są nazwiska, które nawet stłamszone ograniczeniami trykociarskich konwenansów radzą sobie bardzo dobrze. Gdy już przestaniemy myśleć, jak dobrze mogłoby być, ten komiks nie będzie odstawał za bardzo od poprzedzających go serii. Z pewnością jest lepszy od filmu, choć to nie jest szczególnie imponujący wyczyn.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Bloodshot U.S.A.
Wydawnictwo: KBOOM
Autorzy: Jeff Lemire, Doug Braithwaite, Renato Guedes
Tłumaczenie: Adam Rzatkowski
Typ: komiks
Gatunek: akcja, superbohaterowie
Liczba stron: 140
Data premiery: luty 2021
Author

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

spot_img

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).