• ŚWIAT KOMIKSU
Więcej

    Niższy pułap. Recenzja komiksu Batman: Mroczne Zwycięstwo

    Mroczne Zwycięstwo Okładka

    Jeph Loeb i Tim Sale to duet autorów niezwykle bliski sercom wielu komiksiarzy, sam nie jestem wyjątkiem. Jednym z pierwszych postów na moim dogorywającym Instagramie jest upamiętnienie zakupów komiksowych, które zapoczątkowały zbiór wymuszający aktualnie mocne planowanie miejsca przy rychło nadchodzącym remoncie mieszkania. Pośród kilku znamienitych tytułów znalazły się tam, bo znaleźć się musiały, takie pozycje jak Spider-Man: Niebieski i Daredevil: Żółty, czyli kultowe dzieła opisane na okładce wspomnianymi wcześniej nazwiskami. Pamiętając o głębokim, poruszającym charakterze tamtych albumów oraz o wręcz ikonicznym statusie Batmana: Długiego Halloween, którego Mroczne Zwycięstwo jest kontynuacją, zasiadłem do lektury z niepokojem w sercu. Wszyscy przecież wiemy, jak najczęściej kończą się próby podpinania nowych wątków pod pozycje wybitne.

    Batman Mroczne Zwycięstwo 1

    Ukazane w komiksie Gotham stoi w coraz większym rozkroku między odzianą w drogie garnitury przestępczością zorganizowaną i rosnącymi wpływami nowego, kolorowego i pogrążonego w szaleństwie rodzaju zła. Śmierć głowy mafijnej rodziny Falcone ani trochę nie uspokoiła sytuacji w mieście, bezkrólewie nie może przecież trwać wiecznie. Z cienia wychodzi okaleczona córka bossa, Sofia Falcone, i zaczyna podłe knowania w tle pierwszoplanowej intrygi z seryjnym zabójcą w roli głównej. Tak samo jak miało to miejsce w Długim Halloween, dni świąteczne pozbawionej świtu metropolii zostają wzbogacone o kolejnych truposzy – ofiary zabójcy, który został ochrzczony Wisielcem ze względu na karteczki z charakterystyczną zgadywanką pozostawione przy każdym trupie. Wciąż jeszcze młody Batman musi poradzić sobie ze sprawą, w której każdy jest podejrzanym. Wszystkie dowody wskazują na jego byłego przyjaciela, Harveya Denta, który przecież dopiero co stracił twarz (połowicznie dosłownie i całkowicie w przenośni). Jak to jednak zwykle bywa w takich przypadkach, brzytwa Okhama nie okazuje się oczywistym rozwiązaniem.

    Batman Mroczne Zwycięstwo 2

    Pierwsza myśl w kontakcie z sequelem wielkiego, dochodowego dzieła? Odcinanie kuponów. Druga myśl? No cóż… odcinanie kuponów. Nie zamierzam odkładać narzekań na później, bo przy całkiem słusznych oczekiwaniach względem tego duetu twórców – zawiodłem się. Nie jakoś ogromnie, tylko troszeczkę, ale w tym przypadku to igiełka kłująca dosyć boleśnie. Ten sam schemat morderstw, co w pierwowzorze, taki sam nacisk na uwzględnienie możliwie dużej ilości najpopularniejszych przeciwników Gacka. Czytelnik automatycznie zaczyna doszukiwać się czegoś, co pozwoliłoby mu zakrzyknąć „ALE!” i tego nie znajduje. Nawet zakończenie, i tutaj ostrzegam przed drobnym spoilerem, idzie w ślady oryginału, gdy okazuje się, że Wisielcem jest teoretycznie najbardziej niezdolna do popełniania morderstw osoba. Twist stary jak świat, spodziewałem się od początku, ale też od początku byłem przekonany, że się mylę. Od Jepha Loeba oczekiwałem więcej samoświadomości.

    Nie jest oczywiście tak, że cały scenariusz Mrocznego Zwycięstwa ocieka odtwórczym lenistwem i słabizną z każdej strony. W szczegółach to bardzo sprawnie poprowadzona historia, której strony wypełniają liczne, doskonale napisane postaci. Problemy małżeńskie komisarza Gordona, życie miłosne nowej pani prokurator, ambicje syna Carmine’a Falcone i zaloty w wykonaniu Catwoman. Każdej z postaci głębi dodają ciekawie przedstawione, realne ambicje i plany. Czasem mają one wpływ na główny wątek, czasem nie, nigdy jednak nie przeszkadzają w jego odbiorze. Dodatkowym plusem jest sam Batman, który prowadząc narrację, pozwala nam na tak rzadko dziś spotykany wgląd w bardziej ludzką, pełną rozterek psychikę Mrocznego Rycerza. Fajnie też jest znowu poczytać o tej tradycyjnej stronie jego mścicielskiej roboty, która skupiała się na misternych przygotowaniach i pracy detektywistycznej, tego mi w dzisiejszym nietoperzu zdecydowanie brakuje.

    Batman Mroczne Zwycięstwo 3

    Niestety do każdej przychodzącej na myśl zalety automatycznie doczepia się (tak statystycznie) półtorej wady. Prym słabości w skonkretyzowanych wątkach wiedzie motyw Robina. Wprowadzenie Dicka Graysona, choć sensowne, biorąc pod uwagę etap kariery Batmana, fabularnie nie prowadzi absolutnie do niczego – jest, bo jest. Podobnie bezcelowych motywów jest więcej. Uwolniony z więzienia Holiday i jego powolny powrót w ramiona obłędu, czy też sens (a raczej jego brak) symboliki wskazówek pozostawianych przez Wisielca. W tej historii roi się od elementów, które może i są usprawiedliwione, ale wciąż zdają się wepchnięte na siłę. Można było tego uniknąć, dać sobie na wstrzymanie, przecież Mroczne Zwycięstwo to komiks wystarczająco wielowątkowy. Ten przesyt jest drobnym błędem, ale wpisując się w rytm średnio zadowalającej głównej linii fabularnej, irytuje nawet bardziej, niż fakt, że Bruce nie raczył zaprosić Alfreda „Do rany przyłóż” Pennywortha na wspólny posiłek w Święto Dziękczynienia.

    Jeżeli liczycie, że może chociaż Tim Sale nadrobił braki, wzlatując na wyżyny swoich zdolności artystycznych, to muszę zarazić was swoim rozczarowaniem. Uwielbiam jego styl, bo nie ma w komiksie nic lepszego niż doskonale skomponowany, czytelny minimalizm. Niestety, od (na przykład) dzieł bawiącego się nieco podobnym kierunkiem Mike’a Mignoli, kreska Sale’a różni się mniejszą ostrożnością. Amerykanin ma tendencję do swoistego bałaganiarstwa, co dzięki mistrzowskiemu doszlifowaniu warsztatu zwykle skutkuje jedynie unikatowym urokiem klimatycznych kadrów i umyślnych wypaczeń. Nie inaczej jest tym razem, album wypełniają typowe ujęcia o niepowtarzalnie podkreślonej, czasem prawie karykaturalnej, dynamice i mimice. Ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że część ilustracji wykonana została pośpiesznie, przez co wkroczyły na teren amatorskiego bohomazu. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, jak niewiele dzieli kreskę tego autora od nizin, Mroczne Zwycięstwo dało mi w tym zakresie niezbyt pożądaną lekcję. Nie mam za to najmniejszych zarzutów wobec kolorów nałożonych przez Gregory’ego Wrighta – różnorodna (na przestrzeni całej serii) paleta nie atakuje nagłymi zmianami klimatu, więc nic nie wytrąca nas z dusznej atmosfery Gotham pogrążonego, jak zwykle zresztą, w terrorze.

    Batman Mroczne Zwycięstwo 4

    Umiarkowanie pozytywne wrażenie sprawia też wydanie tego tytułu. Mucha Comics nie zawodzi pod względem jakości papieru, druku i twardej oprawy tomu, choć mały udział Robina w fabule budzi u mnie wątpliwości w kwestii słuszności wyboru takiej a nie innej okładki. Część ilustracji wydaje się powiększona, a następnie usilnie wyostrzona, ale zdarza się to raczej sporadycznie. Największy problem sprawia mi przeciętne tłumaczenie, które pomimo zadowalającego całokształtu razi niestarannie przetłumaczonymi zagadkami Riddlera czy też pominiętymi odniesieniami kulturowymi w zwykłych dialogach. Gdyby moje ogólne wrażenie było lepsze, to mógłbym stwierdzić, że Mroczne Zwycięstwo zasługuje na lepsze traktowania, a tak mogę tylko kiwnąć głową ze zrezygnowaniem spowodowanym spójnością w odbieganiu od oczekiwań.

    Zrobiłem to, co robię zawsze w obliczu rozczarowania – skupiłem się na wadach. Musicie zrozumieć, że Batman: Mroczne Zwycięstwo nie jest złym komiksem. To naprawdę dobry, trzymający w napięciu, sprawnie napisany tytuł, nad którym ciąży ta straszliwa klątwa wtórności i przewidywalności. Z drugiej strony nie byłbym tak krytyczny, gdybym wierzył, że ta historia stałaby się kultowa samodzielnie, nieobarczona ciężarem jakości poprzednika. Tak jednak nie jest, bo młodszy braciszek Długiego Halloween depcze po piętach pierwowzoru raczej niegramotnie. Pomimo całego potencjału i przyjemności z obcowania z nim nie da się uniknąć ciągłego wrażenia powtarzalności i niedopracowania, co w tym przypadku niestety rodzi bardzo nieładne wrażenie perfidnego skoku na kasę czytelników. Normalnie powstałby potworek, a tutaj dostaliśmy komiks po prostu dobry. Chyba głównie dlatego, że nawet odwalając robotę ocierającą się o budżetówkę, Jeph Loeb i Tim Sale po prostu nie potrafią stworzyć czegoś fatalnego.

    Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics

    SZCZEGÓŁY:

    Tytuł: Batman: Mroczne zwycięstwo
    Wydawnictwo: DC Comics / Mucha Comics
    Autorzy: Jeph Loeb, Tim Sale, Gregory Wright
    Typ: komiks
    Data premiery: 07.10.2014
    Liczba stron: 392

    PODSUMOWANIE

    Plusy:
    + klimat Gotham
    + większość ilustracji
    + rozbudowane wątki poboczne
    + wiarygodne, wyraziste postaci
    + kolory
    + Batman detektyw

    Minusy:
    – odtwórczość
    – przewidywalność
    – liczne niedociągnięcia…
    – ...również graficzne

    Dodaj komentarz

    avatar
    Rafał
    Rafał "yaiez" Piernikowski
    Aktywny hobbistycznie i towarzysko człowiek renesansu. Zainteresowany w jakimś stopniu prawie wszystkim, co nie wymaga ekstremalnych ilości wysiłku fizycznego. Lingwista z wykształcenia, robol w przemyśle ciężkim z zamiłowania. Charakteryzuje mnie zamiłowanie do filmów, seriali i komiksów, które podobają się wszystkim i do muzyki, która nie podoba się nikomu. Jako entuzjastyczny grafoman prowadzę również hałaśliwy, muzyczny fanpage (https://www.facebook.com/niereteha/).