SIEĆ NERDHEIM:

Przewodnik na wagę złota. Recenzja komiksu Alvar Mayor. 1. Legendarne miasta

Uwaga na jagulary!
Uwaga na jagulary!

Mój pierwszy skromny zestaw haseł związanych z Ameryką Południową – wiecie: konkwistador, Montezuma, Eldorado, Inkowie, Nazca – zebrałem na początku lat 90. za sprawą przygodowego anime Tajemnicze złote miasta (produkcja japońsko-francuska, graficzny znak jakości japońskich animacji z lat 80.) oraz historycznego komiksu Hernán Cortés i podbój Meksyku (produkcja polska, graficzny znak jakości Jerzego Wróblewskiego). Światło na tę część mojego sentymentalnego archiwum rzucił łączący przygodę i historię komiks Alvar Mayor (produkcja argentyńska, graficzny znak jakości Enrique Breccii, no i fabularny Carlosa Trillo). I blask ów płynie naraz z dwóch źródeł, nieodłącznie związanych z prekolumbijskimi cywilizacjami i ich upadkiem: słońca i złota.

Potęga obu manifestuje się w sposób zgubny dla samozwańczych władców XVI-wiecznego Nowego Świata, w którym przewodnikiem jest tytułowy Alvar Mayor, przedstawiciel pierwszego pokolenia białych urodzonych już na podbitych ziemiach Ameryki. Wstęp zdradza inspiracje postacią prawdziwego odkrywcy i konkwistadora o tym imieniu, ale tak się osobliwie składa, że znaczy ono „ostrożny”, „strażnik”. Spoglądający przenikliwie i zawadiacko spod szerokiego ronda kapelusza Alvar prowadzi kolejne ekspedycje grabieżców w głąb amazońskiej puszczy, odwiedza miasteczka, w których dochodzi do gwałtownych zmian na stanowiskach zarządców, świadkuje z rutyną ludzkiej chciwości, perfidii i bestialstwu. Wtóruje mu w tym przyodziany w kirys i przepaskę biodrową rosły tubylec Tihuo, wybitny specjalista w obsłudze prototypu broni pneumatycznej, czyli słynnej dmuchawki. Nasz bohater pozostaje obojętny na starokontynentalny kurs żółtego kruszcu, ale nie na uroki płci przeciwnej (zresztą z wzajemnością) i wielowymiarowość świata, o jakiej przypominają omeny, sny, halucynacje i legendy. I tutaj z kolei miejsce u jego boku ma zapewnione krętowłosa Lucia.

No co? Nie było płotu...
No co? Nie było płotu…

Seria, której pierwszy spośród planowanych trzech zbiorczych tomów właśnie otrzymaliśmy dzięki wydawnictwu Mandioca, ukazywała się od 1977 roku przez niemal 9 lat na łamach Skorpio – jednego z tych magazynów, które trwale zmieniły oblicze komiksu, starszego o kilka miesięcy odprezentującego podobnie odważny profil Métal Hurlant. Stąd też „przygodowość” Alvara Mayora obejmuje kryteria dojrzałego odbiorcy – brutalność scen, inspirowanych zachowanymi na piśmie świadectwami konkwisty, parada groteskowo szpetnych mord, obrazujących równie szpetne i robaczywe intencje, a przy tym plastyczne wyrafinowanie, zręczne literackie aluzje i nuta egzotycznej duchowości spod znaku Castanedy.

Trillo korzystając z tych środków, stworzył skompresowane do 12 plansz odcinkowe epizody, gdzie sprawę stawia konkretnie i bez większych finałowych niespodzianek. I ta zwięzłość funkcjonuje bez zarzutu, bo jej zawdzięczamy takie rarytasy, jak streszczające nam wydarzenia plotkujące staruszki czy sarkastyczny nastrój finałów aktów ludzkiej zachłanności oraz zaskakujące tonowanie nastrojów humorem (odpowiednio dojrzałym). Nie ma miejsca na patetyzowanie i wydumane, przewlekłe rozterki. Alvar działa, reaguje i nie spowalniają go w tym uczucia, które wszak parokrotnie ujawnia, szczególnie w odcinkach, gdzie mierzy się z własną jaźnią i pierwotnymi siłami. W tym drugim, wymagającym szybszego działania przypadku dowodzi szlachetności charakteru i sprytu godnego kulturowego herosa (konfrontuje się nie tylko z rdzenną mitologią, ale i z grecką, przy czym spotyka samego Homera). Choć postawię w zakład całe domyślne złoto Inków, Majów i Azteków, że sporo jeszcze się przed nami odkryje – w końcu jesteśmy dopiero w 1/3 cyklu.

Komiksowy realizm magiczny.
Komiksowy realizm magiczny.

Zapowiedź rozwoju postaci, ale i bardziej rozciągniętej, powiązanej fabuły przynosi rozdział XIV i następne, gdzie Alvar z Lucią (choć bez Tihuo) trafiają na statek o znaczącym imieniu „Dulcynea”. Wkrótce skład załogi poszerza się o malowniczą trupę komediantów, którzy wzbogacają dotychczasowy wątek złudzenia, iluzji o przemieszanie kreacji z rzeczywistością. Duch donkiszoterii, przewrotnych, demaskujących komentarzy zaczyna wypełniać żagle okrętu (i fabułę).

Zaś od początku plansze Alvara Mayora wypełnia z dziedzicznym talentem nieodrodny syn Alberto Breccii, Enrique (dla pełnego oglądu rodzinnej twórczości brakuje jeszcze w Polsce komiksów Patricii Breccii). Dostajemy dzieło prezentujące bogactwo możliwości czerni i bieli, pełne urozmaiconej dynamiki, takiegoż cieniowania, ilustracyjnych kompozycji (stylem przypominających nie tylko prace Breccii seniora, ale i Toppiego), urzekających brzydotą i wrednością twarzy. Starannie odtworzone historyczne stroje (te pasiaste nogawice) i elementy uzbrojenia tworzą wiarygodnie złachaną garderobę oprychów i pyszałków, którzy dopełniają wrażenia żywiołowymi grymasami.

Wasza Knurewska Mość!
Wasza Knurewska Mość!

Realistyczna kreska nie wyklucza czytelnej symboliki, jaką emanują zwłaszcza krajobrazy. Roślinność selwy gęstnieje do duszności (w jednej z historii dosłownie), góry wykruszają z siebie miasta, słońce i księżyc władczo okrągleją i stają się niezmordowaną, milczącą parą strażników, przestrzeń ma wspólną twórcom tego okresu wypaloną białość (tak, znów metalowe chłopaki: Moebius, Druillet), gdy już wydobędzie się spośród rozfalowanych i nawarstwionych linii. A są i próbki ekspresyjnej grozy, hipnotyzujące plecionki perspektyw, przetrzymane czernią sekwencje zbliżeń (jak Alvar przymuszony do użycia własnego sztyletu). W całości – jedna z wciągających lekcji erupcyjnego wyzwolenia komiksowego warsztatu.

Uff, gorąco… Dostałem to, czego niedosyt miałem dotąd podczas zapoznawania się z historią komiksu Ameryki Łacińskiej – awanturniczą, nieocenzurowaną opowieść zanurzoną w czasach wielkich odkryć geograficznych i połączoną z duchowością, wierzeniami rdzennych kultur Ameryki Południowej. Ponadto, jak już wiecie, wszyscy dostaniemy tego słońca i złota jeszcze więcej… więcej… więcej!

Panie Enrique, a wywoła Pan ten negatyw?
Panie Enrique, a wywoła Pan ten negatyw?

Wydawnictwu Mandioca serdecznie dziękujemy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Alvar Mayor. Tom 1. Legendarne miasta
Wydawnictwo: Mandioca
Scenariusz: Carlos Trillo
Rysunki: Enrique Breccia
Tłumaczenie: Jakub Jankowski
Typ: komiks
Gatunek: realizm magiczny
Data premiery: 24.03.2022
Liczba stron: 224
ISBN: 9788396023483
spot_img

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Łukasz "Justin" Łęcki
Łukasz "Justin" Łęcki
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.
Przewodnik na wagę złota. Recenzja komiksu Alvar Mayor. 1. Legendarne miastaMój pierwszy skromny zestaw haseł związanych z Ameryką Południową – wiecie: konkwistador, Montezuma, Eldorado, Inkowie, Nazca – zebrałem na początku lat 90. za sprawą przygodowego anime Tajemnicze złote miasta (produkcja japońsko-francuska, graficzny znak jakości japońskich animacji z lat 80.) oraz historycznego komiksu Hernán Cortés...
Włącz powiadomienia    OK Nie, dzięki