SIEĆ NERDHEIM:

Do świata szczurów zawitało Dark Souls. Recenzja gry Tails of Iron

Kiedy zasiadałem do Tails of Iron, byłem nieco zmieszany. Zwiastuny zapowiadały tytuł ciężki, krwawy i nieoszczędzający gracza. Tymczasem po tym, jak rozpocząłem nową grę, przywitała mnie dość bajkowa sceneria. Szczury chodzące na dwóch łapkach, uroczy i malutki giermek, książę w piżamce szykujący się na koronację i narrator komentujący na bieżąco wydarzenia. Twórcy potrzebowali zaledwie kilku minut, żeby obrócić całą tę sielankę w krwawą miazgę.

Scena niczym z bajki dla dzieci. Albo Magii i Myszy.

Tytuł zaserwowany nam przez Odd Bug Studio to połączenie dwóch gatunków gier: soulsborne, którego ojcem jest znany fanom Hidetaka Miyazaki, oraz metroidvani. Jeżeli miałbym porównać Tails of Iron do innej produkcji, to zdecydowałbym się na Hollow Knight. Pomysł na rozgrywkę jest podobny, choć oba tytuły znacząco się od siebie różnią.

Droga szczurzego króla jest usłana żabim truchłem.

W grze wcielamy się w Redgiego, jednego z synów obecnie panującego króla, który zjednoczył wszystkie szczury pod jednym sztandarem. Tylko w ten sposób można było przeciwstawić się najazdom żab, które pustoszyły szczurze krainy. Cała opowieść zaczyna się niewinnie, o czym wspomniałem na początku. Po przeskoczeniu z piżamy w pancerz wykonujemy kilka szybkich misji samouczkowych, żeby opanować podstawy sterowania. Kiedy się z tym uporamy, przyjdzie nam stoczyć pierwszą walkę z bossem – bratem naszego bohatera, który również jest pretendentem do korony. Bez znajomości sterowania można przejść przez ten pojedynek z zawiązanymi oczami. W tym miejscu mój entuzjazm zaczął lecieć w dół z prędkością szczurzego bobka. Kiedy ze szczerym zawodem odłożyłem pada, na ekranie pojawił się żabi król ze swoimi żołdakami. W jednej chwili wszystko obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Poczułem déjà vu z Krwawych Godów (pozdrawiam fanów G. R. R. Martina!).

Czerwie to nie tylko uciążliwy przeciwnik, ale także źródło odżywczego soku z robaków.

To właśnie jedna z najmocniejszych stron Tails of Iron. Połączenie niewinnego, baśniowego świata, w którym szczury prowadzą swoje gospodarstwa z brudną, krwawą i okrutną wojną. Obie te stylistyki przeplatają się nawzajem. Zdarza się, że przebijamy się przez zwłoki naszych poddanych, aby chwilę później szukać dla kucharza żółtego sera. Innym razem musimy pomóc znaleźć pluszowego misia, którego zgubiły małe szczurki, a pięć minut później zatapiamy topór w plecach żabiego włócznika albo rozrywamy strzałem z kuszy ogromne muchy nawiedzające las. Idealna odskocznia od tytułów, którym brakuje dystansu do siebie. Nieczęsto mamy okazję zawalczyć z Mole Mysterio, krecim odpowiednikiem Reya Mysterio znanego fanom WWE. Nawiązań do popkultury jest od groma, a twórcy nawet się z tym nie kryją.

Walki z bossami są wymagające, ale nie będziecie rwali sobie włosów z głowy.

Na szczęście system walki potraktowano poważnie. Przyznam, że początkowo do mnie nie przemawiał. Nawyki i przyzwyczajenia z Dark Souls były zgubne. Im więcej walk przetrwałem, tym bardziej zaczynałem rozumieć, że wina tkwi po mojej stronie, a nie złego projektu mechaniki. Nie mamy tutaj okienka niewrażliwości na obrażenia podczas kilku klatek animacji, kiedy wykonujemy uniki. Jeżeli wpadniemy swoim szczurem w atak wroga, to oberwiemy. Nawet podniesiona tarcza nie będzie za każdym razem wybawieniem. Nasi przeciwnicy mają dwa rodzaje ataków, których musimy się nauczyć. Pierwsza to zwykłe, podstawowe uderzenia z bliska lub z dystansu. Drugą kategorią są ataki specjalne, które dzielą się na trzy kolejne. Jednych trzeba unikać odskokiem, drugie należy kontrować po bloku, a od trzecich uciec jak najdalej. O zamiarach wrogów informują nas ikony pojawiające się nad ich głowami. Jak w każdej grze soulslike, poznanie schematów zachowań oponentów oraz wyrobienie sobie odruchów to klucz do zwycięstwa. Początkowo miałem problemy nawet z podstawowym mięsem armatnim, ale po kilku pierwszych godzinach było już z górki.

W niektórych walkach pomogą nam towarzysze. Jako statyści.

Należy też docenić projekt wszystkich bossów. Każda walka ma kilka etapów, unikalne animacje i pomysł na siebie. Walki nie są długie, ale wymagające. Dzięki temu nie frustrujemy się przy śmierci w końcowej fazie potyczki, tylko szybko ruszamy od punktu kontrolnego, żeby tym razem doprowadzić sprawę do końca. I bardzo dobrze, bo po Cuphead i Sekiro moje nerwy są w kiepskim stanie. Myślę, że potraktowanie naszej szczurzej przygody jako wersji przystępniejszej i łatwiejszej nie będzie dla niej żadną ujmą – nie przy każdym rogaliku trzeba mieć leki uspokajające pod ręką, żeby był dobry.

Ekwipunkiem, który zbierzemy, wyposażylibyśmy całą armię szczurzego królestwa.

W trakcie rozgrywki będziemy dość licznie i często zdobywali nowe elementy ekwipunku. To, jaki pancerz założymy, wpłynie na otrzymywane obrażenia, szczególnie w starciu z konkretnymi typami przeciwników. Do walki z żabami lepiej ubrać się w coś o wysokiej odporności na ich ataki. Analogicznie możemy postąpić w przypadku kontaktu z trzema pozostałymi grupami wrogów. Jednocześnie musimy kontrolować poziom obciążenia. Zbyt duże może spowolnić uniki, lżejszy sprzęt za to zapewni mniejszą ochronę. O wiele ważniejszym wyborem będzie broń. Topory są wolniejsze, ale zadają pokaźne obrażenia. Z kolei włóczni używa się dwa razy szybciej. Jest jeszcze idealny kompromis, miecz. Wszystko można dopasować do swojego stylu. Ostatecznie i tak liczą się przede wszystkim umiejętności i znajomość mechaniki.

Zadania poboczne czasami są potrzebne do popchnięcia fabuły dalej, ale to przede wszystkim dodatkowe walki z bossami!

Nie mógłbym zignorować narratora, który przemawia znanym głosem. Geralt z Rivii we własnej osobie. Niestety, to nie Jacek Rozenek, a jego angielski odpowiednik. Mimo wszystko charakterystyczna barwa głosu idealnie wkomponowała się w całość. Doug Cockle robi tutaj robotę porównywalną do tej Logana Cunninghama w grze Bastion. Dowcipne komentarze na temat tego, że król musi wykonywać zadania dla swoich podwładnych albo na temat konieczności zarobienia pieniędzy, bo nie ma jak zebrać podatków, są bezcenne i dokładają swoją cegiełkę do atmosfery, którą będę zachwycał się jeszcze przez kilka najbliższych dni.

Nie jestem pewien, czy bardziej czuję tutaj wibracje w stylu Dark Souls, czy Metro.

Tails of Iron to nieduża produkcja, która kupiła mnie swoją stylistyką jeszcze przed premierą. Pomimo chwilowego zwątpienia na początku przygody, nie żałuję żadnej minuty, którą z nią spędziłem. Wsiąknąłem jak mysz w worek owsa. To jedna z niewielu gier, w których mam ochotę wywalczyć platynę i na pewno to zrobię. Piękno tkwi tutaj w prostocie i grywalności, w kategorii mniejszych produkcji to dla mnie hit. Czuję, że będzie na mojej tegorocznej topce.

SZCZEGÓŁY
Tytuł: Tails of Iron
Wydawca: Unitet Label SA, CI Games
Producent: Odd Bug Studio
Platformy: PC, PS4, PS5, Xbox One, Xbox Series X/S
Gatunek: Soulslike
Data Premiery: 25.08.2021
Recenzowany egzemplarz: PC

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Janusz "Kocilla" Walaszek
Miłośnik psów, koni i sportów walki, który uwielbia leniwe wieczory przy grach planszowych lub z padem w dłoni. Otwarty na każdą książkę, jednak otwarcie faworyzuje polską literaturę fantastyczną. Oddany fan Blizzard Entertainment oraz uniwersum Warcraft. Gdyby mógł wybrać najlepsze miejsce na planecie, zdecydowanie byłyby to rodzime góry. Do dziś nie przyjmuje do wiadomości, że nie może pogłaskać każdego zwierzaka w zasięgu wzroku.