SIEĆ NERDHEIM:

Fabularny zawrót głowy. Recenzja gry Scarlet Nexus

KorektaJustin

Japońska twórczość ma to do siebie, że nie zawsze jest dobrze tolerowana przez zachodniego odbiorcę. Nieważne, czy to anime, manga lub też gra wideo. Jeżeli nie jesteś entuzjastą tego typu produkcji, to prawdopodobnie zostaniesz prędko przytłoczony skomplikowaną fabułą lub dość specyficzną charakterystyką bohaterów. Scarlet Nexus nie stanowi odstępstwa od tej reguły, lecz ma w sobie coś, co potrafi nas zatrzymać przy sobie na kilka godzin dłużej.

Tworzenie gier to proces, którego koszt możemy liczyć w dziesiątkach lub setkach milionów dolarów. Jednym z droższych elementów jest szeroko zakrojona promocja nadchodzącego tytułu. Łatwo doznać szoku, dowiadując się, ile firmy potrafią wydać na reklamę swojego produktu. Jest to jednak zabieg bardzo istotny, gdyż odpowiednio przeprowadzona kampania potrafi zachęcić graczy, którzy wcześniej nawet nie zakładali, że mogą daną grą się zainteresować. Jednym ze skutecznych przykładów tej taktyki jest Scarlet Nexus, dzieło studia Bandai Namco. O produkcji dowiedziałem się dzięki licznym reklamom w sieci oraz na stronach głównych cyfrowych sklepów dostępnych z poziomu konsol. Choć nie jestem fanem jRPG, to pozwoliłem sobie dać grze szansę. I chociaż trwająca blisko 30 godzin przygoda nie zmieniła mojego stanowiska wobec tego gatunku, to nie była także przykrym obowiązkiem.

W Scarlet Nexus trafiamy do futurystycznego miasta New Himuka. W przedstawionej w grze rzeczywistości ludzkość odkrywa znajdujący się w mózgu hormon, pozwalający na wywołanie u właściciela nadprzyrodzonych umiejętności. Osiągnięcie to pozwoliło na rozwój technologii i społeczeństwa do niespotykanego wcześniej poziomu. W trakcie rozgrywki pokierować możemy losami jednego z dwóch bohaterów: Yuito Sumeragim lub Kasane Randal. Oboje są członkami Other Supression Force, grupy mającej na celu ochronę miasta przed pojawiającymi się obcymi. Każda z dostępnych postaci posiada własną ścieżkę fabularną, przecinającą się względem drugiej jedynie w kilku punktach. Oznacza to, że dla pełnego zrozumienia fabuły musimy przejść grę dwukrotnie, co dla wprawnych graczy może wydłużyć rozgrywkę do 30-40 godzin.

Jest to jednak zadanie dość karkołomne, gdyż mimo długiego czasu wymaganego do pełnego ukończenia tytułu, ten nie zamierza ułatwiać nam życia pod kątem zrozumienia fabuły. Od samego początku zalewani jesteśmy całą masą barwnych postaci noszących długie, obcojęzyczne imiona, zaś sama historia to koktajl składający się z piętrowych intryg, nagłych zwrotów akcji i wydarzeń objaśniających niezrozumiałe wątki z wcześniejszych etapów gry. Nie skłamię, mówiąc, że parę razy zdarzyło mi się w tym nieporządku pogubić. Miałem również ochotę niczym Jacek Gmoch w analizach pomeczowych rozrysować wszystkie aspekty fabularne za pomocą strzałek. Udało mi się jednak w pewnym momencie uporządkować całą zdobytą wiedzę, więc do momentu pojawienia się napisów końcowych potrafiłem określić już kto, co i dlaczego. Koniec końców, fabułę Scarlet Nexus oceniam jako satysfakcjonującą oraz dość wciągającą. Wymaga ona jednak dużego natężenia uwagi, więc nie każdemu musi tym samym przypaść do gustu.

Najlepiej opowiedziana historia nie zawsze jednak jest w stanie się obronić bez wysokiej jakości rozgrywki. Choć w Scarlet Nexus cut-scenek jest bardzo dużo, to od czasu do czasu możemy chwycić za pada i własnoręcznie posterować naszą postacią. Gra wtedy zamienia się w bijatykę subtelnie przypominającą serię Devil May Cry, gdzie przechodzimy przez planszę, siekąc kolejne fale wrogów z użyciem dostępnego arsenału. Pod tym kątem produkcja Bandai Namco prezentuje się najkorzystniej. Od początku rozgrywki mamy dostępne zwykłe ciosy, a także umiejętność telekinezy. Ta druga pozwala nam na podnoszenie różnych przedmiotów i ciskanie nimi w przeciwników. Taki model rozgrywki szybko stałby się monotonny, gdyby nie różne nowości serwowane przez twórców. Wraz z postępami otrzymujemy opcję „pożyczania” mocy naszych sojuszników, takich jak pirokineza oraz elektrokineza, dzięki czemu nasze standardowe ciosy nabierają dodatkowej mocy. Z czasem odblokowane zostają też dodatkowe kombinacje, a także specjalny tryb, w którym przez krótki odcinek czasu stajemy się prawie niezniszczalni.

Scarlet Nexus nie jest jednak typową bijatyką, w której uderzamy w losowe przyciski, oczekując jak najlepszego efektu. Niektóre napotkane istoty wyposażone są w pancerz, przez co stają się niewrażliwe na nasze ciosy. Sprawne łączenie dostępnych opcji ataku i umiejętne stosowanie środków uzupełniających nasz poziom zdrowia, to klucz do zwycięstwa. Nawet na niezbyt wymagającym poziomie trudności na jakim grałem, zdarzały się pojedynki, które potrafiły szybko nauczyć mnie pokory, wybijając z głowy myśl o jak najszybszym zakończeniu potyczki. Jedynym mankamentem, jaki zauważyłem, jest sposób „wykańczania” naszych wrogów. Oponenci poza paskiem zdrowia posiadają także drugi wskaźnik, odpowiadający za wytrzymałość. Jeśli pierwszy pod wpływem naszych ciosów zejdzie do zera, to otrzymujemy możliwość wykonania efektownego finiszera. Sęk w tym, że zabieg ten potrafi skutecznie wytrącić gracza z rytmu, a zakończenie żywota maszkary konwencjonalnymi metodami nie jest wtedy możliwe. Dodatkowo ilość animacji jest mocno ograniczona, przez co dość szybko stają się monotonne.

Poza głównym wątkiem mamy również dostępne różnorakie misje poboczne, oferowane przez ludzi napotkanych w małych hubach, po których się poruszamy w trakcie rozgrywki. Rozczarowanie to najlepsze słowo, które opisuje poziom, na jakim owe dodatkowe zadania zostały zrealizowane. Do wykonania otrzymujemy głównie zlecenia typu „Pokonaj X potworów za pomocą mocy Y”. Ponieważ nagrody, jakie otrzymujemy za realizację zadań, nie są szczególnie atrakcyjne, to po spędzeniu kilku chwil na odhaczaniu listy w celach recenzenckich szybko wróciłem do realizacji głównego wątku fabularnego.

Przy okazji opisu walki wspomniałem o tym, że nasz heros nie mierzy się z zagrożeniami samodzielnie. Przez większość gry u naszego boku posiadamy większy lub mniejszy zespół wojowników pomagających nam w uratowaniu świata. Choć tylko część z nich porusza się z nami po mapie, nie ogranicza to nas, jeśli chodzi o możliwość „wypożyczania” mocy, gdyż pod tym kątem możemy wykorzystywać umiejętności każdego z naszych sojuszników. Dodatkowo, w ramach przerywników między rozdziałami rozgrywającymi się w kwaterze naszego zespołu, możemy wchodzić z nimi w interakcje. Jedną z nich jest opcja rozgrywania krótkich misji polegających często na rozmowie z daną postacią, a czasem na dwuosobowym wypadzie w celu realizacji zadania. Epizody te pozwalają nam lepiej poznać naszego towarzysza i odkryć jego przeszłość lub targające nim rozterki. Drugi sposób interakcji to rozdawanie prezentów złożonych ze zbieranych podczas gry przedmiotów specjalnych. Obie te czynności służą wzmacnianiu więzi z członkami składu, co skutkuje ulepszaniem mocy, które możemy wykorzystać w trakcie walki. Historie opowiadane przez naszych kompanów czasem są dość nudne, ale warto mimo to korzystać ze wszelkich opcji interakcji, ponieważ otrzymywane wzmocnienia potrafią mocno przechylić szalę naszych szans na polu walki.

Aspekt RPG-owy w grze jest obecny, lecz nie został jakoś szczególnie rozbudowany. Z każdym kolejnym poziomem otrzymujemy punkty, które możemy zamienić na kolejne pozycje z drzewka umiejętności. Dzięki temu możemy między innymi rozbudować sekwencje ciosów lub też wydłużyć tryb specjalny naszej postaci. Teoretycznie możemy także zmieniać nasz ekwipunek oraz umieszczać w slotach różnorakie ulepszenia. Osobiście jednak raptem dwa razy kupiłem nowy miecz dla mojej postaci oraz jej towarzysza i raz dokonałem wymiany wzmocnień. Lepszym pomysłem jest skupienie się na efektywnym wykorzystaniu mocy naszych towarzyszy.

Oprawa audiowizualna potrafi cieszyć zarówno oko, jak i ucho. Lokacje, które zwiedzamy, są różnorodne i mogą pochwalić się ładnymi widokami. Nie jest to poziom godny nowej generacji konsol, lecz nie znalazło się też nic, co szczególnie odbiegałoby od obecnych standardów. Szkoda jedynie, że budynki i plenery najczęściej są puste. Nawet w miastach nie ma zbyt wielu atrakcji. Tak naprawdę poza przechodzeniem od celu do celu niewiele jest do roboty. Muzyka natomiast bardzo fajnie komponuje się z potyczkami, dodając jej dynamiki. Najbardziej jednak pochwalić muszę intro, które przypomniało mi wszystkie anime, jakie oglądałem, będąc dzieckiem. Świetne wykonanie zarówno pod kątem animacji jak i dobranej muzyki spowodowało, że jeszcze parę razy wracałem do tego filmiku za pomocą YouTube’a. Na koniec warto wspomnieć, że Scarlet Nexus w naszym kraju zostało wydane bez polskiej wersji językowej.

Produkcja Bandai Namco stanowiła dosyć miłą odskocznię od szarej codzienności gier, z którymi najczęściej obcuję. Daleki jestem od stwierdzenia, że mamy do czynienia z kandydatem na grę roku, co miałem okazję parę razy przeczytać w trakcie przeglądania Internetu. Scarlet Nexus jest jednak ciekawym doświadczeniem, zawierającym pogmatwaną, lecz wciągającą fabułę oraz satysfakcjonującą rozgrywkę. Fani takich klimatów powinni być wniebowzięci, a osoby dopiero rozpoczynające eksperymenty z japońską popkulturą również mogą się świetnie bawić, jeśli wcześniej nie uciekną w popłochu przytłoczone tym, co dzieje się na ekranie.

SZCZEGÓŁY:
Tytuł: Scarlet Nexus
Wydawca: Bandai Namco Entertainment
Producent:
Bandai Namco Entertainment
Data premiery:
25.06.2021
Platformy:
XOne, XSS, XSX, PS4, PS5, PC
Gatunek: jRPG
Recenzowany egzemplarz:
XSX

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Tomasz „Snah” Rosłon
W skrócie na mój temat: zmęczony student, zawzięty rzeźbiarz tekstów, entuzjasta dobrej książki, oddany gracz. Urodziłem się w 1995 roku i jestem rówieśnikiem takich filmów jak Desperado i Batman Forever. Wolny czas spędzam przy dobrym kryminale lub innej wciągającej produkcji. Swoją karierę recenzencką prowadzę nieprzerwanie od 2013 roku tworząc mniej lub bardziej udane oceny wszelkiej maści tytułów. Do ekipy NTG trafiłem przypadkiem i zostałem na dłużej. W chwili, gdy to czytasz jestem dumnym redaktorem bloga i troskliwym członkiem ekipy.